„Nadliczbowi” ludzie

Z dr. Tadeuszem Wasilewskim, specjalistą ginekologiem położnikiem, który
po kilkunastu latach uczestniczenia w programie in vitro świadomie go porzucił,
szefem przychodni NaProMedica specjalizującej się w leczeniu niepłodności
małżeńskiej przy wykorzystaniu najnowszych osiągnięć medycyny, m.in.
naprotechnologii, rozmawia Adam Białous

Jakie rozwiązania prawne dotyczące procedury zapłodnienia metodą in vitro
uważa Pan za optymalne?

– Stoję na stanowisku, aby całkowicie zakazać stosowania metody zapłodnienia
pozaustrojowego. Uważam tak, ponieważ podczas jej wykonywania giną istoty
ludzkie będące na etapie rozwoju embrionalnego. Natomiast te zarodki ludzkie,
które zostają zamrożone, tracą siły witalne i po ich odmrożeniu oraz podaniu do
jamy macicy możliwość normalnego ich rozwoju jest poważnie utrudniona. Dlatego
lekarz, który wykonuje program in vitro, chociaż szczerze walczy o poczęcie, to
równocześnie skazuje na śmierć kilka czy kilkanaście ludzkich zarodków, które
powstają równolegle z tym, któremu pozwala się żyć. Często dzieje się tak, że
eliminuje się zarodki ludzkie, w przypadku których stwierdza się, na co pozwala
współczesna technika medyczna, że te dzieci urodzą się najprawdopodobniej chore.
Pytam – czy my mamy prawo podejmować takie decyzje?

Jeden z projektów procedowanych przez Sejm dopuszcza powstanie przy
zastosowaniu metody in vitro dwóch zarodków, bez możliwości ich mrożenia. Jak
Pan ocenia taki zapis?

– Doprowadzając do przyjęcia tego projektu, trzeba dalej odpowiedzieć na pytanie
– kto ma nadzorować, ile zarodków naprawdę będzie powstawać w klinikach
realizujących program in vitro? Przecież sprawdzenie tego wymaga naprawdę
wielkiej fachowości. Czy czasami ta liczba nie wymknie się spod kontroli?
Kliniki będą starały się mieć lepsze wyniki, więc mogą łamać zasadę dwóch
zarodków, która daje jedynie 15 procent szans na poczęcie. Dalej, nawet jeżeli
pozwolimy na powstanie tylko dwóch zarodków w metodzie in vitro, to nikt nie
może zagwarantować, że te zarodki od chwili poczęcia do chwili trafienia do łona
matki będą bezpieczne. Trzeba bowiem wiedzieć, że w programie in vitro zarodki
trafiają do specjalnych inkubatorów, które mają naśladować warunki, jakie
dziecko ma zagwarantowane w łonie matki – temperatura, wilgotność, ciśnienie
parcjalne tlenu itd. Dla przykładu, niewielka różnica temperatury rzędu jednej
dziesiątej stopnia Celsjusza, wskutek źle działającego urządzenia, może
spowodować śmierć zarodka. Inne niebezpieczeństwo grożące w inkubatorze jego
życiu to zakażenia na płytce, na której rozwija się zarodek, co się niestety
zdarza. Również samo podanie zarodka do jamy macicy jest obarczone ryzykiem
powikłań. Czyli niezamierzony błąd ludzki może doprowadzić do śmierci nawet tych
dwóch zarodków ludzkich. Dlatego – moim zdaniem – projekt ustawy posła Jarosława
Gowina nie powinien stać się obowiązującym prawem.

Dlaczego w programach in vitro doprowadza się do powstania dużej liczby
ludzkich zarodków?

– Przy in vitro nie można bazować na jednej komórce jajowej, tak jak w cyklu
naturalnym, gdzie w przypadku zdrowego mężczyzny i zdrowej kobiety, oboje w
wieku 35 lat i poniżej, prawdopodobieństwo poczęcia wynosi od 20 do 30 procent –
bo w metodzie in vitro jest to już poniżej 5 procent. Doskonale widać tu wielką
przepaść między tym, co dała nam mądrość Stwórcy, czy jak powiedzą inni –
natury, a tym, co sami wymyśliliśmy i nazwaliśmy metodą in vitro. Dlatego ci,
którzy ją stosują, chcąc zwiększyć szansę poczęcia, każdorazowo doprowadzają do
powstania od 6 do 8 zarodków ludzkich. Z tej dużej liczby wybiera się
najczęściej dwa najzdrowsze, które wprowadza się do jamy macicy. Pozostałe, tzw.
zarodki nadliczbowe, czyli w istocie rzeczy – nadliczbowi ludzie – są zamrażane.
Potem, jeśli jest potrzeba ich użycia, są odmrażane. Często jednak po odmrożeniu
okazuje się, że ludzkie zarodki są martwe. Dzieje się tak, ponieważ nie ma
100-procentowo pewnej techniki mrożenia.

