[NASZ DZIENNIK] Ks. prof. P. Steczkowski: Pan Krzyżak z „Rzeczpospolitej” w tworzeniu tekstu dot. ks. bp. Jana Wątroby popełnił kardynalne błędy. Nie wysilił się nawet, żeby zadzwonić do rzeszowskiej kurii i zapytać, jak było
Ten tekst to jest kompromitacja dziennikarska i kanonistyczna. Wspomniany autor tekstu, pan Tomasz Krzyżak, lubi się przedstawiać – i jest przedstawiany – jako ekspert od spraw kościelnych, a teraz ostatnio nawet „zabłysnął” jako ekspert w kanonistyce. Tymczasem w tworzeniu tego tekstu, o którym rozmawiamy, popełnił kardynalne błędy. Jeśli autor tekstu byłby rzeczywiście specjalistą od spraw kościelnych i dobrym kanonistą, to powinien dokładnie wiedzieć, że jeśli chodzi o ustanawianie biskupa pomocniczego albo biskupa koadiutora, zwyczajem jest, że biskup diecezjalny kieruje prośbę do Ojca Świętego, aby ustanowił takiego biskupa w diecezji, którą kieruje. Pan Krzyżak nie wysilił się nawet, żeby zadzwonić do rzeszowskiej kurii i zapytać, jak było w przypadku diecezji rzeszowskiej – mówił w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” ks. prof. Piotr Steczkowski, kanonista, kanclerz Kurii Diecezjalnej w Rzeszowie.
***
„Nasz Dziennik”: Tomasz Krzyżak z „Rzeczpospolitej” napisał, że mianowanie kilka dni temu ks. bp. Krzysztofa Chudzia z Przemyśla koadiutorem diecezji rzeszowskiej „to kara za zaniedbania przy wyjaśnianiu spraw wykorzystywania seksualnego małoletnich” dla jej obecnego ordynariusza, ks. bp. Jana Wątroby. Jaka jest prawda?
ks. prof. Piotr Steczkowski: Na samym początku trzeba powiedzieć wprost, że ten tekst to jest kompromitacja dziennikarska i kanonistyczna. Wspomniany autor tekstu, pan Tomasz Krzyżak, lubi się przedstawiać – i jest przedstawiany – jako ekspert od spraw kościelnych, a teraz ostatnio nawet „zabłysnął” jako ekspert w kanonistyce. Tymczasem w tworzeniu tego tekstu, o którym rozmawiamy, popełnił kardynalne błędy.
Jakie konkretnie?
– Po pierwsze, jeśli autor tekstu byłby rzeczywiście specjalistą od spraw kościelnych i dobrym kanonistą, to powinien dokładnie wiedzieć, że jeśli chodzi o ustanawianie biskupa pomocniczego albo biskupa koadiutora, zwyczajem jest, że biskup diecezjalny kieruje prośbę do Ojca Świętego, aby ustanowił takiego biskupa w diecezji, którą kieruje. Oczywiście, czasem Stolica Apostolską „motu proprio”, czyli „z własnej inicjatywy”, ustanawia koadiutora. Pan Krzyżak nie wysilił się nawet, żeby zadzwonić do rzeszowskiej kurii i zapytać, jak było w przypadku diecezji rzeszowskiej.
– Tak. W piśmie ksiądz biskup prosił, aby ustanowić biskupa pomocniczego albo koadiutora. I to było expressis verbis w tym piśmie napisane wraz z konkretnym uzasadnieniem. To jest podstawowy błąd autora. Nie zapytał, nie zadzwonił do Kurii, tylko powołuje się na anonimowe źródła.
Druga rzecz. Autor opisuje też sytuację, za co miałaby być rzekomo ta „kara” dla ordynariusza rzeszowskiego nałożona. Przecież jako kanonista powinien wiedzieć, że tego typu kar wobec biskupów nie ma przewidzianych ani w prawie kanonicznym, ani żadnym innym.
