Przekonałem się, że in vitro nie uszczęśliwia

Z amerykańskim lekarzem Johnem Bruchalskim, niegdyś propagatorem aborcji, antykoncepcji i in vitro, a po nawróceniu w Guadalupe – metod naturalnego planowania rodziny, rozmawia Mariusz Bober

Przez lata zalecał Pan swoim pacjentom stosowanie antykoncepcji, aborcji, zapłodnienia in vitro. Nie miał Pan wówczas wątpliwości, czy są one godziwe?

– Człowiek naszych czasów oczekuje od społeczności medycznej wykorzystywania nowoczesnej technologii do podnoszenia poziomu zdrowia pacjentów. Wierzyłem, że używanie doustnych środków antykoncepcyjnych, wykonywanie aborcji i tworzenie embrionów metodą in vitro może uczynić kobiety szczęśliwszymi, zdrowszymi, a rodziny i społeczeństwa – silniejszymi.

Długo trwał Pan w tym przekonaniu?

– Polecałem antykoncepcję i pozostałe „metody” od 1985 do 1990 roku. Najpierw, gdy byłem jeszcze studentem, potem już jako lekarz odbywający specjalizację.

Czy dostrzegał Pan wówczas jakieś negatywne skutki antykoncepcji, aborcji oraz in vitro?

– Obserwowałem wiele trudnych i krzywdzących relacji; pacjenci czuli się używani, a nie kochani. Obserwowałem drastyczny wzrost zakażeń chorobami przenoszonymi drogą płciową. Niektóre z nich były nieuleczalne, inne powodowały bardzo poważne konsekwencje zdrowotne. Znajdowałem skrzepy krwi w organizmach młodych, zdrowych kobiet. Wiele pacjentek narzekało na depresje, bóle głowy, nadmierny przyrost wagi. Z kolei mężczyźni odmawiali używania „zabezpieczeń”, uważając, że zapobieganie niechcianym narodzinom to problem kobiet. Podobnie jak opieka nad nimi. Mężczyźni stawali się nieodpowiedzialni, a kobiety albo zaczynały dominować, albo stawały się całkowicie zależne od mężczyzn, co nie było wyzwoleniem, o jakim myślałem. Bardzo szybko wzrastała liczba nieudanych związków i rozwodów. Kobiety zaczęły kwestionować powody, dla których mają faszerować się tak silnymi środkami chemicznymi. Zaczęły pytać, jakie będą skutki uboczne stosowania ich w dłuższej perspektywie. W ten sposób liczba aborcji zaczęła się zwiększać, a nie zmniejszać. Widoczne stawały się fizyczne, psychologiczne i społeczne skutki stosowania tych metod na znacznie większą skalę, niż przewidywałem.

Dlaczego zmienił Pan swoje poglądy w tej kwestii?

– Ze zdumieniem odkryłem rzecz niezwykłą. Mówiliśmy młodym sportowcom, by nie używali steroidów. Wszyscy chcieliśmy jeść żywność nieskażoną chemicznie. Jednocześnie mówiłem kobietom w wieku od 13 do 50 lat, że powinny zażywać steroidy w większych dawkach niż np. sportowcy, aby stłumić lub ograniczyć ich naturalne, biologiczne czynności [rozrodcze – przyp. red.]. Natomiast kobiety w wieku 50-70 lat przekonywaliśmy, że powinny zażywać środki hormonalne, aby były zdrowe, mimo wielu widocznych skutków ubocznych ich stosowania. W tym samym czasie umierało wielu moich pacjentów chorych na AIDS, a większość z nich nie mogła cieszyć się życiem płciowym. Zrozumiałem wówczas, że nie potrafię dać szczęścia i zdrowia moim pacjentom.

To był przełomowy moment w Pana życiu?

