źródło: prywatne archiwum reż. Marii Stachurskiej

[TYLKO U NAS] Reż. M. Stachurska: Stanisława Leszczyńska w dramatycznej sytuacji umiała stanąć po właściwej stronie. Jest patronką na obecne czasy, by przypomnieć człowiekowi, w którym kierunku ma iść

Stanisława Leszczyńska jest dobrym patronem na dzisiejsze czasy. Walczyła o małe dzieci, żeby mogły żyć, ale również bardzo mocno walczyła o rodzinę. W dramatycznej sytuacji umiała stanąć po właściwej stronie. Dokonywała wyborów, które historia może ocenić jako bohaterstwo, ale ona nie czuła się bohaterem. Wykonywała tylko to, co do niej należało. –  wskazała Maria Stachurska, reżyser filmu „Położna” i krewna Stanisławy Leszczyńskiej, w rozmowie z portalem Radia Maryja.

Portal Radia Maryja: Podczas tegorocznego Krakowskiego Festiwalu Filmowego premierę online miał film „Położna” w Pani reżyserii. Opowiada o Stanisławie Leszczyńskiej – odważnej kobiecie, która w nieludzkich warunkach przyjęła około 3 tys. porodów w niemieckim obozie Auschwitz-Birkenau. Realizacja filmu trwała ponad 2 lata. Kiedy pojawiła się pierwsza myśl o stworzeniu tego dzieła? Co skłoniło Panią do opowiedzenia historii Stanisławy Leszczyńskiej szerszej grupie odbiorców?

Reż. Maria Stachurska: Ta myśl nie zrodziła się w mojej głowie. Została mi podsunięta na Kongresie Obrońców Życia w Rzymie w 2010 r. i dość długo dojrzewała. Później po moich wujkach (synach Stanisławy Leszczyńskiej) dostawałam różne dokumenty, materiały. W pewnym momencie wujek Stacho, który nagrał ze mną mnóstwo opowieści o rodzinie i swojej mamie, powiedział: „Powinnaś zrobić ten film to jest twój obowiązek”. Stąd przymierzyłam się do jego zrealizowania. Potraktowałam temat jako swoisty testament.

Stanisława Leszczyńska wraz z córką została wywieziona do Auschwitz-Birkenau w 1943 r. Na początku wywoziła glinę na taczkach. Jednak później pozwolono jej w obozie kontynuować pracę zawodową położnej. Jak do tego doszło?

Pewnego razu przewożąc glinę dowiedziała się, że na sztubie położniczej zachorowała położna schwester Klara. Zdobyła się na odwagę i zastąpiła drogę obozowemu lekarzowi. Nie wiem, czy był to sam Josef Mengele czy inny lagerarzt. W każdym razie płynnym językiem niemieckim, który znała bardzo dobrze, powiedziała, że jest położną, może pomóc i przyjmować porody. W momencie aresztowania miała przy sobie torebkę, a w niej na pewno musiał być dokument uprawniający do wykonywania zawodu położnej. Była wojna, godzina policyjna, a ona często przemieszczała się przez Łódź, więc taki dokument musiała mieć przy sobie. Z tego co się dowiedziałam, w momencie, kiedy przyjechały zostały skierowane, jak wszyscy, do rejestracji. Była to olbrzymia sala, w której musiały oddać wszystkie swoje rzeczy. Niemiec przeglądający rzeczy wysypał zawartość jej torebki. Wtedy zobaczył zaświadczenie uprawniające do wykonywania zawodu położnej, spojrzał na ten dokument, powiedział, że to już jej nie będzie potrzebne i zmięty wyrzucił na podłogę. Leszczyńska podobno schyliła się, ukradkiem podniosła go i ukryła w dłoni. Później przechodziła przez dezynfekcje, kąpiele, ale możliwe, że udało jej się ten dokument schować, a potem wsadzić do pasiaka i może właśnie miała go przy sobie. A możliwe, że wystarczyła bardzo dobra znajomość języka niemieckiego i fachowy język medyczny, by dostała funkcję położnej na sztubie położniczej.

źródło: prywatne archiwum reż. Marii Stachurskiej

Nie był to jedyny akt odwagi Stanisławy Leszczyńskiej w obecności obozowych lekarzy. Na samym początku dostała nakaz zabijania wszystkich dzieci zaraz po urodzeniu. Nigdy jednak nie wykonała rozkazu Josefa Mengele. Sprzeciwiła się, mimo iż groziła za to śmierć. 

W momencie, kiedy Stanisława Leszczyńska podjęła pracę położnej, to był ten sam miesiąc, w którym Mengele przyjechał do obozu, jak również moment, w którym przyszły nowe rozkazy, a mianowicie że dzieci o cechach aryjskich, dzieci nieżydowskie mogą zostać przy życiu, bo będą potrzebne do różnych badań, doświadczeń i eksperymentów. Mengele z tym zamysłem przyjechał do obozu. Stwierdzono, że te dzieci będą przydatne, ewentualnie zostaną odesłane do wynarodowienia. Natomiast w dalszym ciągu pozostał rozkaz zabijania dzieci żydowskich i romskich tzn. topienia ich od razu z łożyskiem w beczółkach. Leszczyńska sprzeciwiła się temu rozkazowi i nie zgodziła się na ich mordowanie.  Przyjmowała wszystkie porody w taki sam sposób, i romskie, i żydowskie, pochodzenie nie miało znaczenia, z największą sumiennością i w pełni wykorzystując swoje umiejętności zawodowe, przecinała pępowinę i kładła je przy matkach. Czasami urodziła np. Rosjanka i jej dziecko umarło z głodu, więc wtedy Leszczyńska dawała dziecko żydowskie takiej kobiecie, aby je uratować. Znaczyła także dzieci, szczególnie te, które miały jechać na wynarodowienie do Nakła.

Tatuaż na nóżce dziecka dawał nadzieję, że po latach matka i dziecko nawzajem się odnajdą. Czy znamy takie historie?

Moja kuzynka, wnuczka Stanisławy Leszczyńskiej, mówiła, że pamięta, jak na ul. Zgierską w Łodzi przybywały takie panie i dziękowały, bo odnalazły swoje dzieci. Osobiście ich nie spotkałam.

Stanisława Leszczyńska broniła życia innych za wszelką cenę – dzieci matek w obozie, ale też własną córkę, która została odesłana do krematorium.

Dwa razy jej córka Sylwia była kierowana do krematorium. Leszczyńska nie prosiła o uratowanie, nie prosiła o to, żeby nie poszła do krematorium, tylko wszczepiła się w córkę i powiedziała, że idą obie i że jeśli ma zginąć córka – to ona również. Wtedy padły słowa, że Stanisława Leszczyńska jest jeszcze potrzebna, więc niech zostaną obie. W ten sposób Sylwia przeżyła obóz, choć była bardzo mocno doświadczona: była bita, kopana, przeszła wiele chorób. Później była bardzo schorowaną osobą.

Warto podkreślić, że Stanisława Leszczyńska nigdy nie straciła żadnego dziecka przy porodzie. Mimo brudu, wszy, szczurów, które w niemieckim obozie były normą, wszystkie dzieci rodziły się żywe. Nigdy też nie zdarzyły się zakażenia matek przy porodzie. Wprawiało to w gniew obozowych lekarzy, którzy przyznawali, że nie zdarza się to nawet w najlepszych niemieckich klinikach. Gdzie tkwi tajemnica fenomenu położnej z Auschwitz-Birkenau?

Rzeczywiście tak było. Oprócz tego, że nie było żadnej gorączki popołogowej czy powikłań, to z tego co czytałam i słyszałam od kobiet, które rodziły pod jej opieką – zarówno w obozie, jak i przed czy po wojnie, że w taki sposób pomagała rodzącej, że kobiety nawet nie odczuwały bólu. Niejednokrotnie zastanawiały się jak ona tymi rękoma pracuje, że dziecko przychodziło na świat, a żadna kobieta nie pękła. Tak pracowała, że poród stawał się mniej bolesny.

Wiemy, że całe jej życie przepełnione było modlitwą. W niemieckim obozie chrzciła dzieci, uczyła modlitw także osób innych wyznań. Często modliła się słowami „Matko Boża, załóż tylko jeden pantofelek i przybądź szybko z pomocą”.

