fot. PAP/Tytus Żmijewski

[NASZ DZIENNIK] Skrajna ignorancja nauki i etyki. Rozmowa z prof. Andrzejem Kochańskim

Oprócz informacji o ojcostwie bez zgody ojca nie zdziwmy się, że będą także inne, np. związane z problemami natury zaburzeń psychicznych dzieci poszukujących swoich biologicznych ojców – powiedział prof. Andrzej Kochański, lekarz genetyk, konsultant krajowy w dziedzinie genetyki klinicznej w latach 2019-2021, w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”.


 Nasz Dziennik: Po blisko roku od momentu rozpoczęcia w Polsce programu in vitro, który polega na finansowaniu sztucznego zapłodnienia z budżetu państwa, dziś słyszymy o przypadku mężczyzny, który dowiedział się, że bez jego zgody wykorzystano jego materiał genetyczny i że będzie ojcem. Czy ta sytuacja Pana zaskakuje?

Prof. Andrzej Kochański: Trzeba było liczyć się z tym, że wprowadzenie takich rozwiązań może się wiązać z próbą nadużyć. Niewykluczone przecież, że ten przykład, o którym się dowiedzieliśmy w ostatnim czasie, nie jest jedyny. I gdybyśmy prowadzili jakieś badania, chociażby genealogiczne na bardzo szeroką skalę, to być może dowiedzielibyśmy się wielu ciekawych, zaskakujących rzeczy. To oczywiście jest nierealne, dlatego nigdy chyba nie dowiemy się o skali ewentualnych nadużyć wykorzystania materiału genetycznego wbrew czyjejś woli i wiedzy.

Bywa, że do zapłodnienia in vitro dochodzi przy użyciu materiału genetycznego od dawców anonimowych. W takiej sytuacji jest wręcz niemożliwe, aby odszukać swoich przodków.

To są kolejne nieetyczne aspekty tej procedury. Dlatego oprócz takich informacji o ojcostwie bez zgody ojca nie zdziwmy się, że będą także inne, np. związane z problemami natury zaburzeń psychicznych dzieci poszukujących swoich biologicznych ojców. A takie poszukiwania mogą mieć np. podłoże czysto medyczne. Przecież nietrudno wyobrazić sobie sytuację, kiedy mężczyzna oddaje swój materiał genetyczny, a dopiero w późniejszym czasie uwidaczniają się u niego np. objawy choroby genetycznej. Takie przypadki nieświadomego przekazywania obciążenia genetycznego są już opisane w literaturze fachowej. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, jeśli jeden mężczyzna – a tak się zdarza – jest dawcą dla np. 20 kobiet. Okazuje się, że w jednym społeczeństwie może funkcjonować rodzeństwo przyrodnie (wspólny ojciec), które nie ma świadomości swoich genetycznych powiązań. To jest bardzo niebezpieczne dla urodzonych dzieci – bo trudno zredukować ryzyko małżeństwa rodzeństwa przyrodniego. Okazuje się więc, że genealogia, czyli poszukiwanie swoich przodków, jest bardzo ważna właśnie z punktu widzenia in vitro. I że właśnie, ze względu na in vitro, zjawisko zaburzenia związków genealogicznych będzie narastać. Z tego względu bardzo ciekawe jest zbadanie tzw. efektu transgeneracyjnego w in vitro. To nowy nurt badań prowadzonych m.in. w Krakowie. Chodzi o wykazanie, jak bardzo duży wpływ ma procedura in vitro nie tylko na życie dziecka urodzonego w jej wyniku, ale i na kolejne pokolenia – urodzone nawet już bez zastosowania procedury in vitro. Od lat podejrzewano, że ten problem może się przenosić z pokolenia na pokolenie. Oczywiście, tego efektu nie można zaobserwować jeszcze u ludzi, ale jest on już widoczny w badaniach myszy, gdzie znacznie szybciej można obserwować zaburzenia w kolejnych pokoleniach. Zauważono, że płodność jest zdecydowanie słabsza, aż w końcu zupełnie zanika, a choroby pojawiają się w kolejnych pokoleniach. To jest właśnie tzw. efekt transgeneracyjny, czyli międzypokoleniowy. I wróćmy jeszcze do przykładu mężczyzny, który bez swojej wiedzy został ojcem. Tego typu problemów na różnych płaszczyznach, w różnych obszarach życia będzie coraz więcej. Nie wykluczam, że zaburzenia płodności będą tak ogromne, że gatunek homo sapiens zniknie.

Ta perspektywa jest przerażająca… Mimo to o takich etycznych aspektach in vitro w ogóle w tzw. głównym nurcie się nie mówi.