– Właśnie wtedy pojechałem do Meksyku i tam też odwiedziłem sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe. Przeciskając się przez tłum ludzi, usłyszałem pytanie: „Czemu mnie ranisz?”. Zaczęło ono głęboko nurtować mój umysł i duszę. Wkrótce spotkałem wielu kolegów po fachu, którzy swoją wiarę traktowali bardzo poważnie. Wiele lat później, podczas pielgrzymki do Medjugorje, przemyślałem swoje dotychczasowe życie i zrozumiałem, że my, ludzie, dopóty jesteśmy niespokojni, dopóki dusza nasza nie spocznie w Bogu. W tych naszych poszukiwaniach szczęścia Matka Boża, Maryja, pomaga nam, mówiąc jak na weselu w Kanie Galilejskiej: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2, 5). Tak się też stało w moim życiu. Dostrzegłem związek między brakiem szczęścia moich pacjentów a moim sposobem ich traktowania. Również w tym czasie zapoznałem się bliżej z metodami naturalnego planowania rodziny oraz teologią ciała. Jesteśmy stworzeni „na obraz i podobieństwo Boże”. Jesteśmy całością, którą stanowią ciało i dusza. Ludzie nie są produktami, które można wykorzystywać, ale osobami, które potrzebują miłości. Posiadamy godność, która musi być uszanowana, i która powinna być chroniona w rodzinie. Dlatego rodzina jest nie tylko podstawową komórką społeczną, lecz także miejscem, w którym dzieci otrzymują wspaniałą szansę wzrastania w świętości. Współpraca z prawem Bożym jest najlepszym sposobem na przetrwanie ludzkości.

Znalazł Pan od dawna poszukiwane szczęście?

– Znalazłem radość, która przekracza moje poznanie, a moje serce i umysł przemieniają się w Chrystusie. Mam teraz osobistą relację z Bogiem Ojcem. Po raz pierwszy nauczanie Kościoła katolickiego stało się dla mnie żywe i ważne. Sakramenty święte stały się żywotnym i decydującym powodem mojego szczęścia. Myślę, że to jest właśnie tajemnica szczęścia.

Więc wiara i religia mogą być siłą człowieka XXI wieku?

– Oczywiście! Przecież zostaliśmy stworzeni na Boży obraz i podobieństwo. Zamierzamy przecież wrócić do Domu Ojca po naszej śmierci. Jesteśmy członkami Jego mistycznego Ciała tu, na ziemi. Pozostawił nam Kościół, by żyć w łasce Bożej dzięki sile sakramentów świętych. Wezwał nas, aby kochać Go „całym swoim sercem, całą duszą i całym umysłem”, a „bliźniego swego jak siebie samego” (por. Mk 12, 30-31). Odkąd chcemy żyć w pełnej jedności z Bogiem, nie ma znaczenia, kim w życiu jesteśmy. Nasze szczęście zależy od tego, czy podążamy Jego drogami. Mamy wybór, by wykorzystywać technikę do dobrych lub złych celów. Co wybierzemy?

Pan wybrał służbę człowiekowi według zasad prawa Bożego?

– Chcę szanować godność osoby ludzkiej, dbać o jej zdrowie – moje, mojej rodziny, pacjentów i społeczności, w której żyję. Pragnę żyć wiarą, i pomagać innym w odnajdowaniu radości, którą ja znalazłem w świecie pełnym chorób, bólu, cierpienia, przygnębienia i lęku.

Utworzenie Centrum Rodzinnego Tepeyac było również Pana odpowiedzią na głos Matki Bożej?

– Tajemnica uprawiania doskonałej medycyny polega na kontynuowaniu studiów i badań oraz korzystaniu z najlepszych zdobyczy nauki, na przyjęciu postawy służby w życiu codziennym – jakąkolwiek drogę by się obrało, i na kierowaniu się nauczaniem Kościoła katolickiego. Kryzys dzisiejszej medycyny, światowej gospodarki, a także wiary są wynikiem grzechu. Pożądanie, pycha i chciwość panoszą się w sposób niekontrolowany. Jako społeczeństwo doprowadziliśmy do usunięcia Boga z przestrzeni naszej komunikacji. Dopóki trwamy w takim stanie, dopóty nie pokonamy tych kryzysów ani w wymiarze osobistym, ani politycznym. W swojej przeszło 1000-letniej historii chrześcijańskiego Narodu Polska wiele razy doświadczyła interwencji i opieki Maryi. W trudnych czasach pojawiali się ludzie wielcy, którzy prowadzili nas do lepszej przyszłości i świętości, m.in. św. Kazimierz Jagiellończyk, św. Stanisław Kostka, św. s. Faustyna Kowalska czy Sługa Boży Jan Paweł II. Jednak jako społeczność jesteśmy bardzo zagubieni, a jedyną odpowiedź na pytania „nowoczesnego człowieka” daje Boże Miłosierdzie. Świat medycyny musi zrozumieć, że przykazania i nauczanie Kościoła oraz Miłosierdzie Boże pomagają nam stawać się kobietami i mężczyznami, a do tego przecież jesteśmy wezwani od samego początku. Antykoncepcja, aborcja i traktowanie embrionów jak rzeczy utrzymuje nas w zniewoleniu.

