fot. polskie misjonarki posługujące w Peru

SOS od polskich misjonarek z peruwiańskiej dżungli. Brakuje tlenu dla mieszkańców walczących z koronawirusem

COVID-19 dociera do najdalszych zakątków świata. O dramatycznej sytuacji w sercu peruwiańskiej dżungli alarmują polskie misjonarki świeckie. Brakuje wszystkiego, ale przede wszystkim tlenu. Apelują do wszystkich ludzi dobrej woli o pomoc: https://pomagam.pl/coviddusidzungle

Wikariat apostolski Św. Józefa del Amazonas leży w północno-wschodniej części Peru w sercu amazońskiej dżungli, wciśnięty pomiędzy Ewador, Kolumbię i Brazylię. Odpowiada połowie powierzchni Polski, a posługuje tam zaledwie 11 księży. 25 proc. ludności wikariatu stanowią Indianie, reszta to Metysi.

Miasto Iquitos, położone w dorzeczu Amazonki, jest stolicą regionu Loreto. Według danych z 2013 r. liczy ponad 400 tys. mieszkańców. Miasto otoczone wodą z jednej strony i gęstą Puszczą Amazońską z drugiej jest praktycznie odcięte od świata. Można tutaj dotrzeć tylko drogą wodną (tydzień rejsu przez Amazonkę) lub powietrzną. Iquitos jest jedynym tak dużym miastem na świecie, do którego nie można dojechać lądem. Sieć “dróg” stanowią rzeki: Amazonka, Napo, Curaray, Putumayo. To właśnie rzeką koronawirus dotarł do serca peruwiańskiej dżungli obalając natychmiast jeden z mitów powtarzanych przez media, a mianowicie, że wysoka temperatura zabija niewidzialnego wroga. Aktualna sytuacja jest przerażająca.

“W Iquitos pandemia uderzyła bardzo boleśnie w środowisko lekarskie. Rozmawiałam z moją znajomą pielęgniarką i mówiła, że tam gdzie ona pracuje w pogotowiu ratunkowym na 30 lekarzy zostało tylko dwóch, ponieważ reszta jest albo zarażona, albo niestety zmarła. Na 50 pielęgniarek i pielęgniarzy tylko 4 kontynuuje dalej swoją pracę. Jeśli chodzi o rodziny w samym mieście i okolicy, to nie ma dokładnych danych, ponieważ od dawna nie ma tutaj testów. Dane, które podają władze są zaniżone. Mówi się o kilkudziesięciu tysiącach zarażonych” – wskazuje Beata Prusinowska, misjonarka świecka.

“Tam gdzie ja pracuję na granicy z Kolumbią nad rzeką Putumayo na odległości 1300 km mamy po stronie peruwiańskiej blisko 80 wiosek. Tam pracuje 5 lekarzy, z czego 3 jest w stolicy prowincji. Nie ma leków i przede wszystkim tlenu, który ratowałby życie w krańcowych sytuacjach” – akcentuje polska misjonarka świecka.

Sytuacja jest więc dosyć napięta. Co się stanie, kiedy COVID-19 rozprzestrzeni się? Pomimo zakazu przelotów czy zamknięcia niektórych rzek, ludzie idą nieraz kilka dni przez dżunglę z zarażonego Iquitos do swej wioski. Chcą dotrzeć do domu, ale istnieje realne zagrożenie, że przyniosą z sobą wirusa.

Wirus jest wielkim zagrożeniem dla miejscowych Indian. Na terenie wikariatu żyje dziewięć grup indiańskich. Historia pokazała, że choroby, które przenoszono z zewnątrz dziesiątkowały te grupy albo wprost doprowadziły do ich wyginięcia. Wirus stanowi wielkie niebezpieczeństwo dla rdzennej ludności. Wie o tym doskonale Dominika Szkatuła, misjonarka świecka, która w Peru pracuje od 38 lat. Przez ostanie pięć była koordynatorką duszpasterstwa Indian.

“W Iquitos wirus rozszalał się na dobre i wymknął całkowicie spod kontroli.  Obnażył całkowicie fatalny stan systemu zdrowia. W trzech szpitalach zabrakło miejsc dla chorych, zabrakło podstawowych lekarstw, strojów ochronnych dla personelu. 15 lekarzy zmarło tylko w tym miesiącu. Brakuje tlenu. Nie ma wystarczającej liczby maszyn produkujących tlen. Ludzie są zdesperowani, bo nie mogą go zdobyć dla swoich rodzin i przyjaciół. Nie chcieliśmy by taka sytuacja wytworzyła się w dżungli, gdzie na terenie naszego wikariatu mamy 60 przychodni zdrowia i trzy szpitale referencyjne na rzece Putumayo, Amazonce i Napo. Nie chcieliśmy powtórzyć tej tragedii więc zaraz na początku wyruszyły brygady z informacjami, by uświadamiać ludzi o niebezpieczeństwie wirusa, jak bronić się przed nim” – podkreśla polska misjonarka świecka.

