fot. pixabay.com

[TYLKO U NAS] Prof. inż. W. Mielczarski: Głównym mechanizmem napędzającym ceny energii w Polsce jest monopol giełdowy

Głównym mechanizmem, który napędza ceny energii w Polsce, jest monopol giełdowy. W 2017 r. wprowadzono monopol giełdowy. Tak do końca nie wiadomo, dlaczego to zrobiono, ponieważ rynek to jest swoboda handlu. Wszyscy sprzedawcy muszą sprzedawać na giełdzie i wszyscy odbiorcy czy kupujący muszą kupować na giełdzie – mówił prof. inż. Władysław Mielczarski, wykładowca Instytutu Elektroenergetyki  Politechniki Łódzkiej, podejmując we wtorkowej audycji „Aktualności dnia” na antenie Radia Maryja temat rekordowo wysokich cen energii elektrycznej na 2023 rok.

We wtorkowym wydaniu „Naszego Dziennika” zamieszczono artykuł red. Rafała Stefaniuka pod tytułem „Uniknąć kryzysu”.

Zawiera on kilka niepokojących informacji na temat polskiej energetyki. Można w nim przeczytać m.in. o rekordowym poziomie, który osiągnęła wycena energii elektrycznej na rok 2023. W zeszłym roku cena za dostawę prądu na przyszły rok wynosiła 360 zł za megawatogodzinę. Teraz jest to już nawet 1635 zł za megawatogodzinę. Gość „Aktualności dnia” potwierdził prawdziwość informacji zawartych w artykule. Wyjaśnił, z czego biorą się tak ogromne ceny energii.

– Biorą się przede wszystkim z zawirowań na rynku, ale w tle jest transformacja energetyczna, która spowodowała cały ciąg zdarzeń. (…) Te ceny nie są niczym uzasadnione. (…) Dzisiaj kopalnie sprzedają elektrowniom tonę węgla za ok. 400 złotych. Gdyby to przeliczyć i wziąć nawet te olbrzymie opłaty za emisję, to mamy cenę ok. 600 złotych. To jest cena, po której jest produkowane 70 proc. energii w Polsce – zwrócił uwagę prof. inż. Władysław Mielczarski.

Obecna cena wynosi więc znacznie więcej, niż nawet gdyby elektrownie kupowały węgiel po znacznie wyższych cenach, których zresztą domagają się polscy górnicy. Co więcej, nawet kupno węgla z Niemiec nie podwyższyłoby ceny energii do takiego poziomu, z jakim mamy do czynienia teraz. Zły jest więc cały mechanizm sprzedaży energii.

– Głównym mechanizmem, który tak napędza ceny w Polsce, jest monopol giełdowy. W 2017 r. wprowadzono monopol giełdowy. Tak do końca nie wiadomo, dlaczego to zrobiono, ponieważ rynek to jest swoboda handlu. Wszyscy sprzedawcy muszą sprzedawać na giełdzie i wszyscy odbiorcy czy kupujący muszą kupować na giełdzie. Na giełdzie obowiązuje specjalny mechanizm ustalania cen, że cena na dany kwartał, dzień czy dany kontrakt w grupie kontraktów liczy się z najwyższej oferty, która jest złożona (to jest tzw. podłoga, „floor”, jak to oni nazywają), więc ci, którzy handlują na giełdzie, doskonale opanowali ten mechanizm i wystarczy złożyć niewielką ofertę wolumenowo, energetycznie, ale z wysoką ceną. Ta jedna oferta ustawi cenę dla wszystkiego, dla całej pozostałej energii. Z tego nie można wyjść – wyjaśnił ekspert.

Drugim czynnikiem napędzającym ceny na giełdzie jest to, że kupujący muszą składać depozyty.

– Te depozyty są olbrzymie za całą energię, którą mogą kupić. W związku z tym oni muszą zaciągać kredyty, wpłacać na giełdę depozyty. To ich bardzo dużo kosztuje, więc te depozyty również bardzo mocno podnoszą ceny. Nie chcę mówić o manipulacjach, bo na pewno giełda nie manipuluje, chociaż trudno mówić o uczestnikach, ale np. Warsaw Enterprise Institute, czyli Warszawski Instytut Gospodarki wyraźnie o tym mówi – zwrócił uwagę gość „Aktualności dnia”.

Opierając się na analizach stwierdził, że zniesienie monopolu giełdowego obniżyłoby ceny energii nawet o 20-30 procent.

– To jest pierwszy ruch, jaki można wykonać bardzo szybko, praktycznie z dnia na dzień, bo to nie jest wielka sprawa – wskazał.

Niestety, ceny energii podnosi też proces transformacji energetycznej. W tym aspekcie trudno przeciwdziałać rosnącym kosztom.

Prawdziwy problem może zacząć się jednak w 2025 r., gdyż od lipca tego roku przestaną działać elektrownie niemające kontraktów mocowych. Wskutek tego może zabraknąć prądu.

– Roczne braki energii w 2026, 2027 r. mogą sięgać ok. 600 godzin. To jest ok. miesiąca. Oczywiście nie stanie się tak, że wszystkim – kolokwialnie mówiąc – wyłączą światło, ale zostaną wprowadzone bardzo restrykcyjne przepisy. W tej chwili mało kto o tym wie, ale jest nowe rozporządzenie o stopniach zasilania – szalenie restrykcyjne, ponieważ w 2015 r. też brakowało energii i wówczas odbiorcy nie stosowali się do tych przepisów i niewiele można było z tym zrobić, więc w związku z tym poprawiono to rozporządzenie. Ono jest bardzo szczelne, bardzo restrykcyjne. Będą wprowadzone stopnie zasilania. One są od stopnia dziesiątego do dwudziestego. Określone grupy przemysłu muszą redukować zużycie. To oznacza redukcję produkcji, to oznacza mniejsze przychody, to oznacza większe bezrobocie. Ale później przychodzi stopień dwudziesty. Stopień dwudziesty oznacza to, że operatorzy mają bez informowania odbiorców wyłączać zasilanie energią elektryczną. Mieliśmy to w latach 70-tych. Ten mechanizm jest doskonale znany i nazywa się rotacyjnym wyłączeniem – tłumaczył rozmówca Radia Maryja.

Zaznaczył, że jest to bardzo złe rozwiązanie. Istnieje jednak jeszcze jeden, ostatni etap obrony systemu energetycznego, który odcina dostawy prądu na jeszcze większych obszarach.

– Ostatnim szańcem obrony systemu są tzw. zabezpieczenia podczęstotliwościowe, bo kiedy brakuje energii, spada częstotliwość. One są zainstalowane głównie – nie chcę użyć słowa „na prowincji” – poza dużymi miastami. One wtedy automatycznie wyłączają całe obszary, np. pół Lubelskiego czy też Podlaskiego. One działają poza dyspozycją operatora. Operatorzy tylko widzą, że zadziałało takie zabezpieczenie. Obawiam się, że tak to będzie – zwrócił uwagę prof. inż. Władysław Mielczarski.

Do tego czasu nie da się wybudować nowych elektrowni, ponieważ proces ten trwa ok. 10 lat i wymaga szeregu różnych pozwoleń.

Pomimo tak oczywistego zagrożenia, Polski rząd dalej brnie w politykę transformacji energetycznej. Tylko w tym roku na zamykanie kopalń poświęcone zostanie sześć miliardów złotych.

– Mało tego – to zamykanie jest niszczycielskie. Miesiąc temu wysadzono w powietrze dwa szyby – w przeciwieństwie np. do Niemców, którzy też zamykali kopalnie, ale oni je konserwowali – wskazał rozmówca Radia Maryja.

W każdej chwili mogą je dzięki temu uruchomić, co zresztą robią. Ekspert zaznaczył, że za bardzo poddaliśmy się polityce klimatycznej Unii Europejskiej.

– Unia właściwie popełnia energetyczne i gospodarcze samobójstwo – zauważył.

Większość krajów unijnych utrzymuje się bowiem z eksportu, a będące skutkiem transformacji energetycznej zwiększenie cen energii (wliczanych w ceny produktów) zniszczy konkurencyjność gospodarek krajów UE na rynkach zagranicznych.

– Tam jest mnóstwo silnych graczy, takich jak Stany Zjednoczone, Chiny, Indie, którzy tylko czekają na osłabienie Unii – mówił prof. inż. Władysław Mielczarski.

Oznajmił, że trwanie przy idei transformacji energetycznej jest dla niego niezrozumiałe.

Szkodliwą politykę energetyczną zdaje się dodatkowo wykorzystywać Rosja. Nie jest to nic dziwnego – bowiem akcja rodzi reakcję, a kraj, na który nałożono sankcje, będzie się przed nimi bronił. Tak też jest w przypadku rosyjskich nacisków na Niemcy, które obecnie są w posiadaniu wyremontowanej turbiny gazociągu Nord Stream 1. Jeżeli ulegną i przekażą ją Rosji, złamią sankcje i będą podlegać karze. Kiedy zaś Rosja sama zdoła odzyskać turbinę, zostaną nałożone dodatkowe sankcje. Tworzy to sytuację bez wyjścia, a taki stan rzeczy w istocie odpowiada Rosji, bo dzięki temu może ona wywrzeć nacisk na Niemcy, by uruchomiony został Nord Stream 2.

Niepokoi też aspekt gazu. Pomimo zapewnień, że nie zabraknie tego surowca, to w istocie Polska jest w tej kwestii bardzo mocno zależna od Niemiec, ponieważ Baltic Pipe, na którym Polska zamierza polegać, nie jest bezpośrednio połączony z Norwegią, ale z niemieckim rurociągiem. Ten zaś przesyła już 120 proc. swojej maksymalnej pojemności do Niemiec.

Całość rozmowy z prof. inż. Władysławem Mielczarskim jest dostępna [tutaj].

radiomaryja.pl

drukuj