Przemowienie prof. dr hab. Bogusława Wolniewicza podczas XVII Pielgrzymki Rodziny Radia Maryja

Czcigodni Pasterze Kościoła
Wielebni Ojcowie i Kapłani
Szanowni Państwo, współpielgrzymi moi i rodacy!

Gdy patrzę na tę rzeszę ogromną, myślę sobie: oto awangarda narodu w jego walce o zachowanie własnej duszy. Jego straż przednia – moherowe berety! To określenie miało być ośmieszającym przezwiskiem, a całkowicie odwróciło swój sens i stało się zaszczytnym wyróżnieniem. Stało się dzięki Wam – żeście się go nie ulękli. Awangardę zatrzymać nie tak łatwo.
Ta awangarda, jak już nieraz w naszych dziejach bywało, skupia się dziś wokół Kościoła i od niego oczekuje wskazań i wskazówek. Ma to swą głęboką przyczynę. W świecie Zachodu zmagają się dwie wielkie siły – my i oni – a przedmiotem tych zmagań jest chrześcijaństwo. Dla nas dziedzictwo chrześcijańskie to skarb, którego trzeba bronić i strzec; dla nich to balast, którego trzeba się co rychlej pozbyć, by w to miejsce postawić swoją wieżę Babel. Jedna im się dwadzieścia lat temu zawaliła, ale już stawiają drugą, równie straszliwą.
Nie miejmy złudzeń, trwa wielka próba sił, w której nawoływania do „dialogu” to podstęp. W tej próbie sił nie strona chrześcijańska jest stroną atakującą. Napastnikiem są oni – międzynarodówka lewackiego libertyństwa ze swym rozpasanym bezbożnictwem, paradującym chętnie jako „laicki humanizm”.
Weźmy najświeższe przykłady tej bezbożnej agresji. Oto nie cały miesiąc temu tutaj, na Jasnej Górze, miał miejsce incydent sprowokowany przez emisariusza znanego dziennika („Rz”, 22 i 23 czerwca 2009) Podczas pielgrzymki młodych emisariusz ów usiłował zakłócić jej przebieg, rozdając ulotki podburzające przeciwko jej organizatorom i nie podporządkowując się interwencji jednego z zakonników, jak najbardziej słusznej i uzasadnionej.
Zdawałoby się: drobne zajście. Wcale nie drobne! Bo to był pierwszy w Polsce przypadek, że poważono się dokonać bezpośredniego zamachu na przebieg czynności sakralnej, pewnego katolickiego obrzędu. Pielgrzymka to nie jest wycieczka ani festyn. To jest prastary wyraz religijności: gdzie idą pielgrzymi, tam miejsce jest święte. A ten łobuz i jego mocodawcy próbowali je splugawić.
Uprzytomnijmy sobie, co to znaczy. Zamachów wprost na katolicki akt religijności dotąd w Polsce nie było. Tu była granica, którą respektowało także państwo komunistyczne przez całe czterdzieści pięć lat swojego istnienia. A teraz ją przekroczono! Znaczy to, że agresja bezbożnictwa weszła na następny szczebel zuchwalstwa; że przez swą bezkarność odniosła nowe nad nami zwycięstwo.
Oto drugi przykład: Pamiętamy, jak swego czasu „artystka” z Gdańska bezcześciła pornograficznie symbol Krzyża Świętego. Proces trwał 7 lat. A miesiąc temu – 4 czerwca – gdański sąd ją uniewinnił, uzasadniając swój horrendalny wyrok tym, że jakoby „nie miała zamiaru obrażać czyichkolwiek uczuć religijnych” („Rz”, 5 czerwca 2009). Nie będę się wdawał w ławą krytykę tego niedorzecznego „uzasadnienia”, urągającego prawu i zwykłemu rozsądkowi. Powiem tylko jedno: tym wyrokiem sąd dał zielone światło profanatorom i bluźniercom, stanął jednoznacznie po ich stronie. Taki sąd nie jest „niezawisły”, choć takim się mieni. Nie jest to nawet sąd tylko niesprawiedliwy. Taki sąd to jest sąd krzywoprzysiężny.
Ostatni przykład jest sprzed tygodnia. Pewien poseł Platformy Obywatelskiej z Lublina, znany z wybryków, znieważył świętokradczo imię Chrystusa. Wniesiono przeciw niemu słuszną skargę z art. 196 kodeksu karnego. I oto w poniedziałek, 6 lipca, prokuratura obwieściła, że sprawę umarza „wobec braku znamion przestępstwa” („Rz”, 7 lipca 2009) – choć znamiona takie są. Umarza zatem w niezgodzie z duchem i literą prawa. W ten sposób państwo polskie zapaliło bluźniercom zielone światło; a tym razem uczynił to organ rządu, za jego działania odpowiada sam premier. To on je zapalił, ręką swego prokuratora.
Niektórzy radzą: „Poczekajmy, może to się samo wypali”. Mylą się zupełnie: zło samo nie wypala się nigdy. Gdy nie trafi na opór, szerzy się wciąż dalej i dalej. Zło jest plenne – jak perz. Powstrzymać je może tylko siła: murem nieugiętego oporu, o którym roztrzaska sobie w końcu swój łeb.
Dlatego trzeba rzec jasno i wyraźnie: dość bluźnierstw! Dość traktowania w Polsce wiary katolickiej jako wolnej zwierzyny łownej, na którą zapolować może bezkarnie byle pismak gazetowy i byle szyksa udająca „artystkę”. Dość również takich władz państwowych, które za parawanem rzekomej „niezawisłości” i „światopoglądowej neutralności” wspierają i forują antychrześcijańskie lewactwo i bezbożnictwo.
Stworzono cały system jakiejś upiornej pedagogiki społecznej – system obejmujący media, sądownictwo i szkolnictwo z góry do dołu, od uniwersytetu do przedszkola, i z powrotem. Ma on jeden cel główny: tresować naród w lekceważeniu i pogardzie dla chrześcijańskiego dziedzictwa naszej cywilizacji. A oswajanie Polaków od dziecka z bezkarnością bluźnierstw to jeden z walnych instrumentów tej upiornie „humanistycznej” pedagogiki.
Temu złoczyństwu trzeba położyć kres!
Zapyta ktoś: „Ale jak to zrobić”? Odpowiadam: tak, jak to wy sami już w tej chwili tutaj robicie – wy, Moherowe Berety (przez duże M i duże B). Rzesza, która tu stoi, to nie przelotne zbiegowisko. To jest armia, armia Kościoła, ożywiona jednym duchem i zaprawiona w trudach niejednej pielgrzymki, zwarta i zdyscyplinowana. Taka armia to siła, i przeciwnik to wie. Nienawidzi tej siły, to jasne, ale musi się z nią liczyć. Sama Wasza tutaj obecność trzyma go już w pewnych ryzach: widzi, że jeszcze nie na wszystko może sobie wobec Kościoła pozwolić. Jego tupet i bezczelność są zawsze odwrotnie proporcjonalne do naszej siły. Budujmy więc tę siłę – alleluja, i do przodu! Szanowni Państwo, drogie Moherowe Berety! Podziwiam Was za Waszą cichą dzielność i za wasz Wasz pielgrzymi trud. Przybyłem tu, u kresu mojego życia, bo czuję się jednym z Was.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

drukuj