Sędzia P. Andrzejewski dla „Naszego Dziennika”: Aktualnie rządząca koalicja staje się koalicją destrukcji i strachu. Mechanizmy represji są dostosowane do epoki. UE przymyka na nie oczy i aprobuje je dla ograniczenia suwerenności i niepodległości krajów członkowskich
Aktualnie rządząca koalicja staje się koalicją destrukcji i strachu. Mechanizmy represji są dostosowane do epoki. Organizacja międzynarodowa, Unia Europejska przymyka na nie oczy i aprobuje je dla ograniczenia suwerenności i niepodległości krajów członkowskich. Zmiana ekipy rządzącej jest nie na rękę Unii i sprzeczna z jej polityką i interesem. Stąd bezkompromisowość dokonującej się konfrontacji. To nie są już milicyjne pałki, ale to prokuratorskie zarzuty, medialne nagonki, finansowe naciski, bezprecedensowe ataki na instytucje kontrolne. Władza nie odda pola. Zabetonowała się i gra va banque. Trzeba postawić temu opór – powiedział sędzia Piotr Andrzejewski, wiceprzewodniczący Trybunału Stanu, w rozmowie z Rafałem Stefaniukiem dla „Naszego Dziennika”.
Erozja państwa polskiego jest dzisiaj tak duża, iż wydaje się, że jedynym możliwym wyjściem z kryzysu byłoby przyjęcie nowej Konstytucji, pójście w kierunku budowy IV Rzeczypospolitej. Czy w obecnym systemie politycznym jakakolwiek debata o nowej Konstytucji ma jeszcze sens? Czy koncepcja IV RP nie została już ośmieszona w czasach pierwszych rządów Prawa i Sprawiedliwości w latach 2005-2007?
– Ależ to właśnie ośmieszanie tej idei jest zabiegiem celowym. Chodzi o zdyskredytowanie wszystkiego, co mogłoby realnie uzdrowić system, w jakim funkcjonujemy. Ten system, niestety, dawno już się wypalił. Dzisiejsza scena polityczna przypomina toksyczną układankę, która generuje chaos, demoralizuje instytucje państwa i brutalnie narusza prawa obywateli. Trwa bezpardonowa walka o stanowiska, budżety i wpływy nie dla dobra wspólnego, ale dla interesów zamkniętej kasty, która coraz bardziej przypomina zorganizowaną grupę interesu. To nie jest już polityka, to forma państwowej korupcji, która staje się naszą codziennością. Nie możemy patrzeć wyłącznie na to, co jest tu i teraz, skoro wciąż tkwimy w coraz głębszej patologii funkcjonowania organów państwowych. Ktoś bardzo sprytnie uznał, że w mętnej wodzie najłatwiej się łowi, a polityczne zamieszanie to idealne tło do zabezpieczania własnych interesów i wzmacniania partyjnych wpływów. Tak wygląda rzeczywistość III RP, która w tej formie wyczerpała już swoje możliwości jako stabilne państwo prawa i przestała być gwarantem obywatelskich wolności. Dlatego mówię jasno: punkt wyjścia to nie całkowicie nowa Konstytucja, ale to mądra, konsekwentna modyfikacja obowiązujących przepisów taka, która przywróci sprawność instytucjom i odzyska zaufanie obywateli. Kandydatom w wyborach prezydenckich nie powinniśmy zadawać jedynie pytań o bieżące postulaty. Ich prawdziwa odpowiedzialność to jasne stanowisko wobec konieczności gruntownej reformy państwa. I to nie w ogólnikach, tylko konkretnie: w jakich obszarach widzą potrzebę zmian, jak oceniają słabości obecnej Konstytucji i czy są gotowi współtworzyć konsensus konstytucyjny? Tylko ci, którzy rozumieją potrzebę reformy ustrojowej, którzy potrafią wskazać kierunki i zaproponować konkretne rozwiązania, powinni aspirować do przewodzenia państwu. Inaczej dalej będziemy tkwić w systemie, który coraz mniej przypomina demokrację, a coraz bardziej ułudę republiki.