Owszem, było prowadzone zarówno przez Watykan, jak i przez organy państwowe postępowanie mające wyjaśnić, czy ks. bp Jan Wątroba dopuścił się jakichkolwiek zaniedbań w tych sprawach. I uwaga! Czy ks. bp Wątroba otrzymał jakiekolwiek zarzuty, czy ze strony Watykanu, czy od strony władz państwowych, czyli prokuratury? Nie, nie otrzymał.
Zatem nie ma żadnych zarzutów, a tym bardziej nie ma orzeczenia o winie księdza biskupa w tej sprawie?
– Nie ma czegoś takiego. Nie istnieje. Więc po prostu jest to wszystko wyssane z palca. Podkreślę jeszcze raz: były postępowania i one nie doprowadziły do postawienia księdzu biskupowi żadnych zarzutów, nie mówiąc już o wymierzeniu jakiejkolwiek kary.
A co ze sprawą, której wyjaśnianie rzekomo zaniedbał ks. bp Jan Wątroba?
– To kolejny kardynalny błąd, jaki popełnił autor przy przygotowywaniu tego tekstu. Powołując się na dokumenty w sprawie, pisze o nadużyciach jednego z księży wobec osoby małoletniej, co faktycznie miało miejsce. Powołując się na swoje „źródła watykańskie”, autor stwierdza wprost, że Dykasteria Nauki Wiary zwróciła „biskupowi Wątrobie uwagę na to, że krzywdzenie Moniki przez księdza Edmunda trwało bardzo długo, czyny, jakich się dopuścił, były bardzo poważne i w zasadzie należało go wydalić ze stanu duchownego”. Z tym że pan Tomasz Krzyżak nie zająknął się o tym, że ks. bp Jan Wątroba w ogóle nie prowadził tego postępowania!
– Diecezja rzeszowska prowadziła tylko dochodzenie wstępne. Gdy zostało postanowione, że wobec tego oskarżonego księdza należy przeprowadzić kanoniczny proces karno-administracyjny, to ks. bp Jan Wątroba poprosił Stolicę Apostolską, żeby ani on osobiście, ani nikt z diecezji rzeszowskiej tego nie prowadził. Wszystko po to, aby nie było zarzutów o jakąś stronniczość. Wówczas trwały już wspomniane wcześniej postępowania mające wyjaśnić, czy nie było jakichś zaniedbań w działaniach ordynariusza rzeszowskiego w sprawie oskarżonego księdza. Mało tego, ofiara była wtedy pytana, gdzie chce, aby prowadzone było to postępowanie. I to ona wybrała Tarnów.
I co się stało?
– Stolica Apostolska, konkretnie Dykasteria Nauki Wiary, się zgodziła. Został ustanowiony delegat biskupa, którym był oficjał sądu w Tarnowie. I to oficjał sądu w Tarnowie prowadził to całe postępowanie. Mało tego, Watykan zgodził się także na to, aby ten organ, który prowadził postępowanie, wydał też dekret karny.
I tak się stało, dekret karny także wydał oficjał sądu z Tarnowa. Oskarżony ksiądz został dotkliwie ukarany. Czyli to nie była decyzja biskupa rzeszowskiego, on nie wydał dekretu karnego, o którym pisze pan Krzyżak. Tak wygląda prawda w tym temacie, reszta to są po prostu insynuacje i tyle. Szkoda, że pana Krzyżaka poniosła fantazja i nie sprawdził rzetelnie faktów.
Myślę, że w kontekście tematu tej rozmowy warto powiedzieć jeszcze o jednym. Pan Krzyżak jest przewodniczącym Komisji „Wyjaśnienie i naprawa” w diecezji sosnowieckiej. Wielka szkoda, że przez brak rzetelności i opublikowanie tekstu pełnego insynuacji, w którym fakty miesza z domysłami, naraża na utratę wiarygodności siebie samego, a także pracę komisji, której przewodniczy.
Dziękuję za rozmowę.
Sławomir Jagodziński/”Nasz Dziennik”



