Nie dodzwoniliśmy się do TVN

Z Barbarą i Tadeuszem Hapońskimi, przyjaciółmi gen. Andrzeja Błasika, na stałe mieszkającymi w USA, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Gdzie poznali Państwo gen. Andrzeja Błasika?
Barbara Hapońska: – W naszym domu w Montgomery w Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszkamy od 15 lat. Przyjechaliśmy do Ameryki w odwiedziny do córki, która tam się osiedliła i zostaliśmy. Gdy Andrzej przyjechał do Stanów, często odwiedzaliśmy się, to był wspaniały okres. Był człowiekiem bardzo uczynnym, doznaliśmy od niego bardzo wiele dobra i serca.
Tadeusz Hapoński: – W Montgomery Andrzej mieszkał i studiował w Akademii Wojennej Sił Powietrznych w Maxwell. Poznaliśmy się, gdy przyleciał do Stanów. Co roku przyjeżdża tu zawsze na studia trzech oficerów z Polski – dwóch majorów i jeden pułkownik. Zawsze staramy się z nimi nawiązać kontakt, bo w Montgomery jest bardzo mało Polaków. Poprzedni oficerowie, którzy wracają do Polski, przekazują następnym kontakt do nas. Z początku, gdy Andrzej przyjechał do Montgomery, wiedzieliśmy, że to wysoki rangą oficer i zachowywaliśmy pewien dystans, nie chcieliśmy się bowiem narzucać. Już po paru dniach okazało się jednak, że to wspaniały człowiek, zresztą podobnie jak cała jego rodzina: żona Ewa i dzieci – Asia i Michał.

Jakie wrażenie zrobił na Państwu przyszły dowódca Sił Powietrznych?
B.H.: – Niezwykłe. Możemy z czystym sumieniem powiedzieć, że to był naprawdę wspaniały człowiek. Mimo że pełnił wysoką funkcję generalską, można było być w jego towarzystwie bardzo swobodnym i szczęśliwym. Pamiętam, jak zabrał nas kiedyś do bazy lotniczej w Krzesinach. Gdy przechodziliśmy przez bramę wartowniczą, zwyczajnie podszedł do tego szeregowego i podał mu po przyjacielsku rękę. To było niespotykane. On się wcale nie wynosił, że jest na jakimś ważnym stanowisku, szanował każdego człowieka bez względu na stopień czy wykształcenie. Gdy przyjechaliśmy na jego zaproszenie do Warszawy na 90-lecie lotnictwa polskiego, posadził nas między VIP-ami, to było dla nas ogromne wyróżnienie, które do końca życia będziemy pamiętać. T.H.: – Pamiętam, że stał tamtego dnia między generałami i pułkownikami. Proszę pana, gdy mnie zobaczył, powiedział: „Panowie, to jest mój najlepszy przyjaciel”. Podobnie było na pokazach lotniczych w Mińsku Mazowieckim. Jestem prostym człowiekiem, nie mam wyższego wykształcenia, całe życie pracowałem fizycznie, lecz on się mnie nie wstydził i choć nie mam nic wspólnego z lotnictwem, zawsze traktował mnie wyjątkowo, dlatego tak bardzo przeżyliśmy jego śmierć. To nieprawda, jak potem wielu mówiło, że stawiał siebie ponad innymi, wywyższał się czy innych traktował z góry. Mamy same miłe wspomnienia z nim związane. Tak samo wojskowi, a przede wszystkim piloci, których poznawaliśmy przez lata, zawsze o Andrzeju wypowiadali się w samych superlatywach. Był dla nich wzorem do naśladowania i dumą Polski. Charakteryzował się wrodzonymi cechami przywódczymi. Jego inteligencja, wiedza, doskonała znajomość języka angielskiego wspaniale komponowała się ze skromnością, ciepłem i oddaniem każdej sprawie. Dlatego też my, gdzie tylko możemy, bronimy honoru Andrzeja, bo wart jest tego. On był bardzo szanowany przez Amerykanów i oficerów państw z całego świata. Miał wielu przyjaciół w różnych państwach, na wysokich pozycjach. Był nietuzinkowym, niezwykle zdolnym polskim oficerem, dostał przecież nawet Legię Zasługi od prezydenta Stanów Zjednoczonych. B.H.: – Andrzej absolutnie się nad innych nie wynosił. W pokoju nad łóżkiem wisi jego zdjęcie. Zawsze na nie patrzę, modlę się za niego i wierzę, że kiedyś w wieczności znowu go spotkam. Nie mogę sobie z tym, co się stało 10 kwietnia 2010 roku, poradzić. Od Andrzeja biło bowiem takie ciepło, zresztą od Ewy też, to wspaniała kobieta. Gdy się z nią rozmawia, ma się wrażenie, jakby człowiek był dla niej najważniejszy na świecie. Tak wspaniałych ludzi jak rodzina Błasików rzadko się spotyka.