Wielu posłów, którzy chcą zalegalizować in vitro, podejmuje ten temat dosyć
lekko, jakby nie dotyczył on życia i śmierci.

– To dziwne zjawisko, ale dzieje się tak, że nasza cywilizacja techniczna im
bardziej się rozwija, tym mocniej uderza w życie ludzkie u jego początku i
kresu. Przy czym w krajach naszej cywilizacji eutanazja nie jest tak samo szybko
i łatwo legalizowana jak zabijanie poczętych. A to dlatego, że trudniej jest
podjąć decyzję, czy głosować za legalizacją eutanazji, skoro i mnie dotkną
przykre doświadczenia starości. Łatwiej natomiast głosować za unicestwieniem
zarodka ludzkiego, bo przecież ten okres życia już za mną, więc decyduję o życiu
innych, nie swoim. Dlatego też w bardzo wielu krajach prawo zezwala na
wykonywanie in vitro, a w krajach, gdzie prawo na ten temat jeszcze milczy,
czyli nie ma prawnej ochrony życia ludzkiego poza organizmem matki, tak jak jest
obecnie w Polsce, program in vitro mimo wszystko jest realizowany, bez większych
oporów i protestów.

Podczas wielu prelekcji w całej Polsce przestrzega Pan przed śmiercią, którą
oprócz życia nielicznych niesie in vitro…

– Robię to, ponieważ na pytanie, w którym momencie zaczyna się ludzkie życie,
odpowiadam, zgodnie ze swoją wiedzą medyczną i głosem sumienia – zaczyna się ono
w momencie połączenia plemnika z komórką jajową. Tak samo cenne jest życie
człowieka poczętego jak tego, który ma 15, 20 czy 80 lat. Jednak życie poczęte
wymaga szczególnej troski, ponieważ jest bezbronne i samo nie może się o nic
upomnieć.

Jakie zadania spoczywają na lekarzach?
– Naszym obowiązkiem jest otoczyć troską to nowe życie, zadbać o jego godność.
My, lekarze, którzy posiadamy dziś nowoczesne urządzenia, które pozwalają nam
nie tylko widzieć to poczęte życie, ale i zadbać o jego zdrowie i dobry rozwój,
powinniśmy traktować je jak pacjenta. Tak – to są nasi mali pacjenci. Każdy
ludzki zarodek, który ma 1, 2, 3, 5 dni, jest dla świata medycznego małym
pacjentem. Wiedzą to również osoby, które chcą być rodzicami, biorą udział w
programie in vitro. Ujawnia się to, kiedy przychodzą w trzecim dniu po
połączeniu komórki jajowej z plemnikiem i pytają: "Czy nasze dzieci żyją? Czy
się rozwijają?". To jest pytanie nagminnie zadawane lekarzom pracującym w
klinice in vitro. Słyszą od nich wówczas odpowiedź: "Tak, wasze dzieci żyją.
Tak, rozwijają się". A więc i lekarze z tych klinik wiedzą, że jest to ludzkie
życie. Życie i jego wielka godność, w którą metoda in vitro uderza. I tu nie
chodzi tylko o godność dziecka, które trafia do łona matki, ale też o godność
dzieci, które pozostają poza nim, chodzi o godność ojca i matki. Mówię również o
uderzeniu programu in vitro w godność lekarzy, którzy go prowadzą. Oni na pewno
nie mają zamiaru zadawać śmierci, ale ta metoda sama w sobie jest możliwością
jej zadawania. Metoda in vitro uderza więc w życie i godność człowieka. Dlatego
jeśli chodzi o wybór ustawy dotyczącej in vitro, która ma w Polsce obowiązywać,
podpisuję się obiema rękami pod tym projektem, który mówi – całkowite NIE dla
realizacji metody zapłodnienia pozaustrojowego in vitro. Nie jest to żadne
wstecznictwo, jak twierdzi wielu, ale jest to moje dogłębnie przemyślane NIE dla
metody, która może doprowadzić do śmierci ludzi. I oby tych ludzi, którzy mówią
jej NIE, było jak najwięcej.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj