Byłem świadkiem najcichszych czynów

Z dr. Renato Buzzonettim, doktorem nauk medycznych, osobistym lekarzem
Jana Pawła II, rozmawia Agnieszka Żurek

Jak zareagował Pan na wiadomość o rychłym wyniesieniu na ołtarze Ojca
Świętego?

– Ogłoszenie terminu beatyfikacji Jana Pawła II napełniło mnie wielką radością,
ale w ogóle nie zaskoczyło. Byłem pewien właśnie takiego szczęśliwego
zakończenia procesu kanonicznego i spełnienia w ten sposób oczekiwań milionów
wiernych. Nie umiałem przewidzieć daty beatyfikacji, ale nie podzielałem
pośpiechu wielu wiernych, którzy chcieliby postąpić nieostrożnie i ominąć reguły
prawa kościelnego, także te ustanowione przez samego Ojca Świętego. Chcę
natomiast natychmiast podkreślić, że moje życie od śmierci Jana Pawła II w 2005
r. do dzisiaj nie było życiem bez niego. Moja osobista relacja z Janem Pawłem
II, który był moim pacjentem, nie mogła przecież roztopić się niczym śnieg na
słońcu w dniu jego śmierci. Stało się wprost przeciwnie – relacja ta wzmocniła
się, stała się głębsza, esencjonalna, pozbawiona wszystkiego tego, co jest tylko
przejściowe. Stała się całkowicie uwewnętrznioną relacją przyjaźni, która nie
musi już obawiać się ziemskich ograniczeń, ale która jest zakorzeniona w
autentycznej komunii świętych i w modlitwie. W tej modlitwie, która – jestem
tego pewien – jest wzajemna, znajduję miejsce prawdziwego spotkania i rozmowy z
Ojcem Świętym. Muszę także podkreślić, że nie brakowało mi nigdy Papieża. Od 19
kwietnia 2005 r. Benedykt XVI jest moim Papieżem, Pasterzem Kościoła
powszechnego, którego ja także staram się być wierną owieczką.

Praca w charakterze osobistego lekarza Jana Pawła II wiązała się z
podejmowaniem na co dzień wielkiej odpowiedzialności. Czy była ona także
powołaniem przynoszącym owoce duchowe?

– Moja relacja z Ojcem Świętym narodziła się 29 grudnia 1978 r., o zachodzie
słońca. Zostałem nagle wezwany do jego prywatnego apartamentu w watykańskim
Pałacu Apostolskim i zaprowadzony do niego. Bez wielkich wstępów powiadomiono
mnie, że Ojciec Święty chciałby powierzyć mi sprawowanie posługi swojego
osobistego lekarza. Nigdy się nie dowiedziałem, czemu zawdzięczam ten wybór,
nigdy wcześniej nie byłem w żaden sposób związany ani z nim, ani z jego polskim
otoczeniem, wręcz przeciwnie – muszę wyznać, że aż do czasu jego wyboru na
Stolicę Piotrową bardzo niewiele o nim w ogóle słyszałem. Mówię to po to, aby
podkreślić, że moja relacja z Papieżem miała charakter przede wszystkim zawodowy
i taką pozostała aż do samego końca. Zawsze zachowywałem jasność i obiektywizm w
ocenie stanu zdrowia Ojca Świętego. Dbałem także o to, żeby być niezależnym, co
pozwalało mi z kolei zachować zdolność zalecania określonych sposobów leczenia –
nawet tych powodujących pewien dyskomfort. Zaufanie, którym się cieszyłem,
pozwalało mi z kolei podejmować decyzje szybkie i trudne. Ta relacja mieściła
się także w bardziej złożonej wizji mojego życia: kilkakrotnie definiowałem moją
posługę jako wyjątkowe powołanie człowieka świeckiego, które całkowicie
zaangażowało mnie w ciche i zarazem odważne towarzyszenie Janowi Pawłowi II.
Nawet bez żadnego określonego gestu czy szczególnego momentu, który oznaczałby
zmianę w moim życiu, muszę powiedzieć, że 29 grudnia 1978 r. był dla mnie datą
przełomu – stałem się od tej chwili uważnym i oddanym uczniem magisterium życia
ludzkiego i chrześcijańskiego, które emanowało z każdego czynu i gestu Papieża,
szczególnie z tych najmniejszych i najcichszych czynów, których mogłem być
świadkiem.

Ojciec Święty przez wiele lat bardzo ciężko chorował. W jaki sposób
przyjmował swoje codzienne cierpienie?

