Mówili, że syn będzie „rośliną”

– Z tego dziecka nic nie będzie. To roślina. Przez całe życie będzie
w takim stanie – zimne stwierdzenie brzmiące jak wyrok pada z ust
profesora medycyny pracującego w renomowanym polskim szpitalu. – Co
powiedziałby dziś? – zastanawia się pan Janusz Barański, ojciec
Michałka, ponad rok od tamtej rozmowy, którą zapamięta zapewne do końca
życia, spoglądając na syna trzymającego na kolanach zabawkową
tablicę-znikopis, zachęca: „Pokaż, Michaś, panom, jak rysujesz”…

Niewielki
skromny pokój na tyłach jednego z podbydgoskich moteli. Rodzice
7-letniego dziś chłopca przyjeżdżają tu już kolejny raz z odległej o
prawie 300 km wsi pod Piotrkowem Trybunalskim, by odbyć kilkudniowe
zajęcia rehabilitacyjne syna, głównie w trakcie prywatnych wizyt u prof.
Jana Talara, znanego bydgoskiego eksperta od wybudzania ze śpiączki i
rehabilitacji osób, które doznały paraliżu ciała. To jego niezwykła
metoda wybudzania i rehabilitacji pomogła przywrócić do życia wielu
pacjentów uznanych przez niektórych lekarzy za „rośliny”.

Od
razu uznali, że nie żyje

Pani Anna pomaga Michałowi przytrzymać
znikopis. Chłopiec z pasją kreśli rysunek, choć widać, że przychodzi mu
to jeszcze z trudem. Dwa lata temu zrobiłby to dużo szybciej, łatwiej i
pewnie lepiej. – Michał od początku był bardzo energicznym dzieckiem –
mówi pani Anna. Wszystko zmieniło się, gdy miał zaledwie 5 lat. –
Kierowca twierdzi, że Michał wjechał mu na swoim rowerku pod samochód.
Policja uznała, że winę ponosi dziecko i my, rodzice, choć okazało się,
że pojazd, który uderzył w Michała, jechał z prędkością co najmniej 80
km/h w terenie zabudowanym [obowiązuje ograniczenie do 50 km/h – red.]!
Sprawa od tamtej pory toczy się w sądzie – tłumaczy smutno pan Janusz. –
To była vectra – dodaje z wysiłkiem Michał, przywołując raz jeszcze
tamten tragiczny dzień.
Na szczęście dla jego zdrowia psychicznego
pamięta niewiele. Więcej o tym, co się działo po wypadku, do którego
doszło niemal przed domem państwa Barańskich, opowiadają rodzice. – Gdy
przyjechała karetka, lekarz stwierdził najpierw, że syn nie żyje! –
wspomina pan Janusz, jeszcze raz przeżywając tamte chwile. – Jechałem z
nim karetką do szpitala w Piotrkowie Trybunalskim. Tam wykonano tylko
tomografię głowy. Na szczęście uparłem się i przewieźli syna do
Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Trafił na oddział
intensywnej terapii – relacjonuje. Po pewnym czasie do zrozpaczonych
rodziców wyszedł lekarz i powiedział, że… powinni pożegnać się z
dzieckiem. Michał miał połamaną nogę i uraz głowy. Jak poważny? – Na
początku lekarze mówili niewiele. Dopiero później powiedzieli, że
wprowadzili go w stan śpiączki farmakologicznej. W międzyczasie
przeprowadzono operację nogi. – Mimo to krótko potem lekarz powiedział
nam, że małymi krokami zbliżamy się… do końca…, że gdy odłączą
dziecko od respiratora, nastąpi zgon – opowiada ze łzami w oczach pani
Anna. – Ale gdy wkrótce potem odłączono go, chłopak zaczął oddychać, i
tak jest do dziś – wspomina pan Janusz.

Spisali dziecko na
straty

Wówczas pojawiły się nowe problemy. Ciałem Michała
wstrząsały dziwne, bardzo silne skurcze. – Lekarze prawdopodobnie znali
przyczynę, ale nie chcieli nam nic powiedzieć. Poinformowali nas, że
wprowadzą Michała powtórnie w śpiączkę – tłumaczy pani Anna. Dopiero
wtedy rodzice Michała dowiedzieli się, że syn doznał obustronnego
stłuczenia pnia i obrzęku mózgu. W efekcie doszło do porażenia
czterokończynowego, czyli w praktyce do całkowitego paraliżu ciała.
Przez cały ten czas dziecko było karmione przez sondę. – W Instytucie w
Łodzi Michała uratowano po wypadku. Nie mam co do tego żadnych
wątpliwości – zaznacza pan Janusz. Ale mówi wprost, iż ma żal do
niektórych lekarzy, że mimo to tak szybko spisali syna na straty i nie
powiedzieli nic o możliwościach rehabilitacji. – Później trafiliśmy na
oddział neurologiczny. Rozmowa z jednym z lekarzy, profesorem medycyny,
odebrała mi chęć do życia. Gdy poszliśmy do niego na konsultację,
powiedział nam wprost: „Z tego dziecka nic nie będzie. To jest roślina i
przez całe życie będzie w takim stanie” – mówi pan Janusz i urywa wpół
zdania.
Państwo Barańscy nie tracili jednak nadziei. Pytali,
dzwonili, szukali informacji w internecie. W ten sposób dowiedzieli się,
że prof. Jan Talar kierujący do niedawna Kliniką Rehabilitacji
Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego Akademii Medycznej w
Bydgoszczy, którą zresztą stworzył, wybudził już wielu pacjentów ze
śpiączki. – Nie było łatwo skontaktować się z profesorem, przyznaje pan
Janusz, ale w końcu się udało. – Gdy pierwszy raz zadzwoniłem do
profesora, poradził mi, by zrobić badanie neurologiczne. Już podczas tej
pierwszej wizyty, oglądając wyniki badań, profesor stwierdził, że syn w
rzeczywistości nie jest w śpiączce. Pokazał nam też, jak trzeba go
rehabilitować – opowiada ojciec Michała. Oboje z żoną zaznaczają, że to
właśnie profesorowi Talarowi zawdzięczają uratowanie i niezwykłe postępy
w rehabilitacji syna. Podkreślają, że gdy wypisano go z łódzkiego
szpitala, jeszcze przez 3 dni był karmiony sondą. Nie mówił i nie miał
władzy w rękach ani nogach. Po ponad roku terapii dziecko niemal
samodzielnie je (ma jeszcze problem z opanowaniem drżenia rąk, zwłaszcza
lewej), zaczyna mówić i uczyć się. – Od tamtego czasu Michał dzień w
dzień ćwiczy po kilka godzin. Najpierw codziennie przyjeżdżała do domu
rehabilitantka. Później zdecydowaliśmy się na 3 wizyty tygodniowo, bo po
prostu nie stać nas na więcej – tłumaczy pan Janusz, choć zaznacza, że
pracuje całymi dniami w swoim dużym, nowoczesnym gospodarstwie. Potrzeby
są bowiem ogromne. – Teraz powinniśmy kupić pionizator i zacząć naukę
chodzenia. Ale taki sprzęt kosztuje 12-30 tys. zł – zauważa ze smutkiem.
Jego zakup dofinansowuje tylko częściowo Państwowy Fundusz
Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Większość należności muszą jednak
pokryć rodzice. – Może gdy wreszcie zakończy się sprawa w sądzie,
otrzymamy odszkodowanie z OC kierowcy samochodu – mówi z nadzieją w
głosie pan Janusz, ale na razie jej końca nie widać. Państwo Barańscy
nie uzyskali też rekompensaty z KRUS ani dofinansowania na rehabilitację
syna.

