Cześć ich pamięci!

Decyzja gen. Tadeusza Komorowskiego „Bora” o rozpoczęciu powstania w Warszawie w świetle faktów historycznych jest zrozumiała. To nie jej konsekwencje spowodowały koszmarne zniszczenia i ofiarę ludzką.

To wspólny niemiecko-rosyjski atak w 1939 roku jest powodem cierpień Polaków w czasie II wojny światowej. A znajdująca się w kleszczach dwóch totalitarnych armii latem 1944 roku Warszawa stała się teatrem walki o podmiotowość Polaków.

Jest 31 lipca 2013 roku. Siedząc w upalne przedpołudnie, zastanawiam się, jaki nastrój towarzyszył okupowanej Warszawie 31 lipca 1944 roku. Pewnie było gorąco – jak to w lipcu. „Cywilni” Niemcy nerwowo uciekali z miasta. Nic dziwnego. Od wschodu (Radzymina i Otwocka) słychać było już artylerię Armii Czerwonej.

Już tydzień temu Sowieci przeprawili się przez Bug. Nad Warszawą wieczorami rozbłyskiwały wystrzeliwane z sowieckich samolotów wywiadowczych salwy karabinów maszynowych. „Podgryzały” one niemieckie oddziały wycofujące się ze Wschodu.

Była to zapowiedź „wyzwolenia”. Przecież teraz Stalin był już wrogiem Hitlera. Ale wielu wątpiło w sowiecką wolność. Słabnący w oczach Niemcy prowokowali do zemsty za lata niewoli. Warszawiacy przebierali nogami, aby się za nich wziąć. Ci, którzy byli zaangażowani, wiedzieli, że coś się wydarzy. Pytanie brzmiało nie „czy”, ale „kiedy”.

Gdy 27 lipca, w czwartek, Niemcy wydali rozkaz kopania rowów strzeleckich na przedpolach Warszawy, zamiast około 100 000 mężczyzn w wieku 17-65 lat stawiło się kilkuset. Tak sobie myślę, że mieli odwagę ci kontestatorzy. Pułkownik Antoni Chruściel „Monter” spodziewał się za to kar wobec młodych. A był to skład przecież podległych mu oddziałów. Wydał więc rozkaz o gotowości. Ale represji, o dziwo, nie było. Tymczasem pierwsi Rosjanie pojawili się już na warszawskiej Pradze.

Niemcy zaminowują mosty: Poniatowskiego i Kierbedzia. Obstawiają je stanowiskami z karabinami maszynowymi. Na niebie spotykają się sowieckie i niemieckie myśliwce. W mieście jest naprawdę gorąco. Nie tylko z powodu pogody. Pojawia się prawie jawnie kolportowana polska prasa! Oczywiście nielegalna, wydawana przez nasze podziemie. Ekscytacja narasta.

Jest organ Delegatury Rządu RP „Rzeczpospolita Polska” i wydawnictwo AK „Biuletyn Informacyjny”. Od tego momentu został nawet przekształcony w pismo codzienne. Jak bardzo musiała być wtedy uciszana w sercach ta euforia. Ta słynna „furia odwetu”, o której mówił płk Chruściel „Monter”, dowódca sił powstańczych.

Tymczasem Sowieci, ustami polskich komunistów, wydają prowokacyjny komunikat swojej rozgłośni im. Tadeusza Kościuszki: „(…) Wojska sowieckie nacierają gwałtownie i zbliżają się już do Pragi. Pomóżcie Czerwonej Armii w przeprawie przez Wisłę. (…) Milion ludzi niechaj się stanie milionem żołnierzy, którzy wypędzą niemieckich najeźdźców i zdobędą wolność”. To stalinowska pułapka. Nie będzie żadnego realnego przeprawiania się przez Wisłę w celu wyzwolenia Warszawy.

Wśród młodych w szczególności panuje euforia. Nieważne, że rosną ceny produktów w sklepach. 31 lipca z bestialskiego więzienia na Pawiaku zostaje zwolnionych około dwustu osób. Głównie chore matki z dziećmi.

Także część personelu polskiego: strażnicy i pielęgniarki. Część z nich była elementem polskiej siatki szpiegowskiej. Przekazywali informacje na zewnątrz.

Rzeczywistość jednak była znacznie bardziej brutalna niż rozpalona w sercach warszawiaków euforia. Tego dnia przybył też do Warszawy gen. Reiner Stahel mianowany przez Hitlera do obrony Warszawy przed ewentualnym powstaniem.

Na tym tle tego dnia najważniejsze spotkanie odbyło się między godziną 17.00 a 18.00 na ul. Pańskiej. W wyniku narady gen. Tadeusza Komorowskiego „Bora” z płk. Antonim Chruścielem „Monterem” oraz przy obecności i za zgodą Delegata Rządu RP na Kraj Jana Stanisława Jankowskiego padł rozkaz: „Nakazuję ’W’ dnia 1 VIII, godz. 17.00”.

Cześć ich pamięci! Spotkajmy się wszyscy o 17.00 na ulicach!

Filip Frąckowiak

drukuj