Dlatego, że zwolennicy tego rozwiązania forsują narrację, aby o in vitro mówić wyłącznie dobrze. Bez względu na fakty. Bez względu na nieetyczność tej procedury. Chodzi o to, aby in vitro wywoływało wyłącznie ckliwe, pozytywne emocje. A przecież trzeba mówić prawdę. Trzeba mówić o tym, że in vitro odwraca porządek w medycynie, również w nawiązaniu do aspektów etycznych. W medycynie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że aby jakiś nowy lek, procedurę, innowację zaczęto szeroko praktykować, musi być ona najpierw naukowo i skrupulatnie przebadana, sprawdzona. To trwa całe lata. Ten etap badań i długofalowych konsekwencji w przypadku in vitro został pominięty. Od lat in vitro jest przyjęte jako metoda skuteczna, bezpieczna i dobra, a dopiero teraz pojawia się literatura, która zaprzecza temu wszystkiemu. Czyli odwrotnie niż było dotychczas. Wydawane są opracowania, które wskazują na poważne negatywne jej konsekwencje. Specjaliści mają wiedzę na ten temat, ale ze względu na potężny biznes związany z przeprowadzaniem tej procedury te fakty są skrywane przed społeczeństwem – zwyczajnie niedostępne i przemilczane.

Każdy lek jest opatrzony ulotką, w której są wskazane wszelkie działania – również te niepożądane. W przypadku procedury in vitro w sposób systemowy informacje o działaniach niepożądanych usuwa się z infosfery medialnej. Dlatego uważam, że naszym obowiązkiem jest mówienie prawdy o in vitro i o tym, że jest to metoda nieetyczna. To nic nadzwyczajnego, jako lekarz muszę zawsze stosować zasadę: „po pierwsze nie szkodzić”.

To nie wszystko. Pacjenci, którzy borykają się z problemami dotyczącymi różnych schorzeń, mogą się zgłosić do specjalistycznych poradni medycznych, np. metabolicznych. Są przecież poradnie dla cukrzyków, dla wcześniaków, dla chorych z fenyloketonurią itd. Nie ma jednak żadnej poradni dla dzieci urodzonych z in vitro. A przecież, o czym już wspomniałem, ta procedura ma bardzo szerokie spektrum negatywnych poważnych oddziaływań zdrowotnych. Uważam, że dzieci urodzone w efekcie zastosowania tej procedury powinniśmy poddać obserwacji nie dla celów naukowych, tylko zdrowotnych. Wiedząc o tym, że u większości z nich, o ile nie u wszystkich z nich, pojawiają się problemy z układem krążenia, na wczesnym etapie moglibyśmy te problemy wychwycić. Ale takich poradni nie mamy. To jest głęboko nieetyczne. A jeśli chcielibyśmy takie poradnie otworzyć, to myślę, że natychmiast moglibyśmy być posądzeni o stygmatyzację tych dzieci. Co jest oczywistym nonsensem. Przecież nie stygmatyzujemy dzieci z cukrzycą w poradni dla dzieci z tą chorobą. Ale ponieważ w oficjalnym przekazie nie można mówić o negatywnych konsekwencjach in vitro, dlatego takie poradnie nigdy nie powstaną.

Poprawność polityczna nakazuje niemówienie prawdy o in vitro?

Dziś mówienie prawdy o wszystkich procedurach medycznych bądź paramedycznych, które ze względów etycznych powinny być zakazane, jest – albo wkrótce będzie – wręcz niebezpieczne dla osób, które ją głoszą. To absurd, a jednocześnie taka jest dziś rzeczywistość w Polsce, zresztą tak się dzieje niemal na całym świecie cywilizacji łacińskiej. Mam tu na myśli również sprawę zabójstwa dziecka nienarodzonego w Oleśnicy. To, co się tam wydarzyło – a nie jest to przypadek odosobniony – jest niedopuszczalne. Jednak może się okazać, że mówienie o tej zbrodni będzie wkrótce nazwane „mową nienawiści”. I to nie ci, którzy dokonali zbrodni, którzy w tej zbrodni pośredniczyli, zostaną ukarani, ale osoby, które wskazują na zdeptanie etyki lekarskiej i zabicie człowieka, będą za swoje słowa surowo ukarani. A w przypadku in vitro może się okazać, że mówienie o konsekwencjach procedury będzie odbierane jako szkalowanie tychże dzieci. Tego się naprawdę obawiam. To, jak ta sprawa z Oleśnicy jest komentowana i „rozwiązywana” przez rządzących, świadczy niezbicie, że mamy do czynienia z triumfem cywilizacji śmierci.

Żyjemy zatem w czasach, kiedy mówienie o nieetycznych aspektach in vitro wymaga odwagi.