Słyszał mimo śpiączki
Rehabilitacja prowadzona u
prof. Talara utwierdziła państwa Barańskich w przekonaniu, że otaczając
dziecko troską od razu po wypadku, dają mu szansę na wyzdrowienie i że
chory w stanie śpiączki nie przestaje być człowiekiem. – Sami
przekonaliśmy się, że nawet kiedy Michał był w stanie śpiączki, jak
twierdzili lekarze z łódzkiego szpitala, słyszał i zapamiętał książki,
które czytaliśmy mu, gdy był na oddziale intensywnej terapii! Gdy już po
wybudzeniu zaczynaliśmy mu czytać te same książki, mówił, żeby
przeczytać mu coś innego, bo te już tyle razy słyszał! – opowiada pan
Janusz. Państwo Barańscy podkreślają, że oprócz typowych zabiegów
rehabilitacyjnych to właśnie obecność i opieka bliskich osób jest dla
chorego najważniejsza. I choć mają przed sobą jeszcze długą drogę, by
pomóc synowi w jak najpełniejszym odzyskaniu zdrowia, to uważają, że
warto było podjąć ten wysiłek. Według nich, żaden lekarz nie powinien
pozbawiać osób w takim stanie szansy na rozpoczęcie tego procesu i
podejmować decyzji za chorego i jego rodzinę! Uśmiechając się,
podkreślają z dumą, że niedawno Michał rozpoczął indywidualny tok
nauczania…

Nie odbierajcie nadziei!
Podobne
doświadczenie jak państwo Barańscy ma Ireneusz Skibiński z Kościerzyny i
jego mama Krystyna, która jest przekonana, że to właśnie nadzieja była
podstawą w procesie rehabilitacji jej syna. – Gdy trafiliśmy do
profesora Talara, Irek był całkowicie sparaliżowany. Tymczasem profesor
powiedział mi na początku, że będzie chodził – podkreśla pani Skibińska.
Życie
i plany młodego policjanta zmieniły się całkowicie w pewien czerwcowy
dzień w 2004 roku. Jechał jako pasażer samochodem osobowym, gdy nagle
auto zjechało z drogi, uderzyło w skarpę i dachowało. Pod wpływem
silnego uderzenia pan Ireneusz wypadł z auta. Znaleziono go ok. 60 m
dalej… W ciężkim stanie trafił najpierw do miejscowego szpitala, a już
godzinę później odesłano go karetką do szpitala przy Akademii Medycznej
w Gdańsku. Tam leżał przez miesiąc całkowicie sparaliżowany i
nieprzytomny. Lekarze rozkładali bezradnie ręce i chcieli wypisać go w
takim stanie ze szpitala. Dlaczego? – Dawali mu tylko 2 proc. szans na
przeżycie – tłumaczy pani Skibińska. Zaznacza, że wiele zrobili, by
ratować syna, ale później chyba nie wiedzieli, jak go dalej leczyć, albo
stracili nadzieję, że można cokolwiek dla niego zrobić. I wtedy pojawił
się kolega pana Ireneusza z policji. – Podpowiedział nam, aby odwieźć
go do prof. Jana Talara.
W ten sposób w trakcie procesu wybudzania
pana Irka przewieziono do kliniki rehabilitacji w Bydgoszczy prowadzonej
jeszcze wówczas przez prof. Talara. Początkowo – przez 6 tygodni – był
również karmiony przez sondę. – To właśnie panu profesorowi zawdzięczamy
to, że syn przeżył, że odzyskał świadomość i jest w miarę sprawny jak
na wypadek, któremu uległ – zaznacza pani Krystyna, a jej słowa
potwierdza syn. Zaznacza, że nic nie pamięta z okresu śpiączki. Jednak
gdy już się wybudził, spostrzegł, że prócz niesprawnych kończyn ma
uszkodzone wzrok, słuch, upośledzony zmysł smaku i nie czuje zapachów. –
Miałem wtedy 27 lat i nie mogłem poradzić sobie z myślą, że nie będę
chodził. To było dla mnie chyba najtrudniejsze. Rozwiały się życiowe
plany. Było to tym bardziej bolesne, że po przebudzeniu jedną z
pierwszych rzeczy, które zobaczyłem, był wózek inwalidzki stojący przy
moim łóżku. To było dziwne uczucie dla młodego człowieka, że już
musiałem jeździć na wózku – relacjonuje pan Ireneusz. Po chwili jednak
ożywia się i zaznacza, że dzięki rehabilitacji prowadzonej pod
kierunkiem profesora Talara stanął na nogi i dziś chodzi samodzielnie,
nawet spaceruje po mieście, choć mówi, że osoby nieznające go patrzą
podejrzliwie na jego nogi. – Myślą pewnie, że jestem „od rana zawiany”, a
ja muszę po prostu szerzej stawiać nogi – wyjaśnia. Po chwili namysłu
przyznaje, że choć wiele osiągnął w procesie rehabilitacji, zdaje sobie
sprawę z tego, że jego życie nie będzie już takie jak wcześniej. Odczuwa
to tym boleśniej, że – jak mówi ze smutkiem – po wypadku pozostało przy
nim tylko kilku kolegów. Z wdzięcznością wspomina zwłaszcza jednego –
pana Jarka, tego, który pomógł go przewieźć do prof. Talara…

To
był po prostu dom

Podobnie bydgoskiego lekarza wspomina Mirosław
z Torunia oraz jego rodzice. – Klinika prowadzona przez prof. Talara to
nie był szpital, to był po prostu dom! Profesor osobiście pomagał w
różnych czynnościach rehabilitacyjnych, a personel opiekował się chorymi
z wielką życzliwością i oddaniem – opowiada mama pana Mirosława.
Dodaje, że gdy później syn przyjeżdżał na rehabilitację do Bydgoszczy,
po każdym pobycie wracał całkiem odmieniony. Także jej synowi profesor
dał szansę na lepsze życie, choć jego problemy były nieco inne niż osób
wybudzonych ze śpiączki. Pan Mirosław jest bardzo wdzięczny personelowi
bydgoskiego szpitala – pielęgniarkom i rehabilitantom, którzy wkładali
całe swoje serce w pomoc chorym.
Przed dziesięcioma laty doznał
niemal całkowitego paraliżu ciała po upadku z wysokości. – Pracując na
budowie, spadłem i uderzyłem głową w betonowe podłoże. Przesunęły się 3
kręgi szyjne. Nie ruszałem rękami ani nogami. Leżałem jak kłoda. Mogłem
tylko mówić – opowiada. Gdy zawieziono go do toruńskiego szpitala,
ordynator powiedział rodzicom, że paraliż „sam przejdzie” po tygodniu,
ewentualnie dwóch. – Ale kiedy po dwóch tygodniach „nie przeszedł”,
leżący na sali kolega powiedział mi, żebym zrobił sobie rezonans
magnetyczny – wspomina pan Mirosław.
Badanie trzeba było wykonać
prywatnie. Ale jak mówi, było warto, bo dzięki temu rodzice dowiedzieli
się, że taki uraz „sam” nie ustępuje, ponieważ uszkodzenie kręgów trzeba
operować. Na stół operacyjny trafił jednak dopiero 2,5 miesiąca po
wypadku. – Lekarz operujący mnie powiedział wprost, że gdyby skierowano
mnie na operację od razu po wypadku, byłbym znacznie bardziej sprawny –
zaznacza pan Mirosław. Dodaje, że usłyszał jeszcze od lekarza, że będzie
chodził, ale nie będzie w stanie samodzielnie funkcjonować…
Wkrótce
potem pan Mirosław dowiedział się od innych pacjentów o rehabilitacji
prowadzonej w bydgoskim szpitalu pod kierunkiem prof. Talara. – Tam
poddano mnie rehabilitacji. Musiałem cały czas ćwiczyć, aby stanąć na
nogi. Przyznaje, że początki były trudne. – Najpierw były ćwiczenia
bierne – rehabilitanci podnosili i zginali lekko nogi, ręce i tułów.
Wówczas nie odzyskałem jeszcze czucia w kończynach. Później brano mnie
na „podwieszki” i delikatnie sam zaczynałem ćwiczyć. Następnie dodawano
jakieś obciążenie przy podnoszeniu ręki czy nogi – opowiada. Z czasem
gdy zaczął odzyskiwać władzę w rękach i nogach, coraz więcej ćwiczeń
wykonywał samodzielnie. Aż wreszcie… po 3-4 tygodniach zaczął chodzić.
– Najpierw z pomocą rehabilitantów, po kilku miesiącach – przy wózku, a
po roku – już całkiem samodzielnie! – opowiada z dumą, dodając, że
nawet inni lekarze nie mogli uwierzyć, iż po takim urazie tak szybko
stanął na nogi! Zaznacza jednocześnie, że nie udało się przywrócić
całkowicie stanu zdrowia sprzed wypadku, ale zdaje sobie sprawę z tego,
iż jest to niemożliwe. Po kilku latach leczenia i rehabilitacji pozostał
niestety niedowład jednej ręki. – W ogóle lewe noga i ręka są słabsze –
dodaje. Pan Mirek może samodzielnie chodzić, ale ostrożnie i niezbyt
długo. Może też ubrać się, choć nadal ma problemy z zapięciem guzika,
zamka błyskawicznego czy zawiązaniem sznurówek. – Ciągle czuję też ból
kręgosłupa, ale jakoś się już do tego przyzwyczaiłem – mówi z uśmiechem.
Najbardziej cieszy się z tego, że sam radzi sobie w toalecie. – Wie
pan, jaki to wstyd, gdy mężczyzna musi zdać się w takiej sytuacji na
pomoc pielęgniarki? – mówi, odwracając wzrok. Teraz co pewien czas musi
jeszcze jeździć na profesjonalne zabiegi rehabilitacyjne, ale może to
robić już w miejscowym szpitalu w Toruniu.

Tajemnica zdrowia
Na
czym więc polega tajemnica wybudzania chorych ze śpiączki i
przywracania ich do w miarę normalnego życia? Co najbardziej pomogło
pacjentom prof. Talara? – Atmosfera oddziału szpitala w Bydgoszczy,
który prowadził wtedy prof. Talar – odpowiada bez namysłu pan Mirosław. –
Tam ciągle ktoś był w pobliżu, opiekowano się mną tak jak członkiem
rodziny. Gdy leżałem w innych szpitalach, nie mogłem ruszyć ani ręką,
ani nogą, mimo to nikt nie dał mi się nawet napić. Za każdym razem
musiałem wołać przebywające w pobliżu osoby – tłumaczy. Dodaje, że
bardzo ważna jest zwykła wrażliwość na potrzeby pacjentów. – W wielu
szpitalach personel nie rozumie, że niektórzy chorzy mogą mieć problem
np. z rozdrobnieniem kotleta. Tak było właśnie ze mną. W Bydgoszczy
rozumieli takie potrzeby – mówi pan Mirosław.
Matka innej pacjentki
prof. Talara (nie chce ujawniać swoich danych) również podkreśla, że w
procesie rehabilitacji osoby dotkniętej śpiączką najważniejsza jest
życzliwość otoczenia. – Gdy zdrowy człowiek spotyka się z tak dużym
cierpieniem, musi wykrzesać z siebie miłość, aby się z nim zmierzyć.
Inaczej nie poradzi sobie z tą sytuacją – podkreśla. Dlatego – jak mówi –
tak naprawdę najważniejsza jest miłość okazywana chorej osobie,
ponieważ to dzięki niej otrzymuje ona szansę na wybudzenie i choć
częściowy powrót do zdrowia.
Profesor Talar potwierdza tę obserwację.
Przyznaje, że ogromną rolę w procesie leczenia odgrywa właśnie
pozytywne podejście do pacjentów i zwyczajna troska o nich, a także
rozpoczęcie rehabilitacji jak najszybciej, nawet jeśli chorzy pozostają w
stanie śpiączki, i prowadzenie jej w sposób bardzo intensywny – po
kilka godzin dziennie. W procesie rehabilitacji ważne są zabiegi
usprawniające ciało pacjentów. Ale choć profesor wybudził już setki
pacjentów, to stwierdza, że w jego metodzie nie ma żadnych cudów. Opiera
się w większości na znanych współcześnie zabiegach rehabilitacyjnych,
jak: fizjoterapia, energoterapia [wykorzystanie prądów o niskim napięciu
do stymulacji pracy chorych narządów – red.], hydroterapia [odpowiednio
dobrane ćwiczenia wykonywane w basenie – red.] czy biostymulacja
laserowa [analogicznie jak w przypadku energoterapii chodzi tu o
pobudzanie czynności chorych organów za pomocą wiązki lasera o niskim
natężeniu – red.] itd… Naciskany nie chce nic więcej powiedzieć. Nie
chce też mówić o przyczynach swojej postawy, choć nietrudno się ich
domyślić. Przed kilkoma laty został oskarżony o korupcję i przyjmowanie
pacjentów poza kolejnością. W lokalnych mediach odbył się nad nim niemal
lincz. Niesłuszne zarzuty prof. Janowi Talarowi stawiała także „Gazeta
Wyborcza”. Dla wielu jego pacjentów postawienie takich zarzutów
człowiekowi, który – jak podkreślali – całe swoje serce wkładał w
niesienie pomocy chorym, było prawdziwym szokiem. Dla wielu szokiem jest
też to, że w efekcie awantury zwolniono profesora z kliniki w
Bydgoszczy.

