Pilna lektura świąteczna dla polityków

W liście pasterskim na Niedzielę Świętej Rodziny polscy biskupi wezwali wiernych do lektury dokumentu „Służyć prawdzie o małżeństwie i rodzinie”, przygotowanego przez Radę ds. Rodziny Konferencji Episkopatu Polski i ogłoszonego w sierpniu bieżącego roku. W dokumencie duszpasterskim przedstawiona została w istotnych szczegółach zarówno obecna, katastrofalna sytuacja polskiej rodziny, jak i określono równie konkretnie środki przezwyciężenia tego stanu rzeczy. W ramach diagnozy sformułowano ponadto jednoznacznie negatywną ocenę moralną wszystkich formacji politycznych, które kierowały Polską po 1989 roku. Polscy biskupi podkreślają: „Niestety, musimy – w imieniu polskich rodzin – powiedzieć z rozczarowaniem, że odzyskana w 1989 roku wolność uruchomiła lawinowo ‚dziki kapitalizm’, państwo ciągle zaś nie ma woli ani odwagi, by prowadzić konsekwentnie, w pełnym zakresie politykę prorodzinną. Do tej pory, mimo przygotowania Raportu o stanie rodziny i Programu polityki prorodzinnej, nie zdołano tych założeń zrealizować. Co więcej, kolejne rządy zdają się nie dostrzegać fundamentalnego i niezastąpionego znaczenia rodziny dla rozwoju, stabilności i trwania Narodu i państwa polskiego”.

Jeśli biskupi mają rację, to przed uczciwymi politykami pojawiają się dwie możliwości. Albo należy publicznie uznać tę własną najpoważniejszą winę, skoro uczestniczyło się w najpoważniejszej zbrodni niszczenia rodziny. Jeśli jeszcze funkcjonuje się w świecie polityki, to trzeba się wreszcie przyłożyć do zorganizowania w Polsce polityki prorodzinnej. Druga możliwość dla aktualnych polityków „z sumieniem” to – oprócz publicznego uznania swojej winy – równie głośne wycofanie się z działalności politycznej, jeśli w aktualnych warunkach nie da się jej prowadzić „po ludzku”. Czyż nie z tego powodu polscy biskupi przywołali postać św. Tomasza Morusa, który nie wahał się porzucić wpływowego stanowiska kanclerza, aby zamanifestować dystans wobec arcydemoralizującej decyzji Henryka VIII o porzuceniu małżonki? Jeśli nie da się prowadzić w Polsce polityki prorodzinnej, to trzeba nam to głośno powiedzieć i podać jeszcze tego powody. Czyżbyśmy mieli jakiś nóż na gardle? Czy są to także unijne decyzje? Jeśli zbrodni nigdy nie należy popełniać, tak samo bezwzględnie trzeba odejść z polityki, jeśli ktoś nie potrafi jej uprawiać bez wikłania się w zbrodnię.

Do postawienia tych fundamentalnych pytań skłania przypomnienie w omawianym dokumencie o karze ekskomuniki dla polityków angażujących się w poparcie np. legalizacji in vitro oraz precyzyjna krytyka rozpowszechnionej formy samousprawiedliwiania tego czynu z powoływaniem się na zapisy encykliki „Evangelium vitae”. To ostrzeżenie z pewnością będzie skutkować stanowczym, ojcowskim działaniem biskupów, kiedy tylko powróci do parlamentu sprawa legalizacji in vitro, a politycy katoliccy nie zechcą postarać się o życiową konsekwencję w swoich parlamentarnych głosowaniach.

Bolączką polskiej polityki rodzinnej są jednak nie tylko politycy „z powołaniem”, gotowi za wszelką cenę dożywotnio bronić Narodu, ale także regularne spychanie jej na tereny konfesyjne. Jeśli ta płaszczyzna wypowiedzi jest właściwa duszpasterskim działaniom, to w sporze politycznym winna być zastąpiona perspektywą czytelną dla każdego nieuprzedzonego ludzkiego rozumu. Tymczasem niektórzy politycy manifestujący ambicje bronienia rodziny, zazwyczaj chcą to czynić eksponując swoją religijną przynależność i w imię wierności swojemu Kościołowi posługują się konfesyjnymi argumentami. Wyraźnie zadowoleni z takich wypowiedzi są tzw. niewierzący, którzy korzystają z nadarzającej się okazji, aby z triumfem zaapelować o szacunek w państwie nie tylko dla katolików. Po cóż narażać się na takie zarzuty, skoro przeciw aborcji, antykoncepcji i rozwodom da się sformułować całkowicie pozateologiczną argumentację obowiązującą zatem także niewierzących? Niestety, te deklaracje religijne polskich polityków składane przy okazji sporów dotyczących in vitro czy aborcji uczą społeczeństwo – za pośrednictwem mediów – niewłaściwej argumentacji etycznej.

Trzecim zagrożeniem polskiej polityki dotyczącej rodziny jest przejęcie jej przez rozmaitych specjalistów nauk szczegółowych, żywiących przekonanie, że to ich dyscyplina jest kompetentna do „zajęcia się” rodziną. Mamy zatem inżynierów, lekarzy, ekonomistów i demografów, którzy własnymi metodami chcą przekonywać o konieczności ochrony rodziny. Czyżby któraś z tych dyscyplin zajmowała się jednak istotą rodziny? Z pewnością żadna z nich. Nic zatem dziwnego, że w omawianym argumencie mamy oprócz argumentacji teologicznej także argumentację filozoficzną, bo ona nie tylko stanowi fundament porządnej teologii, ale także fundament porządnego dyskursu nauk szczegółowych na temat rodziny. Ale dzisiejsi filozofowie zazwyczaj nie są spragnieni podjęcia tego tematu, mimo że badają – powinni badać – istotę rzeczywistości. Zająć się istotą rodziny jednak w większości nie mają dzisiaj ochoty, chociaż taki zapał miała w tej sprawie światowa czołówka filozoficzna, czyli Sokrates, Platon, Arystoteles, św. Augustyn, św. Tomasz, Karol Wojtyła, wymieniając tylko niektórych klasyków filozofii. Dzisiaj filozofowie albo wybierają milczenie, albo przyłączają się do akcji niszczenia rodziny.

Nie w każdy zatem sposób należy bronić rodziny. Cóż z tego, że cesarz August w płomiennych słowach wzywał Rzymian do obrony rodziny, skoro zajął niewłaściwą, bo tylko demograficzną perspektywę? „Gdy choroby i wojny porywają nam obywateli, co stanie się z miastem, jeśli się poniecha małżeństw? Miasto nie polega na domach, portykach, placach publicznych; to ludzie tworzą miasto. Nie ujrzycie, jak w bajkach, ludzi wychodzących z ziemi, aby się krzątać za waszymi sprawami. Nie aby żyć sami, trwacie w bezżeństwie: każdy z was ma towarzyszki stołu i łoża, szukacie jedynie spokoju w swoich wyuzdaniach. (…) Moim jedynym celem jest wieczność republiki”. Tymczasem bronić należało nie tyle sytuacji demograficznej Rzymu, ile podstawowej ludzkiej miłości. Do jej uchwycenia nie wystarczą demografia, medycyna czy jakakolwiek inna nauka szczegółowa.


Marek Czachorowski
drukuj