To był akt strzelisty, jej własny dialog z Maryją. Kiedy przed wojną przychodzono wzywać ją do porodu, przybiegano często w nocy: „Pani Leszczyńska, poród!”. I ona idąc otworzyć drzwi zakładała szlafrok, wsadzała nogę w pantofel, drugi pantofel gdzieś jej się zawieruszał, więc wtedy wołała: „Matko Boża, zakładaj jeden pantofelek i biegnij! Ja mam ten drugi”. Stąd później powstało wezwanie: Maryjo, w jednym pantofelku, przybywaj jak najszybciej z pomocą!

I to zawołanie jest obecne również w Pani życiu…

Tak, tak…

A kiedy poznała Pani historię swojej cioci? Stanisława Leszczyńska nie dzieliła się swoimi obozowymi przeżyciami z bliskimi. Dopiero później napisała „Raport położnej z Oświęcimia”, ale nie z własnej woli.

Jako dzieci, młodzież byliśmy chronieni przed tą historią, chociaż w rodzinie mówiło się o Katyniu, o podziemiu, o AK. Byliśmy w domu uczeni prawdziwej historii. Natomiast rzeczywiście Stanisława Leszczyńska nie opowiadała o swoich przeżyciach, napisała raport, do którego została właściwie przymuszona. Stał się dokumentem, na którego podstawie później zostało napisane „Oratorium oświęcimskie” przez panią Alinę Nowak, które było wystawiane w teatrze żydowskim, Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Ja nie byłam na tych spektaklach, mama mnie nie zabierała. Mówiła, że jestem za mała, a to będzie zbyt poważne. Pamiętam tylko, że później powiedziała: „Boże, co ta ciocia Stasia przeżyła”. I to było wszystko.

Leszczyńska nie opowiadała, bo nie chciała wzbudzać nienawiści, nie chciała aby ci, którzy tam nie byli, nie zostali zatruci osądzaniem. Nie, tego nie było. Ona potrafiła też tłumaczyć Niemców i mówić: „Nie sądźcie, nie oceniajcie, bo nie wiecie co spowodowało, że tak się zachowali”. O tym okresie w ogóle się nie mówiło, a my młodzi nie pytaliśmy. Nawet moje kuzynki, które ona wychowywała i mieszkały całe życie razem ze swoją babcią – nie przyszło im do głowy, żeby zadać jakieś pytanie na ten temat.

Owszem, przy stole pojawiały się rozmowy o wojnie, wujkowie opowiadali, więc coś się słyszało i stąd teraz zbierana jest ta cała historia. Najwięcej chyba rozmawiała ze swoimi synami, a przede wszystkim z najstarszym synem Bronisławem. On jeden uniknął obozu i chciał jak najwięcej wiedzieć o przeżyciach swojej mamy i rodzeństwa. Najwięcej pozostało jego wspomnień i opowieści, ale mam też wspomnienia od innego jej syna – Stanisława, który zmarł trzy lata temu. Opowiedział mi dużo rodzinnej historii oraz wiele rzeczy, które miały miejsce w obozie, a którymi matka z nimi się dzieliła. Ich doświadczenia były porównywalne. Stanisław i Henryk byli w Mauthausen-Gusen, w związku z tym też swoje przeżyli i wiedzieli co to znaczy obóz koncentracyjny. Sylwia była naocznym świadkiem wszystkiego. Oni miedzy sobą rozmawiali, stąd ta historia przetrwała. Natomiast Leszczyńska sama nie mówiła. Jeden z moich kuzynów, najstarszy syn wujka Bronka, też Bronisław, opowiadał mi: „Wiesz, ja pamiętam, że raz gdy w święta Bożego Narodzenia pojechałem na Zgierską, siadłem do fortepianu i zacząłem grać Cichą Noc. Babcia podeszła i spytała, czy mogę zagrać inną kolędę. A co babciu, źle zagrałem? Odpowiedziała: nie, dobrze… tylko to Niemcy grali w obozie”. Bronek mówił, że to jest  jego jedyne wspomnienie, kiedy usłyszał od babci  o obozie  a jest jej najstarszym wnukiem.

Niesamowite, że po wojnie wszystkie dzieci Stanisławy Leszczyńskiej wróciły do domu.     

Tak, podkreślała, że wszystkie jej dzieci wróciły do domu, bo sama nigdy nie straciła niczyjego dziecka.

Udało się Pani dotrzeć do niektórych z dzieci, które przeżyły obóz dzięki Stanisławie Leszczyńskiej. 

Teraz jest już mało takich osób, nie wszyscy chcieli wracać do tych wspomnień, ale w filmie „Położna” bierze udział pięcioro z nich.

Na filmie „Położna” nie koniec. Pisze Pani także biografię Stanisławy Leszczyńskiej. Kiedy będziemy mogli ją przeczytać?

Spieszę się z zakończeniem, natomiast wydawnictwo szykuje się, by zdążyć z wydaniem książki na premierę filmu, która ma odbyć się jesienią. Mam nadzieję, że razem  z premierą filmu będzie i premiera książki. Ta dość obszerna biografia, to moja osobista opowieść o cioci Stasi i o rodzinie. Opowieść, która sięga początków jej życia – jej rodziców, domu rodzinnego i tego, co ją ukształtowało, że w sytuacji tak dramatycznej umiała stanąć po właściwej stronie.

źródło: prywatne archiwum reż. Marii Stachurskiej

Na pewno dzięki tym publikacjom postać Stanisławy Leszczyńskiej będzie w Polsce coraz bardziej znana, ale czy możemy zaobserwować zainteresowanie położną z Birkenau także poza granicami naszej ojczyzny?

Zainteresowanie jest bardzo duże, szczególnie w Stanach Zjednoczonych. Dostałam już telefony z USA i Rosji od producentów filmowych, którzy chcą zrobić dużą fabułę. Poproszono mnie o pomoc w tym, żeby ustalić i uściślić pewne fakty. Podczas festiwalu wiele osób ze Stanów Zjednoczonych wykupiło bilet, ale nie obejrzały filmu, bo nie wiedziały, że seans jest dostępny tylko online, czyli tu i teraz. Myśleli, że mogą obejrzeć w każdym momencie. Jest dużo zapytań, kiedy będą mogli zobaczyć film. Jest przewidziana podróż do Stanów z filmem, żeby go pokazać tamtejszej publiczności.

Jednak postać Stanisławy Leszczyńskiej już wcześniej była znana w USA. Prowadzę wspólnotę maryjną, jestem koordynatorem krajowym Apostolatu Maryi Królowej Trzeciego Tysiąclecia. W 2008 czy 2009 roku, nie pamiętam, na spotkanie Wspólnoty przyszła jedna z koleżanek i mówi: „Słuchajcie, przeczytałam o niesamowitej kobiecie, tak bym chciała, takie mam poczucie, że powinna powstać o niej jakaś wystawa, trzeba tę postać nagłośnić – Stanisława Leszczyńska”. Uśmiechnęłam się. Powiedziałam, że jeśli chce, to mogę jej udostępnić różne materiały, bo tak się składa, że jest to moja ciocia. I tak powstała wystawa, która miała miejsce w kościele Najświętszego Zbawiciela w Warszawie.

Pewnego razu, gdy przyjechałam na otwarcie tej wystawy, ktoś podszedł do mnie i mówi: „Słuchaj, tu jest jakaś dziewczyna z Ameryki, która szuka rodziny Stanisławy Leszczyńskiej”. Idę, patrzę: niewysoka, okrąglutka dziewczyna z plecakiem na plecach. Z wielkim bukietem kwiatów przyklęka przy dużej planszy ze zdjęciem Stanisławy Leszczyńskiej, składa kwiaty, chwilę się pomodliła, potem odwraca się i mówi po angielsku, że szuka rodziny Stanisławy. Mówię: „Jestem” i zaczęłyśmy rozmawiać. Co się okazało? Dziewczyna nazywa się Kerry Ryan i przeczytała w amerykańskiej prasie jakiś artykuł o Stanisławie Leszczyńskiej. Siedziała, nudziła się i sięgnęła po prasę. Tak ją ta historia poruszyła, że: wróciła do Kościoła katolickiego, przystąpiła do sakramentu bierzmowania, przyjęła imię Stanislawa, obrała Leszczyńską za swoją patronkę, po skończeniu szkoły średniej podjęła naukę w szkole położnych w stanie Nowy Jork, po czym rozpoczęła pracę położnej. Przyjechała do Polski, żeby podziękować swojej patronce i poznać jej korzenie.

Opowiedziała mi też historię, że jej koleżanka zaszła w niechcianą ciążę i postanowiła tę ciążę usunąć. Kerry bardzo walczyła o to, żeby ona tego nie robiła, ale nic nie pomagało. Dziewczyna udała się do jednej z największych klinik aborcyjnych w Nowym Jorku. Kerry poszła za nią z różańcem i zdjęciem Stanisławy. Usiadła na krawężniku i modliła się przez wstawiennictwo Leszczyńskiej. Po godzinie wyszła jej koleżanka i powiedziała, że nie była w stanie dokonać aborcji. Urodziła to dziecko, a pięć dni później podobno zamknięto tę klinikę.

Czy otrzymuje Pani świadectwa innych osób, które uzyskały pomoc za wstawiennictwem Stanisławy Leszczyńskiej? Obecnie trwa proces beatyfikacyjny położnej z Auschwitz-Birkenau.

Przychodzą świadectwa, napisały do mnie dwie panie. Czekam na takie świadectwa, bo ostatni rozdział książki chcę poświęcić właśnie świadectwom i temu, jak Leszczyńska dzisiaj działa. Bardzo będę wdzięczna za każde świadectwo.

Stanisława Leszczyńska mocno opowiadała się za każdym życiem. Byłaby dobrą patronką na dzisiejsze czasy? Czasy, w których toczy się walka o ochronę życia od poczęcia?

Myślę, że ona jest na dzisiejsze czasy. Walczyła o małe dzieci, żeby mogły żyć, urodzić się, ale również bardzo mocno walczyła o rodzinę. Niektórzy sugerują, że była emancypantką czy feministką – broń Boże. Ona wiedziała, że miejsce kobiety jest dokładnie opisane w Piśmie Świętym i tak samo wyznaczone jest miejsce mężczyzny w rodzinie. Bardzo tego pilnowała i przestrzegała. Uważała, że tylko w ten sposób może powstać dobra, Boża rodzina i o takie rodziny walczyła. Bardzo cierpiała, gdy słyszała, że gdzieś jest jakiś rozłam. Walczyła także o kapłaństwo. Była zaprzyjaźniona z wieloma księżmi, prowadziła różne dysputy, oni modlili się za nią, ona za nich. Miała świadomość, że jest zagrożenie i dla rodziny, i dla kapłaństwa. Oddawała się temu z przedziwną pasją (…).

Kiedyś ludzie nie robili z siebie bohaterów, dlatego byli bohaterami. Tak samo Stanisława Leszczyńska – dokonywała tylko wyborów, które historia może ocenić jako bohaterstwo, ale ona nie czuła się bohaterem. Wykonywała tylko to, co do niej należało.

Uważam, że Leszczyńska jest dobrym patronem na dzisiejsze czasy, żeby pokazać, że rzeczy, które naturalnie wpisane są w człowieka, w jego duszę – dzisiaj są wypaczane. Niestety bardzo modne stało się myślenie: „Najpierw zadbaj o siebie. Jak będziesz szczęśliwy, będziesz mógł dać szczęście innym”. Czy Leszczyńska myślała o tym w obozie? Czy myślała „najpierw zabezpieczę siebie i córkę, a później zajmę się innymi? Czy przyszło na myśl kiedyś starszemu pokoleniu takie myślenie …. Nie. Ludzie biegli na pomoc drugiemu człowiekowi, bo to było naturalne, bo tak należało zrobić (…). Tak samo, jak nie robiła z siebie bohaterki, tylko wykonywała to co do niej należało, wykorzystując maksymalnie swoje umiejętności, zapominając o sobie, o swojej wygodzie, nawet o wypoczynku…. a wynikało to z miłości do bliźniego. Tak postępowała również poza obozem, w czasie pokoju. Analizując jej życie, pisząc biografię, widzę co przeszła i na pewno zmagała się z niejedną rzeczą. Wiem, jaki miała charakter, nie był on łatwy, ale może właśnie dzięki temu mogła osiągnąć wyznaczony cel. Dziś, kiedy tak wiele spraw jest spłycanych, traktowanych powierzchownie, jej postać może być pewnym drogowskazem … „Zatrzymaj się. Wymagaj od siebie. Badaj swoje sumienie i postępuj zgodnie z nim, bądź człowiekiem sumienia.” (…). Kochała każdego człowieka, ale nie kochała grzechu… Walczyła z nim… Walczyła z grzechem swoim, ale też cudzym i nie bała się nazywać grzechu grzechem.

źródło: prywatne archiwum reż. Marii Stachurskiej

Monika Bilska/Radio Maryja

drukuj