Kto wybudzi śpiących?
Dziś – jak mówią byli
pacjenci prof. Talara – bez niego to już nie ta sama klinika. Dlatego
wielu pacjentów decyduje się na prywatne wizyty u tego niezwykłego
lekarza. Zresztą, jak przyznaje sama przedstawicielka szpitala, choć
nadal prowadzone są tam profesjonalne zabiegi rehabilitacyjne, to od 5
lat już nie dokonuje się wybudzeń ze śpiączki, bo… Narodowy Fundusz
Zdrowia nie refunduje takich zabiegów. – To po prostu nam się nie
opłacało – mówi wprost przedstawicielka szpitala. Przyznaje też, że
rodziny osób pozostających w stanie śpiączki zwracające się do szpitala o
pomoc odsyłane są do… Fundacji Światło prowadzącej w Toruniu
Hospicjum Światło.
Czy w niemal 40-milionowym kraju to jedyny
ośrodek, w którym budzi się pacjentów ze śpiączki? – Osoby w stanie
apalicznym są przyjmowane także do ośrodków pomocy społecznej oraz do
innych hospicjów. Jesteśmy natomiast pewnie jedynym zakładem, w którym w
szeroki sposób prowadzona jest rehabilitacja takich pacjentów –
tłumaczy Anna Grajpel, asystentka koordynatora programowego. Dodaje, że w
ciągu blisko 6 lat działalności, wybudzono 17 osób.
Rzecz w tym, że
ośrodek jest w stanie przyjąć naraz… 22 pacjentów, tyle ma bowiem
łóżek. Przedstawicielka hospicjum zaznacza, że obecnie ponad 80 osób
czeka na miejsce w ośrodku. Dodaje jednak, że fundacja buduje nowy
ośrodek, w którym będzie można przyjmować więcej osób w stanie śpiączki.
Pomoc
takim osobom świadczą też niektóre powstałe w ostatnich latach
fundacje, jak choćby Fundacja „Akogo” Ewy Błaszczyk. Ale to wciąż za
mało w stosunku do potrzeb. Co więc mają zrobić chorzy w takiej
sytuacji, gdy ich szanse na wybudzenie i powrót do zdrowia zmniejszają
się z każdym dniem, w którym nie otrzymują fachowej pomocy?
Szacuje
się, że w Polsce rocznie co najmniej kilka tysięcy osób zapada na
śpiączkę albo doznaje porażenia ciała. Jego przyczyną mogą być nie tylko
wypadki samochodowe, w których w zeszłym roku zostało rannych ponad 50
tys. osób! Powody mogą być na pozór bardziej błahe: zasłabnięcie,
depresja czy nawet… zachłyśnięcie się.
Potencjalnie każdy z nas
jest zagrożony zapadnięciem w śpiączkę. Czemu więc profesjonalna i
opłacana z publicznych składek służba zdrowia ucieka od problemu,
spychając go na barki rodzin dotkniętych takim nieszczęściem i małych
fundacji powstających najczęściej dzięki zapałowi społeczników?

Mariusz
Bober

drukuj