[TYLKO U NAS] S. Michalkiewicz: Dążenie do wzrostu, zwłaszcza zrównoważonego, niesie ze sobą rozmaite niebezpieczeństwa

Dążenie do wzrostu, zwłaszcza zrównoważonego, niesie ze sobą rozmaite niebezpieczeństwa. Podobnie było w latach 70-tych, za panowania Edwarda Gierka. Wtedy też panował wzrost, więc zaczęły pojawiać się słynne trudności wzrostu, nie tylko w postaci podwyżek cen, które 24 czerwca 1976 roku ówczesny premier Piotr Jaroszewicz odwołał – ale również w postaci kartek – powiedział w felietonie „Myśląc Ojczyzna” na antenie Radia Maryja, Stanisław Michalkiewicz.

Felietonista odniósł się do założenia przez Ryszarda Petru nowej partii i jego „powrotu” na scenę polityczną.

– Jaka jest różnica między pesymistą a optymistą? Pesymista powiada: już gorzej być nie może – na co optymista odpowiada: może, może! Wielkimi krokami zbliżają się święta Bożego Narodzenia, zaraz po nich – Nowy Rok, a po Nowym Roku – Trzech Króli. Jak pamiętamy, pan Ryszard Petru naliczył tych króli aż sześciu, ale to normalne, bo wiadomo, że człowiekowi, który jeszcze nie całkiem ocknął się z nirwany, często dwoi się w oczach. Teraz pan Ryszard znowu stoi na czele partii, wprawdzie nieco mniejszej od Nowoczesnej, ale za to są w niej obydwie Joanny, dzięki czemu partia może się rozmnażać i w ten sposób osiągnąć ostateczne zwycięstwo. Jak widzimy, choćby na tym przykładzie, jest mnóstwo podstaw do optymizmu, więc skąd u nas, tu i ówdzie, jeszcze tyle pesymizmu, tyle goryczy i tyle zwątpienia? – wskazał.

Stanisław Michalkiewicz odniósł się także do podwyżek cen prądu, które – decyzją rządu – zostaną zrekompensowane.

– Po pierwsze, dlatego że nie ma zrównoważonego rozwoju. Wprawdzie Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej, więc widać gołym okiem, że się rozwijamy – niestety nierównomiernie. Najszybciej rozwijamy się w rządowej telewizji, gdzie nie znamy dnia ani godziny, żebyśmy nie zabrnęli w jakiś sukces, ale co z tego, skoro telewizje nierządne eksponują same porażki? Ale to jeszcze nic, bo gorzej, że to, co jeszcze wczoraj wydawało się sukcesem, dzisiaj już nim nie jest. Weźmy na przykład ceny prądu. Jeszcze niedawno, żeby wzrost był równomierny, rząd ogłosił nie tylko zwiększenie ceny energii elektrycznej, ale zapowiedział, że wzrost tych kosztów będzie rekompensowany. Niektórym nieuświadomionym obywatelom wydawało się to bez sensu, bo skoro podwyżka cen ma być rekompensowana, to po co w ogóle te ceny podnosić? – podkreślił Stanisław Michalkiewicz.

– Tymczasem obywatele uświadomieni w mig zrozumieli sens tej operacji; dzięki uruchomieniu systemu rekompensat, mogłaby powstać nowa struktura biurokratyczna, a nawet dwie. Jedna obliczałaby i wypłacała rekompensaty, podczas gdy druga kontrolowałaby, czy obywatele nie oszukują, a ci, którzy rekompensaty obliczają, czy się nie korumpują. Z korupcją bowiem nie ma żartów; przeniknęła nawet do Centralnego Biura Antykorupcyjnego, więc kto wie, czy w tej sytuacji nie trzeba będzie powołać Superbiura, a nad nim być może jeszcze jednego – bo któż upilnuje strażników? Skoro bowiem wzrost ma być zrównoważony, to powinna wzrastać też liczba urzędników, to chyba jasne? I kiedy już wydawało się, że będziemy mieli wzrost zrównoważony, w którym wszystko rośnie równomiernie, a więc również ceny – pan premier ogłosił, że podwyżki cen prądu nie będzie. Z jednej strony to dobrze, ale z drugiej – niepodobna nie zauważyć, że odchodzimy od wzrostu zrównoważonego – dodał.

Pracownicy prokuratur domagają się podwyżek w wysokości 1000 złotych netto. Zapowiedzieli już protest w tej sprawie.

– A jeśli odchodzimy od wzrostu zrównoważonego, to czeka nas zagłada. Tak twierdzi pan redaktor Szymon Hołownia, więc nie wypada zaprzeczać. Wprawdzie na szczycie klimatycznym w Katowicach przedstawiciele ludzkości uradzili, żeby temperatura na świecie nie wzrosła więcej jak o półtora stopnia, więc nie będzie można już palić węglem, bo od tego zwiększa się ilość złowrogiego dwutlenku węgla. No dobrze, ale skoro wzrost ma być zrównoważony, to czy również wzrost wynagrodzeń nie będzie mógł przekroczyć półtora procenta? Na dobry porządek tak właśnie powinno być, ale co z tego, skoro pracownicy niezawisłych sądów właśnie domagają się zwiększenia wynagrodzeń nie o półtora procent, ale o całe tysiąc złotych? – powiedział Stanisław Michalkiewicz.

Felietonista odniósł się też do zachowania nauczycieli, którzy – podobnie jak niedawno policjanci – masowo przechodzą na zwolnienia lekarskie.

– Podobnie nauczyciele, którzy – jak słychać – masowo biorą zwolnienia lekarskie, tak jak jeszcze niedawno policjanci. I je dostają. A skoro tak, to mamy kolejny przypadek środowiskowej epidemii – bo podejrzewanie, że doktorzy wystawiają nauczycielom zwolnienia fałszywe, byłoby niegrzeczne. Pojawia się jednak pytanie, czy ci nauczyciele nie pozarażają aby uczniów? Z taką ewentualnością musimy się liczyć, a skoro tak, to może by pozamykać szkoły? Oczywiście nie całkiem, co to, to nie, tylko do czasu ustania epidemii, bo ze zdrowiem nie ma żartów. Na tym przykładzie widzimy, jakie skutki może pociągnąć za sobą odchodzenie od wzrostu zrównoważonego. Nie tylko paraliż niezawisłych sądów (i bez których przecież nie możemy się obejść), ale również epidemie, które – kto wie, czy nie zakończą się zagładą? – wskazał.

– Poruszam te trudne sprawy, by pokazać, że dążenie do wzrostu, zwłaszcza zrównoważonego, niesie ze sobą rozmaite niebezpieczeństwa. Podobnie było w latach 70-tych za panowania Edwarda Gierka. Wtedy też panował wzrost, więc zaczęły pojawiać się słynne trudności wzrostu, nie tylko w postaci podwyżek cen, które 24 czerwca 1976 roku ówczesny premier Piotr Jaroszewicz odwołał, ale również w postaci kartek – najpierw na cukier, a potem stopniowo już na wszystko. W tej sytuacji różnica między pesymizmem a optymizmem nie wydaje nam się niemożliwa do przezwyciężenia, podobnie jak w przypadku globalnego ocieplenia. Wprawdzie teraz jest zimno, ale to przecież dlatego, że jest ciepło, więc jeśli nawet tu i ówdzie jest niedobrze, to przecież dlatego, że generalnie jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej – podsumował.

RIRM

drukuj