„Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mk 15,34; Mt 27,46)

Czwarte kazanie pasyjne, Sanktuarium Relikwii Drzewa Krzyża Świętego w Wałbrzychu,

IV Niedziela Wielkiego Postu, 18 marca 2012 r.

Wstęp

Drodzy bracia i siostry, jesteśmy na czwartej wielkopostnej medytacji męki Pańskiej podczas nabożeństwa „Gorzkich Żali”. Dziś w kazaniu pasyjnym zatrzymamy się przy kolejnych słowach Pana Jezusa wypowiedzianych z krzyża w czasie Jego agonii. Są to słowa pełne bólu i osamotnienia: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? (Mk 15,34; Mt 27,46).

1. Interpretacja czwartego słowa Jezusa z krzyża



Najpierw zauważmy, że słowa te zostały odnotowane jedynie przez św. Marka i Mateusza, jako jedyne wypowiedziane przez Jezusa z krzyża. Przypomnijmy, że poprzednie rozważane przez nas słowa – pierwsze dwa są zapisane w Ewangelii św. Łukasza, a słowa do Matki i do ucznia znajdujemy w Ewangelii św. Jana. Rozważane dziś przez nas czwarte słowo Jezusa, w Ewangelii św. Marka zostało umieszczone w następujących kontekście:

A gdy nadeszła godzina szósta, mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. O godzinie dziewiątej Jezus zawołał donośnym głosem: „Eloi, Eloi, lema sabachthani”, to znaczy: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? Niektórzy ze stojących obok, słysząc to, mówili: „Patrz, woła Eliasza”. Ktoś pobiegł i nasyciwszy gąbkę octem, umieścił na trzcinie i dawał Mu pić, mówiąc: „Poczekajcie, zobaczymy, czy przyjdzie Eliasz, żeby go zdjąć [z krzyża]”. Lecz Jezus zawołał donośnym głosem i oddał ducha (Mk 15,33-37).

Zauważmy, że słowa modlitwy Jezusa synoptycy wiążą z Jego agonią i śmiercią. Opowiadanie o niej należy do najstarszej warstwy opisu męki. Potwierdza to zachowanie tej modlitwy w brzmieniu aramejskim i tłumaczenie jej na język grecki. Samą inwokację św. Mateusz podał w wersji hebrajskiej.

Według Marka ewangelisty Jezus wisiał na krzyżu sześć godzin. Podczas pierwszych trzech, od godz. trzeciej do szóstej, czyli wedle naszego czasu – od godz. dziewiątej do dwunastej w południe, Jezus był wyszydzany, o czym rozważaliśmy przed dwoma tygodniami. Następne trzy godziny, od szóstej do dziewiątej, czyli od dwunastej do piętnastej naszego czasu, upłynęły pod znakiem ciemności, które ogarnęły całą ziemię.

Wydarzenie Jezusowej śmierci ewangeliści łączą ze znakiem ciemności, jakie przez trzy godziny ogarnęły całą ziemię, robiąc wrażenie, że słońce rzeczywiście zaszło. Bibliści twierdzą, że nie mogło jednak to być zaćmienie słońca, gdyż zjawisko takie nie było możliwe w czasie Paschy, przy pełni księżyca. Dla wytłumaczenia fenomenu mroku odwoływano się niekiedy do czysto fizycznych zjawisk, jak gęste chmury, burza piaskowa. Tradycja Kościoła traktuje ten fakt jako zjawisko cudowne. Pomocą w jego zrozumieniu jest wykorzystana w opisie symbolika biblijna. W niej zaś ciemności są stałym elementem „dnia Pańskiego”, w którym Bóg interweniuje zbawczo i osądza ludzkie czyny. Tak też jest w czasie śmierci Jezusa. Ciemności ogarniające całą ziemię wskazują nie tylko na jej kosmiczny wymiar z powodu zabicia Syna Bożego, ale również na zbawczą obecność Boga, ukrytą pod osłoną ciszy, bez żadnego wyjaśniającego słowa, jak to miało miejsce podczas chrztu lub przemienienia. Przypomnijmy, że w czasie chrztu Jezusa rozdarły się niebiosa i dały się słyszeć słowa Ojca: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie” (Mk 1,11). A w scenie Przemienienia na Taborze znakowi obłoku towarzyszyło słowo: „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie” (Mk 9,7). Natomiast na Golgocie – po wyszydzaniu, nastąpiły ciemności i zapanowała cisza. Ojciec w niebie jakby zamilkł i Jego miłość skoncentrowała się na darze miłości Syna. Ojciec w milczeniu przyjmował ofiarę życia swojego Syna.