Co Pan dzisiaj radzi swoim pacjentom?

– Słucham relacji o ich schorzeniach i badam ich z jednym uchem skierowanym na pacjenta, a drugim – na natchnienia Ducha Świętego. Jesteśmy całością psychofizyczną, a to oznacza, że np. stres, który przeżywamy, oddziałuje na nasze ciało: zmienia cykl menstruacyjny kobiety, obniża czynność tarczycy, przerywa funkcjonowanie układu jelitowego, a nawet wpływa negatywnie na proces naszego myślenia. Dlatego też radzę pacjentom, by brali to pod uwagę i zastanowili się nad swoim sposobem życia. Staramy się w ten sposób „współpracować” z ich organizmami, by dzięki ćwiczeniom, diecie i ziołom zapewnić im jak najlepsze funkcjonowanie. Gdy diagnozujemy chorobę, staramy się nie stosować typowych leków czy zabiegów chirurgicznych. Wykorzystujemy obserwacje płodności (metody naturalnego planowania rodziny), aby pomóc parom w zrozumieniu języka ich ciała, powstrzymując się od zatruwania ich środkami chemicznymi oraz od ingerencji za pomocą instrumentów medycznych. Leczymy po prostu schorzenia, a nie zaspokajamy namiętności. Jeśli problemem jest zaburzenie cyklu płodności, diagnozujemy przyczynę i przewidujemy ewentualne występowanie problemów np. z gospodarką hormonalną. W razie konieczności stosujemy również leczenie środkami farmaceutycznymi lub chirurgicznymi. Jednak naszym zdaniem, depresje towarzyszące zaburzeniom płodności można leczyć trzema metodami: modlitwą, pracą nad sobą i relacjami z najbliższymi osobami oraz dbaniem o swoją fizjologię.

Co Pan odpowiada, gdy przychodzi do gabinetu para domagająca się zabiegu in vitro?

– Najważniejsze pytanie, na które musi sobie odpowiedzieć para, brzmi: czy embrion jest dzieckiem, czy moją własnością? Wiele małżeństw traktuje embriony jak swoją własność, chce dziecko „posiadać”. Tymczasem badania naukowe i nauczanie Kościoła katolickiego jasno wskazują, że embrion jest dzieckiem i potrzebuje naszej ochrony. Dlatego nie powinien być zamrażany, poddawany eksperymentom ani wykorzystywany jako narzędzie do wykalkulowanego przedsięwzięcia – „urodzenia życia”. Nie jesteśmy ośrodkiem przeprowadzającym zabiegi in vitro, a parom, które chciałyby tego dokonać, mówimy, by najpierw odpowiedziały sobie na postawione wyżej pytanie. Właśnie dlatego sugeruję im rozmowę z rodzicami, którzy zdecydowali się na in vitro, oraz z tymi, którym dzieci urodziły się w naturalny sposób. Radzę im także, by porozmawiały z księdzem lub pastorem znającym dokumenty Kościoła katolickiego „Donum vitae” i „Dignitas personae” [wydane przez Kongregację Nauki Wiary instrukcje o szacunku dla rodzącego się życia i godności osoby ludzkiej – przyp. red].

Pańskie nazwisko wskazuje na polskie korzenie?

– Nasze nazwisko rodowe brzmiało Brzuchalski. Zostało zmienione na Bruchalski już w USA, aby łatwiej było je wymawiać. Rodzina mojego ojca przyjechała tu z Gorlic. Rodzina mamy także pochodzi z Polski. Niestety nie uczyliśmy się języka polskiego.

Czego życzyłby Pan naszym Czytelnikom?

– Życzę przede wszystkim pokoju, który przekracza nasze ludzkie rozumienie, odważnej miłości Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi oraz aktywnego życia pod Jej opieką w łasce Miłosierdzia Bożego. Życzę, aby mogli spojrzeć na siebie tak, jak patrzy na nich Bóg, aby dzięki temu mogli zmienić swoje życie, by każdy mógł cieszyć się zdrowiem, szczęściem i świętością. Modlę się, by wszyscy doświadczyli przyjścia Chrystusa i Ducha Świętego w nowym, 2010 roku. Z tej nadziei czerpię moją radość i modlę się, by była to również Wasza radość.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj