fot. R. Sobkowicz/Nasz Dziennik

Prof. P. Jaroszyński: Próbuje się Świętom nadać charakter świecki

O komercjalizacji Świąt Bożego Narodzenia oraz tym, co w Święta naprawdę ważne, z prof. Piotrem Jaroszyńskim, filozofem i publicystą, rozmawia Mateusz Wójtowicz.

Widzimy wszędzie grubych „Mikołajów”, przystrojone wystawy sklepowe, świąteczne „oferty specjalne”, dedykowany program telewizyjny, radiowy – i to wszystko często jeszcze w listopadzie. Z czego wynika to, że Święta Bożego Narodzenia stały się przesycone marketingiem, popkulturą?

Są środowiska, dla których najważniejszy jest zysk, w związku z tym każda okazja, żeby ten zysk powiększyć jest dobrą okazją. A ponieważ w naszej tradycji Święta Bożego Narodzenia wiążemy właśnie z opowieścią o św. Mikołaju, który był tak wspaniały, że przywoził ze sobą podarki i obdarzał nimi biedne dzieci, w związku z tym, nawiązując do tej opowieści, ale przerabiając na współczesny język, postanowiono, że trzeba wykorzystać to nastawienie ludzi na to, aby obdarzyć się nawzajem jakimś podarkiem – tyle że właśnie z okazji Bożego Narodzenia, a nie tylko po to, żeby jeszcze kolejny przedmiot zagracał nasze mieszkania. Postanowiono więc wykorzystać tę tradycję, żeby ludzi wciągać w coraz większe zakupy tak, aby coraz więcej pieniędzy zostało dla tych, którzy handlują. Jest to więc wykorzystanie pewnej tradycji, która miała swoje ładne intencje, piękną otokę, po to, żeby sprowadzić to do rzeczywistości bardzo brutalnej, która polega na tym, że ludzie zostawiają pieniądze często na rzeczy zupełnie niepotrzebne. I to jest może w tym wszystkim powodem, dla którego ludzie, którzy troszkę głębiej patrzą i na Boże Narodzenie, i na ludzkie życie, nie chcą się w ogóle dać wciągnąć w tę psychozę zakupów. Wychodzą z założenia, że ona za bardzo dominuje, przesłania sens Bożego Narodzenia – sens religijny, który jest ważniejszy od zakupów, działalności charytatywnej. Tu chodzi przede wszystkim o to, żeby człowiek jak najpełniej mógł przeżyć to ważne z punktu widzenia dziejów ludzkości wydarzenie, jakim były narodziny Jezusa Chrystusa, który był zarazem Bogiem i człowiekiem.

Czy to rozgrywa się wyłącznie na gruncie ekonomicznym, czy można się też doszukiwać tu innych aspektów, np. na płaszczyźnie religijnej? W USA przyjęło się skracanie, zastępowanie wyrażenia „Christmas” określeniami „Xmas”, „Holidays”, sprowadzanie Bożego Narodzenia do formy wręcz świeckiej…

Wydaje mi się, że tak – że przy okazji tego ferworu zakupów, błyskotek, świecidełek wsączane są pewne treści czy pewne słowa, które mają na celu odebranie sakralnego charakteru tym właśnie Świętom. Tutaj trzeba być bardzo uważnym, ponieważ, niestety, głównie na Zachodzie, w tym w Ameryce, próbuje się Świętom nadać charakter świecki, odebrać temu wydarzeniu jego najważniejszą i najgłębszą rolę, jaką ma ono odgrywać w życiu człowieka. Jeżeli nałożymy na to jeszcze nowomowę czy polityczną poprawność, która każe wręcz zamienić wyrażenie „Święta Bożego Narodzenia”, „Christmas” nie tylko na „Xmas”, ale i „Season’s Greetings”, czyli „życzenia okolicznościowe”, kiedy cały grudzień jest już dla nich okazją do wzmożonych zakupów. Wydaje mi się, że człowiek, który zostanie za bardzo pociągnięty tymi błyskotkami, jak również za bardzo się zachwyci przedmiotami, które można kupić, to łatwo jest wtedy zapomnieć czy nie brać pod uwagę, nie przygotować się wewnętrznie do tych Świąt, które otwierają dla człowieka perspektywę życia wiecznego.

Co oznacza dla nas banalizacja Świąt Bożego Narodzenia?

Celem tych, którzy w tym kierunku prowadzą Święta Bożego Narodzenia czy to od strony ekonomicznej, czy od strony medialnej jest oczywiście dechrystianizacja. A w przypadku człowieka Zachodu dechrystianizacja oznacza odebranie czy utratę wymiaru nadprzyrodzonego naszego życia, sprowadzenie człowieka do takiego „zwierzątka”, które zbyt daleko swoim mózgiem już nie sięga, tylko obraca się wokół tego świata „tutaj” i tych różnych zabawek, jakie są mu dostarczane. Tu więc – na płaszczyźnie antropologicznej, czy jeśli chodzi w ogóle o rozumienie człowieka – jest bardzo wielkie zagrożenie dla utraty swojego statusu jako osoby i bytu, który posiada godność. Bo godność związana jest właśnie z otwarciem się na Boga.

Co zatem należy robić, żeby tego zagrożenia uniknąć?

Oczywiście, presja różnych instytucji jest bardzo duża i bardzo skuteczna, zwłaszcza że ona opiera się na pewnej metodyce, to nie jest przypadkowe, stąd przeciwstawianie się temu nie jest łatwe. Ale człowiek jest wolny – trzeba o tym pamiętać. Mimo takiej presji, człowiek może jej nie ulec. Musimy najpierw uwierzyć w swoją własną wolność, tylko że ta wolność musi być jednak osadzona w ludzkim rozumie. Człowiek musi rozumieć, co jest czym, żeby zdecydowanie stać po stronie prawdziwych wartości. Dlatego też, mimo że przejdę się ulicą, zobaczę pełno świecidełek, lampek, towarów do kupienia, ja nie muszę tego kupować. Ja nie muszę nawet iść taką ulicą – mogę przejść boczną uliczką, gdzie jest cisza, spokój, można się jakoś skupić, pomyśleć, porozmawiać. Chodzi o to, żeby wykorzystać pole naszej wolność do tego, aby mimo tak wielkiej presji, która powoduje, że my przestajemy myśleć o autentycznym sensie Bożego Narodzenia, wybierać swoją drogę – czy to jako rodzice, czy małżonkowie czy ludzie sobie bliscy. Możemy znaleźć tysiąc sposobów na to, żeby okazać sobie wzajemnie nie tylko szacunek, ale również miłość względem siebie. Niekoniecznie to musi być związane z tym „tsunami”, które napływa na nas, odbierając właśnie tę potrzebę zagłębienia się w sens Bożego Narodzenia, żeby w sposób odpowiedni się do niego przygotować i je przeżyć. To wszystko jest w zasięgu naszej ręki. Dlatego musimy wykorzystać naszą wolność i nasz rozum, by tej presji się nie poddawać.

W naszej rozmowie, może trochę mimochodem, cały czas pojawiają się Stany Zjednoczone. Tam komercjalizacja Świąt zaszła już bardzo daleko. Jak w ocenie Pana Profesora to wygląda w Polsce? Jesteśmy daleko w tyle za Stanami w tej złej tendencji, czy może już im dorównujemy na pewnych płaszczyznach?

My należymy obecnie do czołówki tych państw, które nie poddają się takiej presji. Nie ma jednak takiego szaleństwa, bez przesady. Porównawczo – bo jeżeli ktoś nie ma skali porównawczej, to może mu się wydawać, że to już jest jakieś szaleństwo – ale jeszcze nie jest, tu naprawdę może być znacznie gorzej. Dlatego warto cenić to, co się ma i raczej nie brać wzorów z tych „rozbuchanych” wręcz społeczeństw, dla których konsumpcjonizm jest jedyną formą zagospodarowania życia na tej ziemi. Bo musimy też mówić takim językiem, kiedy jako odniesienie mamy Boże Narodzenie, a Boże Narodzenie jest właśnie tym momentem, kiedy człowiek znowu może wejść na drogę, która prowadzi go do Boga. W Polsce mamy jeszcze trochę zdrowego rozumu i nie dajemy się tak całkowicie pochłonąć przedmiotom w taki sposób, żeby stracić z oczu perspektywę życia człowieka reprezentującego jednak pewien poziom duchowy, moralny, intelektualny. To musimy chronić i to, wydaje mi się, pomoże nam jakość ocalić ten ludzki wymiar życia w czasach, kiedy ideologią stał się ten praktyczny konsumpcjonizm, który naprawdę prowadzi do tak wielkich deformacji człowieka – i w sensie biologicznym, i psychicznym, i intelektualnym – że jest wyjątkowo groźną bronią skierowaną przeciwko człowiekowi.

RIRM

drukuj