Stan letalny nauki w Polsce

Poziom naukowy polskich uczelni decyduje o poziomie edukacji na niższych
szczeblach i w konsekwencji o efektywności gospodarczej i kulturalnej naszego
Narodu. Szczególnie w ostatnich latach doszło do katastrofalnego pogorszenia
poziomu edukacji oraz do postępującej zapaści w rozwoju polskiej nauki.

Zgadzam się z opinią, iż główną przyczyną tego stanu rzeczy jest żenująco
niski poziom finansowania nauki, wskutek czego najzdolniejsi absolwenci uczelni
porzucają ścieżki kariery naukowej (profesor zarabia w Polsce zwykle ok. 4 tys.
zł netto, a rozpoczynający swoją karierę adiunkt po doktoracie ma pensję niższą
niż 2 tys. zł netto). Z kolei coraz częściej osoby z tytułem doktora wyjeżdżają
za granicę, gdzie wynagrodzenie jest dziesięciokrotnie wyższe, a dostęp do
środków na finansowanie badań naukowych jest nieporównywalnie łatwiejszy i
nieobciążony administracyjnymi wynaturzeniami. Dowodem niech będzie fakt, że na
dziesięciu wypromowanych przeze mnie doktorów pięciu wyjechało na stałe za
granicę (do USA, Australii, Nowej Zelandii, Norwegii, Niemiec).
W ten sposób zachwiana zostaje naturalna zastępowalność pokoleń wśród polskich
pracowników naukowych (np. moi wychowankowie będą już kształcić swoich następców
na potrzeby przybranej nowej ojczyzny). Jeśli tak wygląda sytuacja w wielu
laboratoriach naukowych w Polsce, oznacza to, iż polski podatnik wzmacnia
konkurencję. To tak, jakby słaniając się na nogach, oddawał komu innemu krew.

Dystrybucja środków finansowych
Drugim równie ważnym aspektem zapaści nauki jest nieefektywna dystrybucja tych i
tak żałosnych środków. Stawiam tezę, iż to wielkie marnotrawstwo ma miejsce
głównie dlatego, że o dystrybucji środków finansowych decydują osoby należące do
marnej naukowo, ale niestety liczebnie dominującej większości. W naukach
przyrodniczych i technicznych różnica poziomu naukowego pomiędzy grupą
najlepszych naukowców i grupą najgorszych jest tak ogromna, że nie sposób jej
opisać ani zmieścić w jakiejkolwiek rozsądnej skali. Myślę, że bywa większa niż
różnica prędkości pomiędzy lotem odrzutowcem a jazdą na żółwiach (bez
odrzutowca, rzecz jasna). Jednakże najgorszy i najlepszy naukowiec mają zwykle
takie same dochody – przy czym często ten najlepszy oceniany jest przez
gorszych, którzy decydują o przyznaniu finansowania. Najlepszy, nie mając
pieniędzy, a mimo to ciągnąc własną jednostkę w rankingach do góry, staje się
wrogiem zawistnej większości (a jakże – to też dotyczy uczelni, bo tu się
skupiają ludzie pracujący dla spełnienia naturalnych ambicji). W tej sytuacji
kuszeni otwartymi granicami i dużymi pieniędzmi ze smutkiem, ale często już bez
żalu, opuszczają Ojczyznę i wyjeżdżają najpierw na rok czy dwa, a potem na
stałe. Bez natychmiastowej gruntownej reformy organizacji nauki, a następnie
szybkiego zwielokrotnienia finansowania będzie następować nieodwracalna
tendencja obniżania poziomu naukowego i edukacji w Polsce.

Aspekty polityczne… niestety
Bolszewicki system zatrudniania na uczelniach i w jednostkach naukowych w latach
1945-1989 polegał na zastosowaniu trzech głównych kryteriów: wierności systemowi
i władzy (w najlepszym wypadku nieszkodliwości i oportunizmu),
koneksji/nepotyzmu oraz wyjątkowych uzdolnień. Połączenie tych trzech cech w
jednym kandydacie na naukowca było niezwykle rzadkie. W związku z powyższym na
uczelniach i w jednostkach naukowych zatrudniano w dużym stopniu mizerotę
intelektualną. Każdy z nowo zatrudnionych w miarę rozwoju kariery promował – i
nadal niestety promuje – utytułowanych pracowników naukowych, niemających
pojęcia, na czym polegają badania naukowe, niewiedzących, co się dzieje na
świecie w jego dziedzinie. Stosuje przy tym często kryteria promowania i
zatrudniania, w oparciu o które sam był przyjęty 30 lat wcześniej, blokując
miejsca lepszym. Istnieją więc już pokolenia pracowników naukowych
nieuprawiających nauki, czyli niebędących naukowcami i – mimo młodego wieku –
obciążonych balastem mentalnym i motywacjami własnych promotorów. Mniejsza
strata, jeśli tacy wychowankowie po obronieniu marnego doktoratu nie pozostają
na uczelni, gorzej, jeśli tam pracują – bo oni także utrwalają te same wzorce.
Jak wspomniałem, profesorowie, lecz nie naukowcy, którzy rozpoczęli swoją
karierę naukową w oparciu o wspomniane trzy kryteria, stanowią liczebną
większość na wielu wydziałach i w radach naukowych. Mając większość, wybierają
spośród siebie władze, rządzą, trzymając w garści finanse, etaty, pomieszczenia
itd., ograniczając i niszcząc będących w mniejszości faktycznych naukowców na
światowym poziomie. Osoby te wybierają się wzajemnie do władz kreujących naukę,
przyznających środki z funduszy europejskich na badania i infrastrukturę, ale
kryteria przyznawania tych środków są karykaturalnie deformowane przez skrojone
przez siebie i dla siebie kryteria ocen.