“Robiliśmy to za pomocą afiszy, plakatów, przez głośniki z przystani, do których docieraliśmy łódkami. Bardzo mocno zaangażowany był w to lokalny Kościół, personel medyczny. Zwracaliśmy się do szefów danych wiosek, odpowiedzialnych za konkretne grupy etniczne, bo oni mają największy autorytet. Wiedzieliśmy, że naszym największym zadaniem jest przekonanie ludzi o tym, by się zamknęli, odizolowali. Kiedy w Europie lansowano akcję <<Zostań w domu>>, to tutaj mówimy <<Zostań w wiosce>>, zamknij się w wiosce.  I tak też się stało. Udało się przekonać Indian, że to jest dla nich najważniejsze, by się odseparować, odizolować, nie dopuścić, by do wioski ktoś dopłynął, bo tu są tylko drogi rzeczne, ktoś z zewnątrz i był powodem przeniesienia wirusa” – dodaje Dominika Szkatuła.

Niestety, pomimo tych wysiłków wirus dotarł do dżungli. Są ludzie bez skrupułów, którzy wykorzystują pandemię do własnych interesów. Podobnie jak w sąsiedniej Brazylii są grupy zajmujące się nielegalnym wyrębem drzew.

“Drwale są obecni na tych terenach od dawna. I chociaż stan wyjątkowy wprowadzony przez rząd Peru wymaga zamknięcia wszelkiej aktywności, to nie wszyscy przestrzegają tych przepisów. Korzystają np. ze statków z żywnością czy pomocą humanitarną, które mają pozwolenie na żeglugę. Na takich jednostkach nielegalnie kamufluje się np. właśnie drwali, którzy wysiadają przy wioskach i w ten sposób roznoszą koronawirusa. Są to ludzie bez najmniejszych skrupułów” – mówi Dominika Szkatuła.

Dramatyczna sytuacja panuje również w miejscowości Santa Clotilde, która leży nad rzeką Napo. Pracuje tam Gabriela Filanowicz, misjonarka świecka.

“Jestem tutaj odpowiedzialna za szpital i 13 przychodni zdrowia. Największym problemem z jakim się  spotykam odkąd przyszłam pracować, to jest brak personelu medycznego. Niestety nie mamy żadnego kontraktu finansowanego przez państwo dla lekarza, stąd pracowali tu wolontariusze z zagranicy. W czasie pandemii udało nam się zdobyć dwa takie kontrakty w maju, ale tylko na jeden miesiąc” – relacjonuje polska misjonarka świecka.

Jak wskazuje brak możliwości leczenia przez lekarza jest największym problemem. Brakuje też pielęgniarzy.

“Na 13 przychodni mamy tylko 3 lekarzy, którzy odbywają staż po studiach. W większości przychodni pracuje jeden pielęgniarz, który musi obsłużyć swoją wioskę i wioski dookoła.  My mamy tutaj dookoła 113 wiosek, które obsługujemy codziennie. Pacjenci przypływają swoją własną łódką, z wiosek z różnymi dolegliwościami. Mamy bardzo dużo pacjentów, którzy są cukrzykami, ciśnieniowcami i teraz w czasie pandemii wirus jest dla nich ogromnym zagrożeniem” – podkreśla Gabriela Filanowicz.

Misjonarka wskazuje, że miejscowa doktor, która zajmuje się przypadkami koronawirusa w Santa Clotilde dba o swoich pacjentów jak może i na razie nie ma żadnych przypadków poważnych, ale to wynika z tego, że ona chodzi od domu do domu i odwiedza wszystkich pacjentów których testy dały wynik pozytywny.

“Mamy 26 osób pozytywnych i ok. 90 z podejrzeniem dlatego że nie mamy więcej testów. Nie możemy wykonać testów i dlatego nie możemy sprawdzić jaka część ludności Santa Clotilde się zaraziła. A w jaki sposób się zaraziła? Otóż 12 kwietnia przypłynął do nas statek z jedzeniem, które podarował prezydent dla każdego mieszkańca naszego regionu. Niestety pięć osób z załogi tego statku było zarażonych wirusem. Zarazili najpierw wszystkich pracowników w urzędzie miejskim tych, którzy z nimi popłynęli, aby rozdać jedzenie w wioskach i tych którzy już na miejscu pakowali paczki z jedzeniem. Zachorowali najpierw pracownicy naszego urzędu miasta, oni roznieśli chorobę do swoich własnych domów, i czasami domów sąsiadów czy swojej rodziny” – akcentuje misjonarka.

Jak mówi Gabriela Filanowicz od dwóch tygodni miejscowi są na całkowitej kwarantannie. Nikt nie wychodzi z domu. Miejscowe sklepiki dowożą jedzenie do domu.

“Jedyne na co pozwalamy to to, by ludzie mogli wyjść na swe własne pole i zebrać plon, np. banany, jukę. Czy też by mogli zabić hodowane zwierzęta czy wpłynąć na jeziorka i złowić rybę. Na to pozwalamy ponieważ w Santa Clotilde nie mamy żadnego przemysłu, żadnych większych sklepów gdzie można zaopatrzyć się np. w mięso, drób, jajka. Dlatego musimy pozwolić, by ludzie dalej uprawiali swe pola bo dzięki temu nie braknie nam przynajmniej podstawowej żywności” – podkreśla.

Sytuacja jest zupełnie inna na wioskach, ponieważ nie wszystkie mają tereny uprawne.

“Niektórzy uprawiają np. tylko banany dlatego tutaj zawsze funkcjonował handel wymienny. Sprawiał on, że wszyscy przypływali do portu w Santa Clotilde  i na rynku wymieniali się tymi produktami. Teraz do tej wymiany nie dochodzi. Ludzie nie przypływają bo wiedzą że mamy wirusa. W ten sposób zaczyna na wioskach brakować podstawowej żywności i podstawowych środków takich jak mydło. Bardzo prosta rzecz, ale nie ma mydła, nie ma soli. Jeśli oni złowią rybę czy upolują zwierzynę to muszą to osolić ponieważ nie mają lodówek, nie ma tutaj prądu. Więc musimy im w jakiś sposób pomóc dlatego, że jeśli nie pomożemy to są dwa miesiące, kiedy oni są pozamykani w swoich wioskach i po prostu zaczną przypływać do Santa Clotilde, zaczną przypływać do większego miasta Mazán, żeby zakupić podstawowe rzeczy i to spowoduje, że wirus zacznie się jeszcze bardziej rozprzestrzeniać” – wskazuje polska misjonarka.

Wirus jest także w położonym dwie godziny drogi od Santa Clotilde innym dużym mieście San Luis Tacsha Curaray, gdzie również przypłynął wraz ze statkiem z żywnością.

“Panie weszły na statek  przygotować kartony z jedzeniem dla ludności, miały kontakt z załogą i zaraziły siebie i swoją rodzinę. Taka sama sytuacja jest w miasteczku Libertad, półtora godziny w dół rzeki. Też są przypadki zarażenia. Niestety są to liczby bardzo małe dlatego że nie mamy testów. Nasza pani doktor wykonuje testy w sytuacjach gdy rodzina nie jest przekonana, że to wirus. Po wykonaniu takiego testu pokazuje go rodzinie przekonując, że muszą zostać na kwarantannie bo inaczej będą zarażać innych. To są nasze problemy i jak na razie od władz sanitarnych nie otrzymaliśmy żadnej pomocy” – mówi Gabriela Filanowicz.

Nie ma więcej lekarzy, nie ma lekarstw żeby rozdać na wioskach, nie ma mydła, żeby rozdać ludziom na wioskach. Nie ma możliwości  zatrudnienia więcej lekarzy czy pielęgniarzy, a są ludzie którzy chcą pracować, ale brakuje na to państwowych kontraktów. Szczególnie teraz w czasie epidemii to musi być kontrakt który zapewnia ubezpieczenie zdrowotne.

“Niektórych rzeczy w ogóle nie mamy. Nie mamy rentgena, profesjonalnego sprzętu do badania krwi w laboratorium. Są podstawowe rzeczy, których naprawdę potrzebujemy żeby móc służyć tym ludziom  na rzece Napo. Oni są tak samo ważni, jak każdy człowiek na świecie. Dlatego chcemy aby ta opieka zdrowotna była na wysokim poziomie. 50 lat opiekuje się wikariat pacjentami w tym rejonie. Wcześniej pracowali tutaj księża którzy byli lekarzami. Robili co mogli i naprawdę był bardzo wysoki poziom opieki medycznej. Niestety od pięciu lat przeszli na emeryturę i prosimy rząd żeby nam pomógł mieć lekarzy, ale niestety do dzisiejszego dnia nie mamy żadnej odpowiedzi pozytywnej. Więc może znajdzie się jakaś organizacja, która wysyła lekarzy z pomocą humanitarną. Zwracamy się z taką prośbą do lekarzy, którzy chcieliby przyjechać i pracować nad rzeką Napo. W tych 113 wioskach, obsługując wszystkie typy dolegliwości, łącznie z koronawirusem, który jest już u nas obecny” – apeluje Gabriela Filanowicz, misjonarka świecka.

Pomóc można tutaj: https://pomagam.pl/coviddusidzungle

O. Marek Raczkiewicz CSsR/radiomaryja.pl

drukuj