Czy podziały społeczne w Polsce są dziś tak głębokie, że jakiekolwiek porozumienie w sprawach kluczowych dla przyszłości państwa staje się czystą iluzją?
– To zależy, co rozumiemy przez porozumienie. Jeśli miałoby ono polegać na rezygnacji z pryncypiów, to nie ma to praktycznego sensu. Ale jeśli mówimy o uczciwym, konstruktywnym dialogu, prowadzonym w dobrej wierze, opartym na rzeczywistości, a nie na jej pozorowaniu, to jest to możliwe, choć trudne. Problem polega na tym, że dziś dominują zafałszowane motywacje proponowanych rozwiązań. Polityka stała się teatrem „farbowanych lisów”, ludzi, którzy kierują się nie interesem państwa, ale swoim. Znakomicie czują się w roli zarządców chaosu. Wprowadzają swoje autorytatywne kierownictwo. Demokracja w tej formie, jaką dziś obserwujemy, staje się jej karykaturą. A to rodzi dramatyczne skutki. Społeczeństwo, niezależnie od ustroju, w swojej większości rzeczową analizę zastępuje opcjami emocjonalnymi. Najwyżej 10-20 proc. obywateli jest zdolnych do świadomego, pogłębionego, zgodnego z realiami oglądu sytuacji. Pozostali podążają za wizerunkową propagandą swojego środowiska, kondycją materialną, interesem partyjnym, zasobnością portfeli. Buduje się polityczne złudzenie, które koliduje z realnym interesem państwa.
Mamy też grupę świadomych wyborców, ludzi, którzy chcą żyć lepiej w wolnym kraju i nie kierują się sondażami.
– Ci, którzy kierują się poczuciem sprawiedliwości, patriotyzmem, wiarą w lepsze państwo i sumieniem, nawet jeżeli mają dostęp do rzetelnej informacji, niejednokrotnie nie potrafią odróżnić faktów od manipulacji i fałszu informacyjnego. Problem leży nie w przekonaniach, tylko w oderwaniu ich od faktów i analiz. Zbyt wielu ludzi głosuje na podstawie złudzeń i emocji pod wpływem doraźnych impulsów i zbyt rzadko dokonuje analizy, jakie będą długofalowe konsekwencje ich wyborów. Mamy dziś u steru władzę, „Koalicję 13 grudnia”, wobec której toczy się postępowanie przygotowawczo-karne popełnienia przestępstwa zamachu stanu. W tym stanie rzeczy trudno mówić o jej wiarygodności. Polityczne hasła kolidują z realiami, dlatego ważne jest wskazanie sposobu naprawy tego stanu rzeczy. Niezbędna jest reforma ustrojowa, w której istnieje zabezpieczenie przed przewagą we władzach państwa psychopatów, cyników, politycznych kombinatorów, manipulatorów na rzecz własnych interesów, kosztem interesów państwa i poszanowania praw jego obywateli. W tym zakresie potrzebna jest nie tylko wizja rozwiązań, lecz także struktura realnie zdolna udźwignąć odpowiedzialność za zmianę istniejącego stanu rzeczy. I tylko wtedy możemy mówić o prawdziwej naprawie państwa.
Panie Sędzio, to, co dziś obserwujemy w Polsce, czy to wciąż jest demokracja, czy już tylko jej dekoracyjna fasada, z której dawno wyparowało znaczenie?
