fot. PAP/Tytus Żmijewski

Prof. G. Kucharczyk w „Naszym Dzienniku” o bł. ks. kard. S. Wyszyńskim: Obalić komunizm świętością

W liście pasterskim do duchowieństwa archidiecezji gnieźnieńskiej i warszawskiej z 14 kwietnia 1949 roku nowo mianowany Prymas Polski, ks. abp Stefan Wyszyński w następujący sposób kreślił sytuację, w której znalazł się Kościół katolicki w Polsce rządzonej przez komunistów: „Weszliśmy w otwarty bój z szatanem, który swe bezbożnicze moce ukazuje niemal na każdym odcinku życia codziennego. Dziś my, segregati a peccatoribus [oddzieleni od grzeszników] coraz dokładniej widzimy, że istnieje w świecie wspólnota grzeszników, spokrewniona przez grzech grubymi więzami, narastającymi od czasów grzechu pierworodnego. To filii satanae [dzieci diabła] – rodzina szatańska, która żyje z procentów od grzechu i z nienawiści do synów Bożych (zob. J 3,1-10)”.

Warto zestawić te słowa z rozpoznaniem istoty komunizmu formułowanym przez ks. dr. Stefana Wyszyńskiego przed wybuchem II wojny światowej. W książce „Inteligencja w straży przedniej komunizmu” opublikowanej w 1938 roku podkreślał, że „współczesne prądy komunistyczne mają nie tylko źródło społeczno-gospodarcze, ale i moralno-religijne: pogwałcenie praw moralnych i religijnych w życiu gospodarczym i społecznym”. W innym miejscu tej rozprawy przyszły Prymas zauważał, że „celem bolszewizmu jest ogólnoświatowy przewrót cywilizacyjny, wyniszczenie kultury chrześcijańskiej”, i dodawał, że „bolszewizm jest prądem nie tylko społecznym, ale jest swego rodzaju prądem religijnym, sekciarskim, ateistycznym, prądem antychrystycznym”.

Skoro tak, to starcie z komunizmem rozstrzygało się w sferze ducha i w sferze moralności. W 1938 roku ks. dr Wyszyński pisał, że „w programie walki z komunizmem bodaj najważniejszą rzeczą jest rewizja własnego sumienia”, która ma wieść do utrwalenia „ładu wewnętrznego w duszy każdego człowieka, ładu w jego życiu osobistym, społecznym, gospodarczym, zawodowym, obywatelskim”. To jest najlepsze antidotum na ateistyczny i sekciarski prąd, jakim w swojej istocie jest komunizm. I odwrotnie – „najłatwiej ulegają komunizmowi ludzie bez zasad, czy to religijnych, czy moralnych, czy społecznych”.

Te rozpoznania czynione przez niespełna czterdziestoletniego kapłana należy zestawić z wielkim programem duszpasterskim Prymasa Tysiąclecia – zainaugurowanym Jasnogórskimi Ślubami Narodu złożonymi na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 roku, a następnie powtórzonymi we wszystkich parafiach w Polsce 5 maja 1957 roku, kontynuowanym w latach 1957-1965 w ramach Wielkiej Nowenny i znajdującym swoją kulminację w obchodach Milenium Chrztu Polski w 1966 roku. Zestawienie to pokazuje, że w przypadku postaci i nauczania wielkiego Prymasa nie można mówić o „wczesnym” czy „późnym Wyszyńskim”. Jego nastawienie do komunizmu i do sposobu przetrwania konfrontacji z systemem władzy opartym na ideologii marksistowskiej pozostał niezmienny na przestrzeni kilkudziesięciu lat.

Klucz do zwycięstwa

3 maja 1957 roku na Jasnej Górze ks. kard. Wyszyński powiedział: „My musimy Ojczyźnie zapewnić zwycięstwo, a będzie ono zależało od wzrostu świętości naszego życia”. Słowa te padły dwa dni przed tym, jak we wszystkich kościołach w Polsce miliony Polaków powtórzyły tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu – tekst, który stał się następnie osnową dla Wielkiej Nowenny. O świętości jako najdoskonalszym wyrazie polskiego patriotyzmu (w tamtych realiach złączonego z oporem wobec komunizmu) Prymas mówił na krótko przed wyjazdem do Rzymu, gdzie z rąk Papieża Piusa XII odebrał przyznany mu już w 1952 roku kapelusz kardynalski. Odmowa paszportu, a następnie trzyletnie uwięzienie z nakazu władz komunistycznych uniemożliwiły wcześniejsze dopełnienie obrzędu wyniesienia Prymasa Polski do godności kardynalskiej, które sam ks. kard. Wyszyński określał mianem „orderu na piersiach wierzącej Polski”.

Przemawiając 26 maja 1957 roku do rzymskiej Polonii w kościele św. Stanisława, Prymas w następujący sposób odniósł się do Jasnogórskich Ślubów Narodu: „Istnieje w Polsce siła, która nie ma wymiaru społecznego, ale jest faktem, jest wyczuwalna, jest obecna, przytomna: jest to niezorganizowana siła jedności duchowej Narodu. Widzieliśmy ją, oglądaliśmy u stóp Jasnej Góry w dniu 26 sierpnia roku ubiegłego. To był dzień ujawnień narodowych. Wszyscy widzieli, co znaczy w Polsce Królowa i Pani Jasnej Góry”.

W tym kontekście ks. kard. Wyszyński także później mówił o „programie jasnogórskim”. Wykuwał się on, był przemodlony przez Prymasa w okresie jego uwięzienia (1953-1956). Wtedy powstał tekst Ślubów oraz programowe założenia Wielkiej Nowenny, która miała być rozpisanym na dziewięć lat programem „duchowej mobilizacji” Narodu, zawartym w odnowionych – tym razem nie przez króla, ale przez cały Naród – zobowiązaniach wobec Królowej Polski.

Pamiętając o tym, co ks. dr Wyszyński pisał o znaczeniu „ładu wewnętrznego” w duszy każdego człowieka jako najlepszej broni w walce z komunizmem, i o tym, że najłatwiej komunizmowi ulegają ludzie bez zasad moralnych, przypomnijmy sobie słowa, które uwięziony Prymas pisał w kontekście konieczności odnowienia Ślubów Narodu wobec Jasnogórskiej Królowej Polski. Zwracał wtedy uwagę na to, że „nasza moralna słabość i chwiejność, pomimo silnej wiary, nasz relatywizm moralny, skłonność do ulegania złym przykładom i prądom, posłuch najrozmaitszym błędom, nieraz wprost absurdalnym, upadek moralności małżeńskiej, niewierność, rozwiązłość, nietrzeźwość – to wszystko sprawia, że pion moralno-społeczny Narodu jest tak chwiejny. […] Musimy zerwać z tym swoistym ’laicyzmem narodowej katolickości’, w której wszystko na zewnątrz, w słowach i gestach jest katolickie, tylko w sercach i umysłach jest całe piekło dantejskie. Trzeba przekonać katolików polskich, że siła Kościoła naszego zależy od siły duchowej wiernych żyjących w łasce uświęcającej; że o tyle bronimy Kościoła, o ile bronimy w duszy łaski; o tyle umacniamy Kościół, o ile sami jesteśmy silni w wierze i poddani łasce” („Referat dla duchowieństwa”, Komańcza, 13 września 1956 r.).

Innymi słowy – im mniej rozbitych małżeństw, im więcej czystości w małżeństwie i poza nim, im mniej pijaństwa, im więcej sumienności w pracy, im mniej zabitych dzieci nienarodzonych, tym większe szanse w starciu z toczącą się rewolucją komunistyczną. Prymas Tysiąclecia miał bowiem żywą świadomość tego, że zainstalowany w Polsce przez Sowietów reżim komunistyczny był zinstytucjonalizowaną rewolucją. Ten aspekt – zasadniczy przecież dla poznania istoty komunizmu – często nam nawet dzisiaj umyka, skoro komunizm kojarzony jest z „betonem”, czyli z jakąś stabilną (choć skostniałą) strukturą. Tymczasem PRL był rewolucją – według definicji podanej jeszcze przed 1939 rokiem przez ks. dr. Stefana Wyszyńskiego, który w cytowanej pracy o inteligencji podkreślał, że istotą rewolucji jest „ewolucja wewnętrzna w dół”, „długotrwała praca rozkładowa”.

W rzeczywistości PRL-u ta ostatnia przybierała formę narzucanej odgórnie laicyzacji pod hasłem „rozdziału Kościoła od państwa” oraz zalegalizowania zabijania dzieci nienarodzonych. Nawiązując do trzechsetlecia zwycięskiej obrony Jasnej Góry przed Szwedami (1655 r.), uwięziony Prymas pisał 8 listopada 1955 roku do generała paulinów o. Alozjego Wrzalika, że „dziś szturmują ’polską Jasną Górę’ istne ’potopu świata fale’, wżerające się w mury duszy Narodu nienawiścią imienia Bożego, pasją grzechu i potwornych nałogów. ’Polska Jasna Góra’ jest podminowywana przez ducha nienawiści społecznej, przez programową apostazję moralną, przez zadawnione wady narodowe, które rzucają cienie na świetlany Naród ochrzczony”.