– Życie Karola Wojtyły naznaczone było cierpieniem i chorobą. Ten człowiek o
niezaprzeczalnych walorach fizycznych, psychicznych i duchowych przyjął
wyzwanie, które wyznaczyła mu Opatrzność, a które zaczęło się 13 maja 1981 r., w
momencie zamachu na jego życie. Z pokorną cierpliwością zmierzył się z latami
ciągłych prób, łącznie z tą najdłuższą i najbardziej ograniczającą jego
sprawność, jaką była choroba Parkinsona. Każdy dzień Ojca Świętego był
naznaczony wielkim zmęczeniem i zarazem wielkim męstwem. Źródłem tego męstwa
była wiara ze stali i świadome powierzenie się woli Boga Ukrzyżowanego. Jako
lekarz byłem świadkiem tej drogi krzyżowej, którą Ojciec Święty przeszedł w
całości, poznał jej wszystkie stacje. Wzbogacił swoje doświadczenie także dzięki
dialogowi z każdym chorym, z którym współdzielił cierpienia i niepokoje. Był to
z jego strony znak braterstwa bez granic.

W swojej pracy był Pan świadkiem momentów zarówno bardzo radosnych, ale także
tych wyjątkowo trudnych. Czy zdarzało się, że te chwile wzajemnie się
przenikały?

– Nawet w godzinach najgłębszego bólu, jak te, które wiążą się z oczekiwaniem na
nadchodzącą śmierć kochanej osoby, kiedy ośmielamy się prosić Boga o to, by nie
widzieć, jak wyrywane są korzenie jej ziemskiego życia, nawet w tych
najtrudniejszych momentach istnieją przebłyski światła i prawdziwego
pocieszenia. Mnie przydarzyło się to w czasie Mszy Świętej, której Ojciec Święty
przewodniczył w czwartek, 31 marca 2005 r., po południu. Papież dopiero co
pokonał późnym rankiem tego samego dnia bardzo trudne doświadczenie szoku
septycznego, które omal go nie zabiło. Ojciec Święty leżał w łóżku, ubrany w
stułę. Na piersiach miał krzyż. Miał przymknięte oczy, ale modlił się zgodnie z
przewidzianym rytuałem. W momencie konsekracji prawą ręką wykonał liturgiczny
gest nad chlebem i winem. Na końcu Mszy Świętej nieliczni biorący udział w
ceremonii ucałowali rękę Ojca Świętego. Znalazłem w sobie siłę, aby powiedzieć
mu: "Wasza Świątobliwość, kochamy Cię i jesteśmy blisko Ciebie całymi naszymi
sercami".

Jakimi chciałby nas widzieć Jan Paweł II w dniu swojej beatyfikacji?
– Życzyłbym sobie z całego serca, żeby dla wszystkich poranek Białej Niedzieli,
pierwszej niedzieli po Świętach Wielkanocnych, Niedzieli Bożego Miłosierdzia,
oprócz bycia dniem uroczystej celebracji festiwalu, która będzie odbywała się w
Rzymie, była także dniem oddania Panu chwały i wyrażenia wdzięczności za dar dla
Kościoła, dla Polski i dla świata, którym było życie i pontyfikat Jana Pawła II.
Ogromne rzesze pielgrzymów ze wszystkich kontynentów, tłum młodych ludzi, którzy
od dnia śmierci Karola Wojtyły przybywają do stóp jego prostego grobu, mówią o
tym, że świat – nie w sposób abstrakcyjny, ale konkretny, poprzez serca i dusze
tych milionów ludzi – przyjął jego orędzie. Orędzie z całą pewnością słuchane,
ale często zaniedbywane, zapominane, czasami także wprost oczerniane. Ludzie
dobrej woli przyjęli je świadomie i wkładają pracę w to, żeby świadczyć o nim w
swoim codziennym życiu. Jan Paweł II z całą pewnością był wielki – zarówno w
aspekcie swojego nauczania, odwagi w pasterskim prowadzeniu Kościoła, jak i w
aspekcie zapału misyjnego i prorockiego apostołowania. W dniu swojej
beatyfikacji on sam, umiejący łączyć kontemplację z działaniem, w świadomości
chrześcijan znajdzie miejsce przede wszystkim jako ten, który w bohaterski
sposób wcielił w życie cnoty chrześcijańskie, jako niezwykły świadek świętości.
Jego przykład jest zatem uniwersalnym wezwaniem do świętości, do pójścia śladami
Papieża, który wyznaczył drogi nam, ludziom XXI wieku.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj