Rząd traci nawet na łupkach

USA wyprzedziły Rosję w produkcji gazu, ponieważ zwiększyły jego
eksploatację z łupków. Dzięki temu amerykański gaz jest coraz tańszy (od 2009 r.
potaniał blisko 3-krotnie), oscylując wokół kwoty 70-90 dolarów za 1000 m3,
podczas gdy rosyjski gaz drożeje. Polska płaci za niego już ok. 450 do 500
dolarów za 1000 m3. To nie żarty! Sytuacja dobitnie pokazuje, jak ogromne
znaczenie geopolityczne ma produkcja gazu łupkowego i jak wielkie przynosi
zyski. Dziś nikt już tego nie kwestionuje.

Dlatego też podejrzenia o korupcję przy przyznawaniu polskich koncesji na
poszukiwania gazu łupkowego odbiły się szerokim echem w świecie węglowodorowego
biznesu, szczególnie rozwijanego w naszym kraju. Dotyczy to pośrednio lub
bezpośrednio niemal wszystkich gigantów w tej branży, zarówno tych, którzy mogą
działać na naszą korzyść, jak i tych, których działania mogą być Polsce wrogie.
Korupcja i inne utrudnienia inwestycyjne sprzyjają wrogim przejęciom koncesji,
bo oczywiście wrażliwsze na konotacje korupcyjne są podmioty, których obecności
bardziej sobie życzymy. Skoro cień podejrzeń o korupcję to wymierne straty na
giełdzie i w sprzedaży, to należy się wycofać nawet ze stratami (choć na
koncesjach w Polsce chyba nie sposób stracić). Konotacje korupcyjne firm
globalnych mogą spowodować, że straty, np. w USA, znacząco przewyższą zyski w
Polsce. Innymi słowy – najbardziej pożądani się wycofają.

Powolny wyścig gigantów

Polska dla wielu jawi się nie tyle jako zielona wyspa, co ciemna otchłań. O
niepewnej sytuacji politycznej w Polsce, a tym samym w środowisku inwestycyjnym
świadczyć może zaskakująco mała aktywność w zakresie poszukiwań gazu. Warto
zaznaczyć, że wydano znacznie więcej koncesji, niż robi się rocznie odwiertów.
Firmy posiadające koncesje w Polsce chcą w tym roku wykonać ich tylko 18. Rzecz
jasna, można zauważyć pewien postęp, bo w ubiegłym roku firmy wykonały 13
odwiertów, z czego po jednym Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo
(Wejherowo), które ma 15 koncesji, oraz Orlen Upstream (Wierzbica). Jednakże aby
oczekiwać szybkiej eksploatacji, należałoby wykonać ponad 100, a może i 300
odwiertów. Ich liczba co roku powinna być wielokrotnością liczby podmiotów
poszukiwawczych. Co to za firma poszukiwawcza, która nie prowadzi eksploracji? A
nie prowadzi, bo inwestowanie poważnych kwot w poważne badania wymaga poważnych
warunków do inwestowania, to zaś wymaga poważnego rządu, kompetentnie tworzącego
stabilne i przejrzyste środowisko organizacyjno-prawne w państwie.

W ciągu ostatnich 4 lat cofnęliśmy się znacznie pod tym względem. Brak
zaufania do państwa, niestety słuszny, spowodował dodatkowe trudności wywołujące
eskalację napięć społecznych w regionach, w których zostały przyznane koncesje.
Notabene o bezpieczeństwo środowiskowe i interesy lokalnej społeczności mieli
dbać powołana przeze mnie Komisja Geoekologii i Metod Analitycznych oraz geolog
powiatowy związany strukturalnie z Polską Służbą Geologiczną (PSG) i przez nią
wspierany. Rząd PO – PSL komisję rozwiązał, a powołania PSG i wsparcia geologów
powiatowych zaniechał.

Załóżmy, że za kilka lat rozwiniemy eksploatację i pozyskiwanie gazu z
łupków: nie należy się spodziewać, że nasz rodzimy gaz będzie tani. Przecież
trudne inwestycje wiążą się z dramatycznym wzrostem kosztów poszukiwań i
późniejszej eksploatacji (ryzyko, ubezpieczenia, przestoje, negocjacje,
oceny…). Za to muszą zapłacić odbiorca gazu (obywatel) i Skarb Państwa
(poprzez obniżone opodatkowanie). Firmy poszukiwawcze nie tyle boją się zbyt
dużych obciążeń fiskalnych, ile niestabilności i niejasności
polityczno-prawno-organizacyjnej państwa, w którym inwestują. Tymczasem premier
Donald Tusk zaskoczył w exposé zapowiedziami podatków od kopalin. Tylko
szaleniec w tej sytuacji podjąłby ryzyko wierceń, nie znając żadnych konkretów.
Należało albo milczeć, albo pokazać gotowy plan z konkretnymi propozycjami
taksacji, choćby w zarysie, w określonych ramach. Poprzez takie wypowiedzi
premier już podniósł cenę gazu łupkowego, który będzie wydobywany za 5 czy 10
lat. Osoba pragnąca być nazywana mężem stanu tak nie postępuje.

Jeśli dołożymy do tego fatalne nowe Prawo geologiczne i górnicze uchwalone w
zeszłym roku wyłącznie głosami koalicji, to mimo zaskakującej świat w 2006 roku
pionierskich koncesji i perspektywy wydobywania gazu łupkowego w Polsce, dziś w
realizacji poszukiwań ledwo powłóczymy nogami. Skoro rząd potęguje na każdym
kroku niepewność zwiększającą ryzyko poszukiwań, to nie należy się spodziewać
ani szybkiego sukcesu w poszukiwaniach, ani taniego gazu.

Rejestr utraconych korzyści

Takiego rejestru nie ma, ale czas, by powstał. Możliwe, że spółki posiadające
kapitał mniejszy niż koszt przygotowania aplikacji o koncesję (rzędu 100 tys.
zł) lub opłaty koncesyjnej (ok. 400 tys. zł), otrzymały w ekspresowym tempie
koncesje na poszukiwania gazu w łupkach. Wartość takiej spółki natychmiast
rośnie o rynkową wartość koncesji: warta jest kilka tysięcy (!) razy więcej, niż
wynosił jej początkowy kapitał. Rzecz jasna, założyciel spółki musiał mieć
pewność, że spółka koncesję dostanie – mamy więc pole do korupcji w systemie,
jaki utrzymywała koalicja PO – PSL.

Podsumowując, firmy traktują koncesje w Polsce jako inwestycję ulokowaną na
najlepszym na świecie oprocentowaniu, bo kupioną za ułamek promila jej wartości
rynkowej. Czekają na innych, to nie kosztuje, ceny koncesji rosną z dnia na
dzień, a frycowe zapłacił Skarb Państwa (mówiąc żartem, dla takiego frycowego
należałoby znaleźć inny termin, np. donkowe, od angielskiego słowa "donation" –
darowizna). Pierwsze koncesje w zasadzie nie są nic warte, bo obciążone są
największym ryzykiem inwestora, następne powinny drożeć w miarę wzrostu szans na
odkrycie złóż gazu. Ile są więc dziś warte koncesje na poszukiwania gazu w
łupkach w Polsce, tego państwo polskie raczej nie wie – wszyscy wiedzą, tylko
nie rząd, który wydaje koncesje. Gdyby rząd w jakikolwiek sposób się tym
interesował, to nie wydawałby przecież koncesji zgodnie ze starym Prawem
geologicznym i górniczym oraz bez powołania kompetentnego organu państwa
(służba, urząd, agencja – coś, co byłoby merytorycznym organem rządowym). Jeśli
nie powstanie nowy organ państwa o kompetencjach takich jak opisano w projekcie
ustawy Klubu Parlamentarnego Solidarnej Polski, o powołaniu Polskiej Służby
Geologicznej (niezależnie od postulowanego przeze mnie powołania ministerstwa
oraz sejmowej komisji surowców i energii), to poszukiwania będą powolne, mało
obiecujące, symulowane itd., a zysk Polski upokarzająco niski, malejący z każdym
dniem zwłoki.

Można się pokusić o aktualną wycenę koncesji na poszukiwanie gazu w łupkach
na przykładzie PGNiG, które ma ich 15. Przyjmując, że wzrost wartości tej firmy
wyłącznie poprzez posiadanie tych koncesji wyniósł co najmniej 5,5 mld zł, to
jedna koncesja w obrocie giełdowym (gdyby taki był) powinna kosztować nie mniej
niż 366 mln złotych. Obrót ukryty może koncesje wyceniać wyżej. Rzecz jasna, są
one więcej warte z uwagi na inne okoliczności. Jeśli przewiduje się, że w
rozwiniętym przemyśle wydobywczym gazu z łupków w USA przybędzie jeszcze do 2015
r. ok. 870 tys. nowych miejsc pracy, a do 2030 r. wpłyną jeszcze dodatkowe 933
mld dolarów z tytułu podatków, to w sytuacji, gdy ten przemysł będzie się
dopiero w Polsce tworzył, dynamika powinna być wielokrotnie większa. Stąd ceny
koncesji na poszukiwania w Polsce będą rosły, tym bardziej że przy łupkach jest
też ropa naftowa. Od kilku lat wzrost wydobycia gazu z łupków w USA powoduje
wzrost wydobycia ropy naftowej jako kopaliny towarzyszącej (gdy mówiłem w 2006
roku, że możemy mieć sporo gazu, a przy tym ropę w łupkach, towarzyszył temu
wybuch śmiechu). Dodatkowo Francja i Bułgaria blokują poszukiwania, co czyni z
Polski niemal regionalnego monopolistę, który mógłby dyktować ceny koncesji,
gdyby je jeszcze miał.

W USA koncesje drożeją

W wycenie można się odnieść również do tego, co dzieje się na świecie. Gaz w
Europie jest bardzo drogi, stąd potencjalne zyski z gazu w łupkach mogą być
większe niż w USA, gdzie występuje nadprodukcja tego surowca. Inna sprawa, że
mimo to koncesje tam drożeją. Na przykład w rejonie Utica (Ohio i Pensylwania) w
ciągu pięciu tygodni cena koncesji wzrosła z około 1 tys. 500 do blisko 15 tys.
dolarów. Wzrost cen dotyczy szczególnie tych koncesji, których przyznania nie
poprzedzała wystarczająca liczba badań umożliwiających oszacowanie zasobności
złóż – tzn. takich jak w Polsce. To mogą być spekulacje, ale pokazują, ile
Polska miałaby szansę zarobić na wydawanych koncesjach – niestety nie zarobi, bo
niemal wszystkie koncesje zostały wydane za ułamek promila ich wartości
rynkowej.

Inny przykład: firma Marathon Oil zapłaciła w Polsce za koncesję (nie licząc
mniej istotnego użytkowania górniczego) wykupioną od Skarbu Państwa niewiele
ponad 200 zł za 1 km2 (100 ha), a ostatnio zapłaciła w USA za działkę
sąsiadującą z Hilcorp Resources Holdings grupy KKR & Co. 21 tys. USD za 1 akr
(0,4 ha), czyli ponad 150 tys. zł za 1 ha, czyli 15 mln zł za 1 km2. Jeśli jedna
koncesja w Polsce dotyczy obszaru kilkuset km2 (maksimum 1200 km2), to oznacza,
że mogłaby być warta ok. 1 mld złotych. Podstawą tych oszacowań są wcale nie
najwyższe stawki, ponieważ ostatnio japońska spółka Marubeni zapłaciła jeszcze
więcej, bo 25 tys. dolarów, za 1 akr części złoża Eagle Ford w Teksasie
należącego do Hunt Oil Co. Nawet jeśli koszty działek obejmują koszty wierceń,
to te stanowią ułamek opłaty za koncesję. Jeśli moje szacunki są słuszne, to
niewiele się myliłem, mówiąc pół roku temu, że Polska na koncesjach na
poszukiwania straciła około 100 mld zł i straci wielokrotnie więcej na
koncesjach na eksploatację, jeżeli nic się nie zmieni. Kiedy mówimy o złożach
niekonwencjonalnych, musimy podejść niekonwencjonalnie, także do metod prawnych
regulujących kwestię ich poszukiwania i wydobycia. Czy przyczyną obecnego stanu
była zła intencja, niekompetencja – czy jedno i drugie naraz – coś jakby
intencyjna niekompetencja?

Prof. Mariusz-Orion Jędrysek

geolog, poseł na Sejm RP

drukuj