Cały „program jasnogórski” Prymasa, ujęty w „złożonych na barkach Narodu” Jasnogórskich Ślubach, rozpisany następnie w Wielkiej Nowennie, a znajdujący kulminację w obchodach milenijnych, był więc przeciwieństwem rewolucji narzucanej Polsce od 1945 roku, a ukrytej pod hasłami „budowy nowej, socjalistycznej Polski”, której obywatele mieli żyć wedle wskazań „socjalistycznej moralności”. U progu Wielkiej Nowenny ks. kard. Wyszyński podkreślał, że narzucany odgórnie przez władze PRL materialistyczny marksizm jest „doktryną wiszącą za nogi u gwiazd i nie ma się co z nią poważnie liczyć. Bo jest zbyt ciasna, zbyt nieludzka, zbyt niegodna umysłu ludzkiego. I dlatego też większego niebezpieczeństwa nie tworzy. […] Ale groźna jest inna rzecz. Mianowicie – ugodzenie w moralność. […] Może być próba rozprawy z moralnością chrześcijańską. I robi się to rzeczywiście. Świadczą o tym naprzód pewne luzy moralne w dziedzinie rozkładu obyczajów” (Jasna Góra, 26 sierpnia 1957 r.).

Ułożony przez Prymasa Tysiąclecia program obchodów milenijnych zmierzał więc – jak podkreślał Prymas w pierwszym roku Wielkiej Nowenny – nie tylko w kierunku upamiętnienia okrągłego jubileuszu chrześcijaństwa w Polsce: „idzie nie tylko o to, by uczcić rocznicę, ale by przygotować, odmienić, odnowić Naród” (Jasna Góra, 12 października 1957 r.).

Trafna strategia przejścia przez Morze Czerwone

Takiej odnowy władze komunistyczne sobie nie życzyły. W tak sformułowanym programie „duchowej mobilizacji” Narodu Polskiego widziały ponadto bezpośrednie zagrożenie dla realizacji swojego strategicznego celu, jakim była budowa „nowej, socjalistycznej Polski”. Komunistyczny premier Józef Cyrankiewicz – ten sam, który w czerwcu 1956 roku na wieść o protestach w Poznaniu mówił o „odrąbywaniu ręki podniesionej na władzę ludową” – odnosząc się do Wielkiej Nowenny, stwierdzał, że „Wyszyński urządził grandę”, i zapowiadał, że „na grandę odpowiemy grandą”.

W 1964 roku Komitet Centralny PZPR doszedł natomiast do wniosku, że głównym celem Wielkiej Nowenny jest „pogłębianie klerykalizmu i dewocji”, „przeciwdziałanie obchodom dwudziestolecia PRL przez pomijanie aktualnych przemian i osiągnięć społeczno-kulturalnych i przeciwstawianie współczesnym ’wadom narodowym’ idealnych wzorców ’cnót narodowych’ w poprzednich epokach”. Według przywódców PZPR program Wielkiej Nowenny był obliczony na „wzbudzenie niezadowolenia wśród wierzącej części społeczeństwa przez dowodzenie, że na skutek istniejących warunków społecznych oraz obniżenia stopy życiowej pogłębiły się w ostatnim dwudziestoleciu takie ’wady narodowe’, jak pijaństwo, lenistwo, lekkomyślność”.

„Rozumne serca”

Przytoczone reakcje władz komunistycznych – a do tego należy doliczyć aberracyjne zachowania w postaci decyzji o aresztowaniu kopii cudownego obrazu jasnogórskiego peregrynującego w ramach obchodów milenijnych (w ten sposób ziściły się słowa Cyrankiewicza o przygotowywanej przez komunistów „grandzie”) – świadczyły o jednym: program duchowej odnowy Narodu, pracy nad tym, aby „Naród nie miał na sumieniu grzechów ciężkich”, okazał się celnym uderzeniem w podstawy komunistycznego systemu władzy. Był doskonałym zaprzeczeniem odgórnie narzucanej rewolucji.

Prymas Tysiąclecia był człowiekiem cywilizacji, która budowała katedry i tworzyła uniwersytety. Doceniał wartość i znaczenie rozumu. Podkreślał, że „wychowanie katolickie to jest wyprowadzanie rozumu na szeroki świat Boży” (Lublin, 10 listopada 1957 r.). Serca dzieci Kościoła – jak wielokrotnie podkreślał Prymas – mają być „rozumne”. Ten wymóg oznaczał również konieczność poznawania dziejów ojczystych, ich kulturowej genealogii oraz konieczność szacunku dla historii Polski.

W komunistycznej propagandzie – utrwalanej również na kartach podręczników szkolnych przez cały okres PRL – przekonywano, że wszystko, co najlepsze, przyszło do nas ze wschodu dzięki „odwiecznej przyjaźni polsko-radzieckiej”, że historia Polski tak naprawdę zaczęła się 22 lipca 1944 roku (Manifest PKWN wydrukowany w Moskwie i ogłoszony w Chełmie), a dzieje Polski przed tą datą to historia „wyzysku klasowego”, „tyranii duchowieństwa” oraz „sanacyjnej nieodpowiedzialności”.

Wobec tych sloganów Prymas w okresie przygotowań do obchodów milenijnych i długo po ich zakończeniu przypominał, że nasza historia pokazuje, iż jako Naród „jesteśmy zwróceni twarzą ku Rzymowi”. „Przez chrzest Naród polski zorientował się całkowicie ku wspaniałej i prastarej kulturze łacińsko-rzymskiej”. Jesteśmy „Narodem rzymskim, Narodem o kulturze łacińsko-rzymskiej, ciążącym całą duszą do tego, co ludzkość najszlachetniejszego w dziejach swoich wydała” (Warszawa, 19 czerwca 1957 r.).

Milenijne obchody były również przypomnieniem tych dziejów zakorzenionych w zachodniej (łacińskiej) kulturze, dzięki której trwa „moc Narodu” i „jego wytrzymałość w wiekowej walce z błędami”. To zadanie przywracania Narodowi pamięci o jego dziejach nie zakończyło się w 1966 roku. Cztery lata później ks. kard. Wyszyński podkreślał, że „Kościół ma głęboki szacunek dla dziejów Narodu. Skrzętnie zbieramy okruchy dziejowe jak okruchy ewangeliczne, bo są one zawsze pożywne. […] Trzeba więc podawać młodemu pokoleniu to pożywienie, aby Naród nie zatracił związku z dziejami. Naród bez dziejów, bez historii, bez przeszłości staje się wkrótce narodem bez ziemi, narodem bezdomnym, bez przyszłości! […] Dlatego my, polscy biskupi, stawiamy przed oczyma młodzieży przeszłość. Pragniemy, aby ją znała i w niej się rozmiłowała. Pragniemy, aby wiedziała, że nie jest z kukułczego gniazda, bo w jej żyłach płynie krew ojców, dziadów i praojców, którzy kiedyś w tę ziemię wkładali trud i pracę i walczyli o jej byt. […] Idzie o to, aby młode pokolenie było dumne z naszej przeszłości, aby nie czuło się tułacze, bezdomne – dziś tu, a jutro tam – by miało instynkt ’zasiedziałości’ narodowej, ducha obrony i wolę trwania” (Kruszwica, 18 września 1970 r.).

Recepta ciągle aktualna

Te nakazy – podobnie jak podkreślanie przez Prymasa, że bramę dla rewolucji otwiera brak zasad religijnych i moralnych – w naszych czasach nic nie tracą na aktualności. Można nawet powiedzieć, że są aktualne jak nigdy dotąd. Gdy z mediów, w tym z internetu, szerzy się propaganda oskarżająca zachodnią cywilizację o wszelkie możliwe zbrodnie (por. ideologię ruchu BLM, zadomowioną na wielu amerykańskich uczelniach), gdy wmawia się nam, że dzieje Polski to pasmo „krwawych plam”, gdy pod adresem prawa naturalnego wykrzykuje się wulgaryzmy, tym bardziej trzeba powracać do nauczania Prymasa Tysiąclecia. Przede wszystkim dlatego, że było ono prawdziwe, a przez to skuteczne. Pokolenie, które wbrew komunistom „policzyło się” w czasie obchodów milenijnych, kilkanaście lat później stworzyło wielki ruch „Solidarności”. Nie tylko polskiego Papieża, ale i tego wielkiego narodowego zrywu by nie było, gdyby nie heroiczna wiara i „rozumne serce” wielkiego Prymasa.

prof. Grzegorz Kucharczyk, „Nasz Dziennik”

 

drukuj