– Doświadczamy ciemnych stron ustroju demokratycznego. Aktualnie proces demokratycznego wyłaniania władzy został opanowany przez ugrupowania, które traktują jej wykonywanie jako narzędzie realizacji własnych interesów. W tym celu wykorzystują resorty siłowe i metody zaczerpnięte z systemów totalitarnych. Historia uczy nas, że mamy do czynienia z powtarzalnością takich patologii. Od czasów bezpośredniej demokracji ateńskiej, rzymskiego republikanizmu aż po rewolucyjne eksperymenty nowożytności ten mechanizm powtarza się z niemal matematyczną precyzją. Demokracja jest systemem zawodnym, gdy rządzący, chwyciwszy raz władzę, nie chcą jej dalej praktykować. Tymczasem zbyt często staje się tylko przejściowym stadium, etapem, który kończy się wtedy, gdy cynizm wygrywa z rozsądkiem, a manipulacja zastępuje debatę. Właśnie wtedy, kiedy następują monopol w komunikacji społecznej, przymus informacyjny, eliminacja wolności słowa, społeczeństwo przestaje dostrzegać różnicę między rzeczywistością a jej medialnym hologramem. Wtedy wkracza autokracja. W łonie demokracji rodzi się absolutyzm, powoli metodycznie, miękko i bez odwrotu… Porządek i stabilność zapewnia przemoc instytucjonalna i fizyczna, zafałszowana ideologicznie.
Jednak sam akt wyborczy odbywa się w Polsce regularnie i nikt nie ma poczucia, że jego głos jest fałszowany…
– Biorąc udział w kolejnych demokratycznych wyborach, jestem świadkiem postępującej degradacji w zakresie kontroli społecznej samego procesu wyborczego. Kodeks wyborczy w zakresie egzekwowania odpowiedzialności za przestępstwa wyborcze nie jest wystarczająco realizowany. Coraz bardziej święto demokracji, jakim jest kształtowanie władzy w drodze wyborów powszechnych, posiada zaplecze pozbawione uczciwej motywacji. W rezultacie zmowy wyborczej mandaty często służą ochronie osób ukrywających się za immunitetem parlamentarnym, asekuracji przed odpowiedzialnością karną i cywilną. Ten stan rzeczy wymaga zreformowania. Demokracja w Polsce nie tyle się kończy, ile raczej mutuje w kierunku zarysowanym w systemie komunistycznym, w myśl zasady: władzy raz zdobytej już nie oddamy. Wspólnota obaw o nadużycia bardziej jednoczy niż troska o dobro wspólne.
Panie Sędzio, czy nadszedł już moment, w którym polską demokrację trzeba opisywać językiem zaczerpniętym z czasów PRL – z jego fasadowymi instytucjami, wszechwładzą partii i społeczeństwem trzymanym na pasku strachu?
– Jesteśmy w punkcie, w którym rzeczywistość polityczna nie tyle przypomina PRL, ile czerpie z jego arsenału. Mamy do czynienia z tzw. fałszem motywacyjnym. Deklaracje służą jedynie do kamuflażu brutalnej walki o władzę. Niezbędna jest samoorganizacja społeczna. Raz jeszcze tworzenie grup odporu i ich uaktywnienie w strukturze obiegu informacji i sterowania.
Jeśli ktoś ośmieli się doprowadzić do zmiany tej władzy w drodze wyborów, czyli – wydawałoby się – w ramach podstawowego mechanizmu demokracji?
– Aktualnie rządząca koalicja staje się koalicją destrukcji i strachu. Mechanizmy represji są dostosowane do epoki. Organizacja międzynarodowa, Unia Europejska przymyka na nie oczy i aprobuje je dla ograniczenia suwerenności i niepodległości krajów członkowskich. Zmiana ekipy rządzącej jest nie na rękę Unii i sprzeczna z jej polityką i interesem. Stąd bezkompromisowość dokonującej się konfrontacji. To nie są już milicyjne pałki, ale to prokuratorskie zarzuty, medialne nagonki, finansowe naciski, bezprecedensowe ataki na instytucje kontrolne. Władza nie odda pola. Zabetonowała się i gra va banque. Trzeba postawić temu opór.
Panie Sędzio, jak długo potrwa jeszcze ten narodowy letarg? Historia pokazuje, że Polacy potrafią podnosić się z kolan, nawet po najbardziej mrocznych epizodach swojej historii.
– Problem w tym, że dziś nie jesteśmy pogrążeni w mroku, my jesteśmy uśpieni światłem. I to światłem dobrobytu, do którego tak szybko się przyzwyczailiśmy. Jesteśmy społeczeństwem rozleniwionym sukcesem. Po 2015 roku, mimo wszystkich niedociągnięć i błędów tamtego okresu, Polska wykonała jakościowy skok w gospodarce, w poziomie życia zwykłych rodzin, w poczuciu siły państwa i jego rozwojowych ambicjach. Właśnie ta poprawa, paradoksalnie, uśpiła czujność. Zamiast pielęgnować zdobycze, daliśmy się ukołysać do snu wizją, że będzie już tylko lepiej, że „jakoś to będzie”. Obawiam się jednak, że obudzimy się dopiero wtedy, gdy nie będzie już czego ratować, gdy okaże się, że nie da się łatwo cofnąć procesu destrukcji, który dziś postępuje na naszych oczach. Gospodarka niszczeje, bezpieczeństwo staje się fikcją, a rozwój marzeniem z wczoraj. To nie jest czarny scenariusz pisany przez pesymistę. To jest chłodna diagnoza kogoś, kto patrzy na fakty. A fakty są takie, że obecna władza, ta przyklepana 13 grudnia 2023 roku, nie tylko nie naprawia państwa, ale systematycznie je rozkłada. Jeśli ten proces się nie zatrzyma, to wkrótce nie będziemy się już zastanawiać, jak długo potrwa przebudzenie, tylko czy w ogóle będzie jeszcze ktoś, kto zdoła nas obudzić.
Jaką rolę w przebudzeniu społeczeństwa może i powinna, odegrać hierarchia Kościoła, a także świadomy, wierzący laikat, który dostrzega zagrożenia dla fundamentów cywilizacji chrześcijańskiej?
– Obawiam się, że Kościół instytucjonalny również uległ złudzeniu, że wystarczy bierna obecność w społeczeństwie, że Opatrzność sama załatwi wszystko, a pogodzenie się z losem, odwołanie się do pojęcia tzw. woli Bożej zastąpi odważne, ofensywne kształtowanie chrześcijańskiej mentalności. Tymczasem to my mamy aktywnie budować królestwo Boże tu i teraz, nie na pokaz, nie symbolicznie, ale konsekwentnie, każdego dnia. Nie wolno nam zapominać, że zgodnie z naszą wiarą Kościół w tym świecie nie triumfuje, on walczy. Toczy bój ze złem, które ani na chwilę nie odpuszcza. Mówię to jako praktykujący katolik: budowanie przyczółków królestwa Bożego wymaga działania, niepasywnego dryfowania. I choć uważam, że lud Boży zdaje dziś ten egzamin, choć nie bez trudu, to z całą mocą chciałbym, żeby i hierarchia Kościoła katolickiego w Polsce, wśród której nie brakuje postaci światłego formatu, także stanęła na wysokości zadania. Bo oto znów historia upomniała się o swoje. Znów wybija ta sama godzina, godzina próby. Jesteśmy w punkcie zwrotnym, takim, w jakim wielokrotnie stawały poprzednie pokolenia, często na skraju klęski, bez perspektywy przetrwania, bez gwarancji istnienia suwerennego państwa. Właśnie teraz, w tym momencie dziejowego napięcia, wszystkie siły duchowe, intelektualne, obywatelskie powinny się połączyć w imię wspólnej wizji. Potrzebujemy nie tylko wspólnoty kontaktów, nie tylko doraźnej współpracy, ale czegoś znacznie głębszego: odważnej koncepcji ustrojowej przebudowy państwa. Trzecia Rzeczpospolita wyczerpała swój potencjał. Jeżeli IV RP miałaby być jedynie powtórką z rozczarowania, którą przyniosła III RP, to czas już dziś zacząć myśleć o V RP. Państwo, które nie potrafi zareagować na erozję wartości, na destrukcję wspólnoty i na rozpad instytucji, samo wystawia się na unicestwienie. Właśnie dlatego głos Kościoła – zarówno hierarchicznego, jak i codziennego, żywego wśród ludzi – musi dziś wybrzmieć nie jak szept, ale jak dzwon na trwogę.
Rafał Stefaniuk/ „Nasz Dziennik”



