Wszyscy jesteśmy pokrzywdzeni

Sytuacja prawna wywołana przez postanowienie prokuratury badającej tzw. cywilny wątek katastrofy smoleńskiej jest paradoksalna. Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga zajmowała się przygotowaniem wizyt państwowych 7 i 10 kwietnia 2010 roku w Katyniu, ale nie dopatrzyła się w niczyich działaniach przestępstwa. Wprawdzie znaleziono wiele uchybień. Ale podobno nie takich, które pozwalałyby na wysunięcie oskarżenia przed sądem.

To nie jest miejsce na polemikę prawną z wywodami prokuratorów. Zresztą uzasadnienie umorzenia liczy kilkaset stron. Jego autorzy przez wiele miesięcy gromadzili fakty, przesłuchiwali świadków, analizowali dokumenty. I nic. – Zabrakło wszystkich elementów, które muszą być, aby stwierdzono popełnienie przestępstwa – mówi rzecznik. Jednak zestawienie kilku szczegółów jej wypowiedzi pokazuje, że błąd nie tkwi w szczegółach pracy prokuratorów, ale w przyjętej metodzie, filtrze, przez jaki oceniają rzeczywistość. Jest to niestety paradygmat ten sam, jaki zastosowali potencjalni oskarżeni. Trudno więc, żeby cokolwiek wynikło z pracy śledczych.

Mam na myśli swoistą strategię przetrwania układu rodem z PRL i związanego z obecną władzą w instytucjach, które z różnych względów muszą zachowywać się inaczej, niż chcą tego ich pracownicy i ich nieformalni mocodawcy. Przykładem jest lawina wpadek zafundowanych Lechowi Kaczyńskiemu po wyborze na prezydenta przez służby mające go obsługiwać. Zapewne w działaniach urzędników też formalnie wszystko było poprawne. Najwyżej zaszedł jakiś mały błąd w druku. Anna Fotyga tak pisze o współpracy z ambasadorem Jerzym Bahrem po ukazaniu się wywiadu, w którym ten dystansuje się od całego okresu swojej służby za rządów PiS: „Przez ponad półtora roku byłam przełożoną ambasadora, nie podejrzewałam go o taką zjadliwą, przebijającą na każdym kroku pogardę i nienawiść do nas. Wręcz przeciwnie, wydawał się być bardzo aktywny, wręcz spełniający oczekiwania”. Zapewne tak samo wyglądało współdziałanie rządu z Kancelarią Prezydenta na początku 2010 roku.

Wróćmy do wczorajszego orzeczenia. Prokuratura stwierdza na przykład, że działania urzędników odpowiedzialnych za przygotowanie wizyty były zgodne z prawem i nie spowodowały żadnego negatywnego skutku, jakim byłoby, gdyby wizyta… nie odbyła się. Jak można poważnie traktować takie oświadczenie? A wypowiada je rzecznik ważnego organu polskiego państwa, patrząc spokojnie w obiektywy kamer. I nie widać ani wstydu, ani zakłopotania. Dodajmy kolejny paradoks. Wczorajsze postanowienie jest ostateczne, bo nie ma go kto zaskarżyć. A to dlatego, że nikt nie jest w tej sprawie pokrzywdzonym.

Obawiam się, że pani rzecznik ani jej koledzy z prokuratury okręgowej tego nie zrozumieją, ale ja uważam się za pokrzywdzonego w tej sprawie. Uważam, że są znani z imienia i nazwiska ludzie, którzy w tej sprawie „godzili w dobro publiczne”, czego nie chce się dopatrzyć prokuratura. Chodzi o tych, którzy spowodowali, że odbyły się dwie wizyty 7 i 10 kwietnia 2010 roku, którzy w tej sprawie dogadywali się z Rosjanami, mając na względzie tylko swoje skrajnie krótkowzroczne interesy polityczne, a nie dobro państwa; którzy pozwolili, by Moskwa swobodnie rozgrywała podziały w Warszawie. Chodzi też o polityków, którym jakoś się wizerunkowo nie opłacało zrobić czegoś już dawno z przewozami najważniejszych osób w państwie, kazać kupić odpowiednie samoloty, zadbać o utrzymanie newralgicznego sektora transportu i ochrony VIP-ów na odpowiednim poziomie, wymusić stworzenie i przestrzeganie odpowiednich procedur uzgodnień międzyresortowych i międzynarodowych.

Prokuraturze jednak nigdy nie przyjdzie do głowy, że w wyniku tych wszystkich wieloletnich zaniedbań i nadużyć dobro publiczne jednak ucierpiało, a pokrzywdzonym jest po prostu czterdziestomilionowy Naród. I jednak w Smoleńsku coś się stało, chociaż w dokumentach prawie wszystko było w porządku.

Jako samozwańczy pokrzywdzony nie zabiegam o postępowanie dyscyplinarne wobec urzędnika MSZ, który nie zrobił notatki z rozmowy telefonicznej, czy wysłał jakieś pismo kilka dni po terminie. Zależy mi natomiast na działaniach wobec ludzi, którzy tolerując system lekceważenia dobra państwa, kształtują wizerunek republiki bananowej, której administracja jest niepoważna, działa chaotycznie, nieodpowiedzialnie, załatwia sprawy na łapu-capu. Chodzi o działania na różnych poziomach. Od zmiany ekipy politycznej – co jest w zaistniałym stanie rzeczy konieczne – poprzez przewietrzenie kadr odpowiednich resortów, po pociągnięcie winnych złych decyzji do odpowiedzialności prawnej.


drukuj