fot. wikipedia

Red. G. Górny: Wrogowie Kościoła zyskują nowe narzędzie wpływania na jego politykę personalną

Jesienią zeszłego roku sędzia Brett Kavanaugh – kandydat prezydenta Donalda Trumpa do Sądu Najwyższego USA – został oskarżony o gwałt, jakiego miał się dopuścić w młodości na kilku kobietach. Wybuchła wielka afera. Większość mediów w Ameryce domagała się wycofania kandydatury sędziego. Niewiele brakowało, by nie doszło do nominacji Kavanaugha. Okazało się jednak, że zarzuty przeciwko niemu zostały sfabrykowane po to właśnie, by uniemożliwić jego wybór.

Ta sprawa pokazuje, że w dzisiejszym klimacie kulturowym fałszywe oskarżenie o molestowanie sprzed lat łatwo może zniszczyć karierę osoby publicznej. Przy czym dotyczy to nie tylko polityków czy sędziów, lecz także duchownych. Wystarczy tylko metodę wypróbowaną wobec Kavanaugha zastosować wobec niewygodnego kapłana.

Wyobraźmy sobie, iż pojawia się informacja o nominowaniu jakiegoś księdza na biskupa, ale do ingresu nie dochodzi, ponieważ do nuncjusza zgłasza się osoba rzekomo poszkodowana niegdyś przez owego kapłana. Nuncjusz, bojąc się skandalu, doprowadza do cofnięcia nominacji. Albo inna sytuacja: jakiś biskup naraża się pewnym środowiskom, a one przez poprzez postronne osoby doprowadzają do oskarżenia go o molestowanie lub tuszowanie skandali. Duchowny traci autorytet, a może nawet i wolność.

O tym, że takie sytuacje są możliwe, przekonuje przykład polskiego salwatorianina ks. Adama Kuszaja, skazanego w 2011 roku w Czechach na pół roku więzienia i zakaz pracy z dziećmi za wykorzystanie seksualne ministranta. Kapłan został też usunięty ze stanu duchownego i pracował jako robotnik. Po ośmiu latach okazało się, że oskarżenie przeciw niemu zostało sfabrykowane z zemsty za to, że ksiądz przestał wspierać finansowo rodzinę chłopaka. Podobne przypadki fałszywych oskarżeń spotkały także ks. Giorgio Govoniego z Włoch (skazanego niesłusznie na 14 lat więzienia) czy irlandzkich kapłanów: ks. Kevina Reynoldsa, ks. Olivera Brennana i ks. Tima Hazelwooda.

Dlaczego dochodzi do takich pomyłek sądowych? Ciekawy tekst napisał na ten temat Nicolas Frankovich na łamach „National Review”. Zwraca on mianowicie uwagę, że w przypadku molestowania seksualnego mamy zazwyczaj do czynienia z przestępstwami, których dokonywano bez świadków – z wyjątkiem sprawcy i ofiary. Bardzo często te straszne czyny wychodziły na jaw dopiero po wielu latach, ponieważ ofiary (dzieci lub nastolatkowie) przytłoczone były strachem, niepokojem, dezorientacją, a nawet poczuciem winy, dlatego nie mogły zdobyć się na wyznanie, co ich spotkało. Gdy chciały to zrobić, zazwyczaj słyszały od swych krzywdzicieli: „I tak ci nikt nie uwierzy”, co sprawiało, że jeszcze bardziej zamykały się w sobie. Kiedy zaś decydowały się o tym mówić, okazywało się, że potrzebują jeszcze jednego świadka oskarżenia, bo inaczej nie ma wystarczających dowodów winy. Przez długie lata mieliśmy więc do czynienia z sytuacją, w której ofiara stała na straconej pozycji.

Obecnie sytuacja się zmieniła. Władze kościelne wypowiedziały wojnę molestowaniu seksualnemu nieletnich przez duchownych oraz tuszowaniu tego typu skandali. Także policjanci, prokuratorzy, a zwłaszcza sędziowie prezentują zupełnie inną wrażliwość niż jeszcze w XX wieku. Dzięki temu wielu pedofilów zostało aresztowanych, osądzonych i słusznie skazanych. Jednak – jak zauważa Nicolas Frankovich – razem z tym zwiększyło się prawdopodobieństwo pomyłek sądowych. W tych sprawach bowiem stosuje się teraz niższe standardy dowodowe niż w innych przypadkach. Kiedyś z góry dawano wiarę raczej sprawcy, dziś raczej ofierze. Kiedyś obowiązywało domniemanie niewinności, dziś coraz częściej domniemanie winy. Oczywiście, jest to zrozumiała reakcja na wieloletnie zaniedbania, ale sprawia ona, że wśród skazanych łatwiej mogą się znaleźć również niewinni.

Obecnie w krajach anglosaskich, zarówno w sądach państwowych, jak i kościelnych,zaczyna dominować odwrotność zasady Blackstone’a. Ten XVIII-wieczny prawnik twierdził, iż „lepiej, by dziesięciu winnych uniknęło kary, niż miałby ją ponieść jeden niewinny”. Teraz praktyka jest taka, że lepiej skazać jednego niewinnego, niż wypuścić dziesięciu winnych. Każdy bowiem przypadek pedofila, który unika kary, jestskandalem, wywołującym powszechne oburzenie i podważającym wiarygodność, zarówno państwa, jak i Kościoła.

W swym tekście Frankovich przywołuje rozmowę ze znajomym księdzem, który opowiadał mu, że oskarżenie o pedofilię zaczyna być dziś wpisane w powołanie kapłańskie. Wybranie stanu duchownego pociąga za sobą możliwość, że pewnego dnia zostanie się niesłusznie oskarżonym i skazanym mimo swej niewinności. Być może jednak – mówi ów ksiądz – niezasłużone cierpienie należy przyjąć na siebie z pokorą jako ofiarę przebłagalną, tak jak Jezus przyjął fałszywe oskarżenie, proces i egzekucję za grzechy innych ludzi.

Dziś wielu katolickich publicystów oraz obrońców praw człowieka uważa, że ofiarą pomyłki sądowej padł kardynał George Pell z Sydney. Na jakiej podstawie tak sądzą? O tym napiszę już wkrótce na portalu.

Grzegorz Górny
wpolityce.pl

drukuj