O godzinie dziewiątej, czyli o trzeciej po południu, a więc w ostatnich chwilach swego życia, Jezus odpowiedział na tę tajemniczą, milczącą obecność Boga donośnym wołaniem, modląc się słowami Ps 22,2: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” Modlitwa w formie pytania pozostawia otwarty dramatyczny problem ogromu zła i cierpienia, opuszczenia przez wszystkich, a nawet milczenia samego Boga. Modlitwa Jezusa nie jest jednak krzykiem rozpaczy i trwogi, ale – jak potwierdza to cały kontekst cytowanego psalmu – głosem ufności i nadziei opartej na synowskiej jedności z Bogiem.

W takim jej rozumieniu utwierdza też reakcja stojących obok krzyża, którzy chcąc jeszcze raz zadrwić z Jezusa, wykorzystali podobieństwo fonetyczne słów i wołanie do Boga, celowo zniekształcili na wołanie skierowane do Eliasza. W pobożności ludowej on bowiem uważany był za wielkiego pomocnika w sytuacjach beznadziejnych. Dlatego drwiąc z Jezusowego wołania do Boga, widzowie przypisali Mu wołanie do Eliasza, by przyszedł i zdjął Go z krzyża. W tym celu ktoś podał Mu do picia ocet rozcieńczony wodą, by przedłużyć Jego cierpienia, w przekonaniu, że Eliasz i tak do Niego nie przyjdzie.

Wobec śmierci Jezusa stajemy przed niesłychanym orędziem, że w Nim sam Bóg zechciał doświadczyć śmierci. Jest w niej znak autentyczności Jezusa, który naprawdę i do końca był człowiekiem. Dlatego nie chciał uniknąć śmierci, wykorzystując fakt, że był Bogiem. W Jego śmierci Bóg „doświadczył” czym jest umieranie człowieka. Stąd też w każdej sytuacji naszego życia możemy odczuwać solidarność Jezusa i Jego bliskość z naszym losem.

W zmaganiu się ze śmiercią i całkowitym osamotnieniem Jezus pyta: „Gdzie Jesteś Ojcze?!” Jest to dowód pełnego zdania się na Boga, by wkroczył, by Jego wola się wypełniła.

2. Nasze ciemne doliny bólu i opuszczenia

Drodzy bracia i siostry, pytamy pokornie czy ta przejmująca modlitwa Jezusa do Ojca w chwili największego cierpienia ma jakieś odniesienie do naszego życia. Co odpowiemy? – Na pewno ma, gdyż nic takiego nie wydarzyło się w życiu Jezusa, co nie miałoby odniesienia do naszego życia. Na naszej życiowej drodze też natrafiamy na ciemne doliny i na chwile opuszczenia i osamotnienia. Takie chwile przeżywali ludzie w obozach koncentracyjnych, gdzie – jak niektórzy mówią – panowało wielkie milczenie Boga. Tego rodzaju trudne okresy przezywali nasi rodacy, którzy z przedwojennych Kresów Wschodnich w 1940 r. zostali wyrwani z gniazd rodzinnych i wywiezieni w dal syberyjskich lasów, śniegów i mrozów . Tego rodzaju chwile, takie ciemne doliny, przeżywali więźniowie poddawani torturom i zabijani w okrutny sposób przez swoich przeciwników politycznych. Wielu wydawało się wtedy, że Bóg jakby zapomniał o świecie, zapomniał o ludziach. Stał się Bogiem milczącym

Takie chwile osamotnienia, opuszczenia, jakby nieobecności Boga przeżywali nawet ludzie wierzący, nawet święci. Zresztą każdy człowiek na drodze swego życia natrafia na ciemne doliny, na godziny wielkiej udręki, chwile wielkiego osamotnienia. Zwróćmy uwagę, że jest bardzo trudno doświadczać Boga w chwilach udręki i wielkiego cierpienia. Wydaje się nam wtedy, że Bóg odwrócił się od nas albo też, że gdzieś zapomniał zupełnie o nas. Rzeczywiście, w chwilach wielkiego zła, w doświadczaniu ludzkiej podłości, ludzie mówią o milczeniu Boga. Przytoczmy kilka przykładów.

3. Świadectwa o ciemnych dolinach i jakby milczeniu Boga

Elie Wiesel, amerykański Żyd, pisarz i dziennikarz, więzień hitlerowskich obozów koncentracyjnych, w książce pt. „Noc” wspomina, że pewnego dnia na placu apelowym obozu w Auschwitz postawiono trzy szubienice. Dwaj mężczyźni i jeden chłopiec – mieli zawisnąć na nich jako przestroga dla reszty więźniów. Tłum w pasiakach, otoczony zewsząd przez uzbrojonych SS-manów, w milczeniu wysłuchał słów wyroku. Na znak komendanta obozu spod nóg skazańców wytrącono krzesła. Obydwaj mężczyźni umarli szybko obciążeni swymi ciałami. Chłopiec – o wiele lżejszy – nie zginął od razu. Na oczach więźniów konał w straszliwej ciszy, przez ponad pół godziny szarpiąc się w niewypowiedzianej męce. Gdzie jest Bóg?! – głośne pytanie rzucił jeden z więźniów. I w tym samym momencie zmysł wiary w sercu przyszłego pisarza natychmiast na to pytanie odpowiedział: – Jest tu, wisi na tej szubienicy.

Drugie świadectwo mistycznych udręk ciemnej nocy, zaczerpnijmy z życia wielkiego misjonarza trędowatych z Flandrii bł. Damiana de Veuster. W jednym z jego życiorysów czytamy: „Kiedy nadszedł okres Wielkiego Postu 1888 roku Bóg nałożył misjonarzowi na ramiona krzyż najcięższy. Był już wtedy chory na trąd i nieludzkie bóle rozdzierały jego śmiertelne członki. Ale były one niczym w porównaniu z męką, w jakiej pogrążyła się dusza. Ojciec Damian, który zawsze we wszystkich cierpieniach miał mężne serce i umiał zachować pogodę ducha, teraz w ostatnich tygodniach swego życia zapadł w ciemną noc całkowitego zwątpienia. Czuł zbliżającą się śmierć. Wiedział, że stoi nad grobem. Utyrany życiem marzył niekiedy o ostatnim spoczynku. Ale teraz myśl o śmierci napawała go głębokim lękiem i smutkiem. Nie doświadczał już obecności Boga, choć czuł zbliżający się koniec życia. Żadna modlitwa nie przynosiła mu ulgi. Całymi nocami klęczał przed Najświętszym Sakramentem, ale nie doznawał żadnego pocieszenia. Nad ranem zwlekał się znużony i złamany do swojej izby i nie chciał widzieć nikogo. Któregoś dnia jego przyjaciel Conrady, kapłan, który przemocą wtargnął do jego chaty, zastał go w stanie całkowitego opuszczenia.

– Odejdź i zostaw mnie samego – krzyczał ochryple chory, kiedy wszedł do niego jego przyjaciel.

– Nie zostawię cię samego – upierał się Conrady. Musisz mnie wysłuchać.

– Bóg mnie opuścił, cóż może pomóc teraz człowiek – jęczał Ojciec Damian. Umieram, ale nie jestem godny wejść do nieba.

– Ty głupi chłopcze – strofował go przyjaciel. Przyjmą cię tam odgłosem trąb i bębnów. Całe życie przecież poświęciłeś trędowatym. Ojciec Damian potrząsnął tylko głową i ukrył zranioną, zniekształconą twarz. Conrady otworzył tymczasem Nowy Testament, który przyniósł z sobą i powiedział:

– No posłuchaj. Teraz odczytam ci twój wyrok, który Pan Jezus ogłosi nad tobą. I przeczytał mu fragment Ewangelii św. Mateusza o sądzie ostatecznym: Byłem głodny, a dałeś mi jeść, byłem spragniony, a dałeś mi pić. Wejdź do królestwa mego. Wydawało się jakby trędowaty kapłan wcale tego nie słuchał. Po chwili podniósł się, spojrzał smutnym wzrokiem na przyjaciela i powiedział jakby pokornie prosząc:

– Odejdź bracie, mnie już nikt nie pomoże (W. Huenermann). Po tym przeżyciu ciemnej nocy trwającym kilka tygodni Bóg zesłał ojcu Damianowi pocieszenie za przyczyną Matki Bożej Pocieszenia z jego rodzinnych stron z Scherpenheuvel. Ojciec Damian umierał pełen pokoju wewnętrznego i zaufania do Boga.