Niestety, ale tak jest. Mówienie o tym, że procedura polega na zamrażaniu, na niszczeniu embrionów ludzkich, i że te działania są z gruntu złe, jest dziś nie tylko wyśmiewane, lecz przede wszystkim odbierane jako atak na nowoczesność i na rozwój nauki! W ten sposób stopniowo, ale bardzo metodycznie, właśnie pod pozorem postępu, nowoczesności, wprowadza się rozwiązania nieetyczne, tak aby dodatkowo siać zamęt i spowodować, żeby społeczeństwo nie miało świadomości, że akceptuje to zło. Jestem pewien, że gdybyśmy zapytali opinię publiczną, czy uważa, że selekcja ludzi, która miała miejsce w Auschwitz, powinna się powtórzyć, to niemal wszyscy powiedzieliby, że nie. Ale czym, jak nie selekcją, jest in vitro, tyle że selekcją przeniesioną na inny etap rozwoju człowieka? Dziś ta selekcja jest tłumaczona „dobrem dziecka”. Również aborterzy twierdzą, że to wszystko było „dla dobra dziecka”. W przypadku in vitro zdarza się, że rodzice zgadzają się na selekcję, bo chcieliby, aby ich dziecko było zdrowe, szczęśliwe, żeby nie zachorowało na raka. Potem tych kryteriów wyboru zarodka jest coraz więcej. Na Zachodzie dochodzi już nawet do próby selekcji ze względu na wzrost i inteligencję przyszłego dziecka. Czy to jest etyczne? Czy to nie jest powtórzenie Auschwitz, tylko na innym etapie rozwoju człowieka? Oczywiście, to do wielu nie dociera, tym bardziej że są środowiska, które wmawiają nam, że nie ma ciągłości rozwoju człowieka, że jego życie zaczyna się dopiero w chwili urodzenia. Nawet trudno to komentować. Żyjemy w XXI w. A myślenie – to rzekomo nowoczesne – opiera się na skrajnej ignorancji nauki.

Tak wygląda oswajanie ze złem?

Chodzi o to, aby to stało się naszą codziennością. W ten sposób, na naszych oczach, rozwija się „nowy wspaniały świat”, który tak naprawdę jest już nie tylko wizją, ale przerażającą emanacją społeczeństwa, które osiągnęło ideał powszechnego szczęścia. I w tym nowym wspaniałym świecie, jak widzimy, nie ma już miejsca dla chorych dzieci. W tym nowym wspaniałym świecie można dziecku podać dosercowo chlorek potasu i je poprzez brutalny mord wyeliminować. Ale cały czas chodzi o postęp, dobro. Bardzo sprytnie obudowane jest to jeszcze w pozę człowieka odpowiedzialnego. Czy jednak odpowiedzialny rodzic zabija? Czy to jest miara naszej odpowiedzialności?

Dla dobra ludzkości, nauki i medycyny próbuje się tłumaczyć również nadużycia związane z in vitro.

Okazuje się, że eksperymenty na embrionach, surogacja, handel zarodkami też są dla dobra ludzkości! Wmawia się, że trzeba ponieść pewne ofiary, aby móc dokonać czegoś dla przyszłych pokoleń. Ile razy w historii tego typu utopijnymi hasłami próbowano omamić ludzi? To jest rewolucja, która jak walec przetacza się przez dzisiejszy świat, który przewartościowuje go i nasze myślenie. Mam nadzieję, że nie wszyscy temu ulegniemy, że ocaleje zdrowy rozsądek, etyka. Że zwycięży życie.

Ochrona życia jest dziś zadaniem arcytrudnym, ponieważ rewolucjoniści chcą za wszelką cenę wszystko kontrolować.

Proszę zauważyć, że procedura in vitro jest działaniem polegającym na całkowitej kontroli poczęcia, czyli czegoś, co powinno być czymś naturalnym, wynikającym z relacji osobowej matki i ojca, a nie sztucznego połączenia ich gamet. Kłamstwem in vitro jest to, że przemilcza się zupełnie fakt, że ten zarodek ludzki na szkle znajduje się w warunkach, które w ogóle nie są zbliżone do naturalnych. Już sam ten fakt powoduje, że nie ma mowy o kontroli i skopiowaniu sytuacji naturalnego poczęcia. Zapłodnienie sztuczne polega na przetransferowaniu zarodka ludzkiego do organizmu kobiety. A naturalnie przechodzi on drogę w organizmie kobiety, po przebyciu której dochodzi do zagnieżdżenia. I sam ten fakt przemieszczenia się jest także niezwykle ważny z punk-tu widzenia rozwoju człowieka. W in vitro tego brakuje i dochodzi do tzw. stresu zarodka, który potem odbija się bardzo negatywnie na dalszym rozwoju. To rzutuje na całe życie człowieka! In vitro nie jest w stanie odtworzyć warunków naturalnych. Dlatego opowiadanie, że in vitro jest procedurą zapłodnienia na równi doskonałą jak zapłodnienie w sposób naturalny, jest zwykłym kłamstwem.

Urszula Wróbel/Nasz Dziennik

drukuj