Lustracja merytoryczna
Jest jasne, że jednostki naukowe, które funkcjonują w oparciu o demokratycznie
obieralne władze, nie uleczą się same z tej choroby. Choroba ta musiałaby się
zakończyć wraz ze śmiercią pacjenta, a tego nie chcemy. Nie mamy też pieniędzy
na zmiany. Należy więc najpierw doprowadzić do tego, aby władze jednostek
naukowych były w rękach naukowców o wysokim dorobku naukowym. Najważniejszymi
władzami decydującymi w praktyce o finansach i polityce naukowo-dydaktycznej na
uczelniach są wydziały. Dlatego w skład rad wydziałów powinna wchodzić co
najwyżej połowa naukowców kwalifikowanych według kryteriów rankingu dorobku
naukowego. Ci powinni spośród siebie wybrać władze dziekańskie i jako rada
wydziału pełnić funkcję ciała kontrolnego i "ustawodawczego". Nie ma bowiem
powodu, aby o wewnętrznej polityce naukowej jednostek decydowały osoby niemające
o nauce pojęcia i tej nauce szkodzące. Takie same kryteria, 50 proc. plus 1,
powinny dotyczyć rad naukowych, rad instytutu, wyboru elektorów wybierających
rektorów, członków Centralnej Komisji ds. Tytułów i Stopni Naukowych (ta
przyznaje tytuł profesorski wręczany przez prezydenta) itd. Sądzę, że do oceny
profesorów kwalifikujących się do tego typu ciał powinna być brana pod uwagę
cała kariera naukowa, np. ostanie 20 lat. Jestem przekonany, że przy okazji tego
typu prostej reformy we władzach uczelni obecność dawnych TW spadłaby
drastycznie, bowiem ci, ze względu na wspomniane bolszewickie kryteria
zatrudniania w nauce, nie mają zwykle dorobku naukowego bliskiego średniej
własnej jednostki. Być może tego typu uboczna lustracja nie byłaby idealna, ale
bazowałaby na jasnym kryterium naukowym, przez co nie budziłaby wątpliwości co
do zgodności z Konstytucją RP. Ostatecznie polską nauką zaczęliby zarządzać
ludzie, którzy na nauce się znają. Przy okazji postulowałbym, aby ewentualna
nowa ustawa wprowadzająca zasadę 50 proc. plus 1, a regulująca sprawy nauki,
zawierała zapis, by recenzentem opiniującym (także tych działających w imieniu
CK) dorobek naukowy kandydata do profesury, habilitacji czy doktoratu mogła być
osoba posiadająca dorobek naukowy nie mniejszy niż połowa wielkości dorobku
ocenianego przez siebie kandydata. Dziś nazbyt często takie recenzenckie oceny
pracowników naukowych podyktowane są sympatiami lub antypatiami, a oceniający
recenzenci odrzucają wnioski dotyczące naukowców, których dorobek jest nawet
kilkadziesiąt razy wyższy niż dorobek oceniającego go recenzenta. W przypadku
braku możliwości dobrania recenzenta ze względu na zbyt duży dorobek kandydata
CK powinna nadać stopień czy tytuł automatycznie, dokumentując ten fakt
publicznie.
Powzięte przez obecny rząd zmiany regulujące organizację nauki nie rozwiązują
problemu zarządzania działalnością naukową, nie dają też szansy na
przyspieszenie w rozwoju nauki. W obecnym systemie zwiększone finansowanie
doprowadza do wzrostu marnotrawstwa środków, z założenia mających służyć
rozwojowi nowych polskich technologii, a co grosza – umacniają pracowników
naukowych "z dojściami". W ocenach okresowych pojawiają się zapisy w stylu: "Co
prawda brak dorobku naukowego, ale zdobywa granty".
Utraconym szansom jest winny obecny rząd, choćby dlatego, że w miejsce
odrzuconej lustracji nie zrobił nic, a regułami finansowania nauki utrwala
fatalne rozwiązania. Czy jest to tylko brak kompetencji? Jeśli tak, to rząd
działa w myśl zasady wyśmiewanej już przez Adama Mickiewicza "Szabel nam nie
zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele, i – jakoś to
będzie!". Otóż "jakoś" znaczy, w nauce i w gospodarce opartej na wiedzy, tylko i
wyłącznie bardzo źle, dno, nic…
Zdaję sobie sprawę, że prezentowane w niniejszym tekście poglądy przysporzą mi
wśród pracowników naukowych bardzo licznych nieprzyjaciół, ale pocieszam się, że
łączny dorobek naukowy tych bardzo licznych będzie stanowił ułamek łącznego
dorobku tych nielicznych naukowców, którzy powiększą grono moich przyjaciół. l

 

Prof. Mariusz-Orion Jędrysek
Uniwersytet Wrocławski


Autor był w latach 2005-2007 podsekretarzem stanu – głównym geologiem kraju,
m.in. inicjatorem poszukiwań gazu w łupkach i prezydentem Międzynarodowej
Organizacji Dna Morskiego przy ONZ. Obecnie jest kierownikiem Zakładu Geologii
Stosowanej i Geochemii, kierownikiem Studiów Doktoranckich Ochrony Środowiska
oraz dyrektorem Międzywydziałowego Studium Ochrony Środowiska Uniwersytetu
Wrocławskiego. Jest autorem ekspertyz zamawianych przez Sejm i Senat RP.

drukuj