fot. PAP/Andrzej Grygiel

Piłka nożna. Powrót do szeregu

Długo tliły się nadzieje kibiców na pozostanie naszej reprezentacji wśród najlepszych jeszcze przez chwilę. Kadencja Adama Nawałki bardzo nas rozpieściła, a teraz wracamy do czasów, gdy rozstrzał pomiędzy grą kadry a ligowym weekendem był niewielki. Gdzie szukać nadziei na lepsze jutro?


Polska reprezentacja powoli zwija się z salonów. Przez chwilę zagościła na czerwonym dywanie. Było miło. Podczas Euro 2016 nawet bardzo, bo takie emocje z reprezentacją przeżywano przed Adamem Nawałką w roli selekcjonera dawno, dawno temu. Pora więc spakować manatki i wracać do siebie, na zaplecze. Pierwszy krok w tym kierunku już postawiliśmy. I choć Liga Narodów UEFA to rozrywki niższej klasy niż europejski czempionat, to styl w jakim pożegnaliśmy się z elitą, delikatnie rzecz ujmując, nie był zbyt porywający.

Kolejne taktyczne eksperymenty spaliły na panewce. Liczna kolonia w Serie A – taktycznego piłkarskiego uniwersytetu – wraz z pozostałymi kadrowiczami nie poradziła sobie z przyswojeniem nowego ustawienia w krótkim czasie, jaki selekcjoner ma do dyspozycji podczas zgrupowania kadry.

Przy okazji taktyki pojawia się też pierwsza kość niezgody między zawodnikami a Jerzym Brzęczkiem. Po meczu piłkarze – konkretnie Robert Lewandowski, Kamil Glik, Bartosz Bereszyński i Piotr Zieliński – jasno zakomunikowali, że drużynie gra bez skrzydłowych zdecydowanie nie leży. Widać to było zresztą z wysokości trybun, czy kanapy przed telewizorem. Zawodnicy sugerują też powrót do korzeni, czyli sprawdzającego się w ostatnich latach 4-4-2. Argumenty są po ich stronie, bo po tym, jak na murawie pojawiają się skrzydłowi, gra zazębia nam się zdecydowanie lepiej. Trener twierdzi jednak, że na treningu piłkarze mówili, że wszystko im się podoba.

Stadion Śląski zwany szumnie „Kotłem Czarownic” postawiony był na nikłym ogniu. Kibic płaci i wymaga – takie jego odwieczne prawo. Ale po co komu mrzonki o tym, że publiczność jest dwunastym zawodnikiem, skoro wsparcia przez 90 minut praktycznie nie było. Kiedy jeden sektor próbował wznieść okrzyk, drugi właśnie siadał albo w ogóle nie reagował. Wszyscy ożywiali się w dwóch momentach. W drugiej połowie, kiedy któryś z naszych kadrowiczów zbliżał się do bramki i oddawał strzał, można było usłyszeć „oooouuuu”, opcjonalnie „aaaajjj”. To jednak dużą dawką motywacji nie było. A skoro gra szła słabo, pojawiły się gwizdy. Te były już dostatecznie głośne.

W tym roku reprezentacji zostały jeszcze dwa mecze. Towarzyskie spotkanie z Czechami w Gdańsku i wyjazd do Portugalii – jeszcze w ramach Ligi Narodów, ale po spadku do dywizji B równie ważny, co mecz z naszymi sąsiadami. Patrząc na ostatnie starcia sparingowe biało-czerownych trudno raczej oczekiwać oklasków po wspaniałym widowisku, które zapowiedział Piotr Zieliński.

Nadzieję na lepsze jutro daje fakt, że skoro już wszyscy bez ogródek uznali, że powinniśmy wrócić do starego ustawienia, to może do eliminacji zdołamy się na nowo dotrzeć.

Sport.RIRM

drukuj