Ci, którzy przechodzą poprzez takie czy podobne doświadczenia, mogą głębiej odczuć to, co przeżywał Jezus na krzyżu. Mogą też odczuć modlitwę Psalmu 22, którą wypowiedział sam Jezus: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”.

I jeszcze trzy obrazki z mojej posługi kapłańskiej. Pierwszy pochodzi z mojej pierwszej parafii z Wrocławia, z Psiego Pola, z roku 1970. Jako wikariusz parafii p.w. św. Jakuba i Krzysztofa stosunkowo często grzebałem zmarłych na miejscowym cmentarzu. Po pewnym czasie zauważyłem, że na jednym z grobów zawsze stoją świeże kwiaty i dość często modlą się tam jeszcze stosunkowo młodzi rodzice. Pewnego razu zainteresowałem się tym grobem i tymi ludźmi. Dowiedziałem się, że w niedawnej przeszłości ci rodzice w krótkim czasie pochowali dwie swoje jedyne córki, które zmarły w wieku osiemnastu i dziewiętnastu lat. Rodzice wyznali, że modlili się jak tylko umieli o łaskę życia dla córek, ale wola Boża była inna. Była to dla nich ciemna dolina, przez którą przeszli.

Drugi obrazek pochodzi z lat 1976-1979, kiedy byłem wikariuszem w parafii św. Rodziny we Wrocławiu. Na Cmentarzu Osobowickim prowadziłem bardzo szczególny pogrzeb. W kaplicy cmentarnej zastałem dwie trumny, w których byli młodzi małżonkowie, ofiary wypadku drogowego. Przy trumnie stała trójka dzieci. Było mnóstwo ludzi. Prawie wszyscy mieli łzy w oczach. Gdzieś nad tymi ludźmi zdawało się wisieć pytanie, dlaczego dzieci utraciły rodziców; gdzie jest Bóg, który kazał napisać, że jest Miłością?

I trzecie wspomnienie, także z pierwszych lat mego kapłaństwa. Gdy przyjeżdżałem w rodzinne strony, moja mama często wysyłała mnie w odwiedziny do chorych. W sąsiedniej miejscowości chorowała matka licznej rodziny. Na imię miała Bronisława. Choroba okazała się śmiertelna. W czasie jednej z ostatnich wizyt, prosiła mnie o modlitwę, by doczekała jeszcze uroczystości Pierwszej Komunii św. swojej najmłodszej córki Beatki. Wielu modliło się o tę łaskę, ale wola Boża była inna. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że matka nie dożyła do tej uroczystości. Oglądała swoją córkę, idącą po raz pierwszy po Ciało Pańskie, z wieczności.

Drodzy bracia i siostry to są te ciemne doliny, przez które przechodzą ludzie na tej ziemi, które mają odniesienie do tej godziny krzyża na Golgocie, kiedy Chrystus wołał: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”. Tego pozornego milczenia Boga doświadczają ludzie dość często tu, na ziemi.

Drodzy bracia i siostry, prośmy Jezusa ukrzyżowanego, abyśmy mogli – choć w bardzo ograniczonych i zawężonych warunkach – przeżyć to, co przeżył w czasie swojej męki i śmierci. Wyraźmy pragnienie towarzyszenia Jezusowi w Jego drodze od Ogrójca aż po krzyż, prosząc Go, aby otworzył nam nasze serce i ukazał nam to, czego wówczas doświadczał. Prośmy także, aby nasze współuczestnictwo w Jego cierpieniu i udręce On sam przemieniał w doświadczenie radości i pociechy z Jego Zmartwychwstania.

Zakończenie

Panie Jezu, który w godzinie największego cierpienia wypowiedziałeś słowa: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” Doświadczyłeś bólu i cierpienia tego świata, na który przyszedłeś, który jest także Bożym światem. Bądź z nami, gdy się nam będzie wydawać, że Bóg milczy, że zostaliśmy przez wszystkich opuszczeni. Przyjdź wtedy i powiedz, że wnet zaświta poranek Zmartwychwstania. Amen.

Bp Ignacy Dec


Kazania pasyjne biskupa Ignacego Deca wygłoszone w 2011 r.

drukuj