Kiedy dotarła do Państwa wiadomość o katastrofie rządowego samolotu, na którego pokładzie był gen. Błasik?
T.H.: – O trzeciej w nocy zadzwonił do nas pułkownik, pilot Wojciech Stępień. Gdy usłyszeliśmy od niego tę straszną wiadomość, zaniemówiliśmy z żoną z przerażenia. Nie ma dnia, żebyśmy o Andrzeju nie myśleli. Przed nim była wielka kariera, to okropne, że doszło do takiej tragedii. Nie mogliśmy znieść, gdy w polskich mediach pojawiły się bezpodstawne ataki na niego. Pewnego dnia nie wytrzymałem. Próbowałem dodzwonić się do programu „Szkło kontaktowe” w TVN, w którym lżono jego pamięć, niestety nie dodzwoniłem się. W programie tym próbowano robić z niego pijaka, co dla mnie było nie do pomyślenia, bo przecież dobrze go znałem i dobrze wiedziałem, czym dla niego był Katyń. Słyszeliśmy, że Rosjanie alkohol wpisali połowie tej delegacji, inni pasażerowie mieli więcej niż 0,6 promila. Jak widać na ostatnim zdjęciu wewnątrz tupolewa, nikomu nawet pewnie do głowy by nie przyszło, żeby w drodze do Katynia o godz. 7.00 rano pić mocne trunki. To z całą pewnością u wszystkich tych osób był alkohol endogenny. Prawda jest taka, że Rosjanie chcieli po prostu ośmieszyć nasze dowództwo Sił Powietrznych. Tak myślą tu wszyscy ludzie. Z wielkim smutkiem patrzymy na to, co dzieje się w Polsce wokół wyjaśniania przyczyn katastrofy smoleńskiej, że rząd premiera Tuska w ogóle nie broni naszych praw, naszych żołnierzy i oddał wszystko Rosjanom. Nie będziemy przecież prowadzić wojny z Rosjanami, ale absolutnie powinno się powołać komisję międzynarodową, by ta rzetelnie zbadała tę tragedię.

Mają Państwo jakieś szczególne wspomnienia związane z generałem Błasikiem?
T.H.: – Z Andrzejem, gdy był w USA, spędzaliśmy wspólnie święta Bożego Narodzenia w domu naszego przyjaciela prof. Zbigniewa Dybczaka. Dla naszych oficerów z Polski robiłem polską kiełbasę, bo wybudowałem u siebie wędzarnię. Mamy znajomego myśliwego, który przywozi nam mięso sarny, dzika etc. Zawsze z Andrzejem mile spędzaliśmy czas. Mieliśmy też wspaniały kontakt z jego dziećmi. Jego syn Michał jeździł ze mną na ryby, dawałem mu prowadzić mojego pikapa, bo bardzo dobrze jeździł. Zawsze, gdy przylatywaliśmy do Warszawy czy wylatywaliśmy z niej do Stanów, na lotnisko przychodziła Ewa Błasik, by nas witać i żegnać. Bardzo to sobie ceniliśmy. B.H.: – Rzadko można spotkać takich ludzi, jak rodzina Błasików. Mamy naprawdę wiele szczęścia, że dane było nam ich poznać. Ostatnio co roku spędzamy po kilka miesięcy na naszej działce w Wolsztynie koło Zielonej Góry. Andrzej chciał bardzo nas tu odwiedzić. Niestety, już mu to się nie uda… Codziennie przeżywamy to, co się stało pod Smoleńskiem. Kolejnym ciosem były dla nas niesprawiedliwe oszczerstwa, jakie rzucano na generała Błasika po śmierci. Dziś za wszelką cenę powinno się bronić jego honoru i oddać mu należną cześć.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj