Młodzi jak barometr

Z dr. Marcinem Zarzeckim, socjologiem polityki z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, rozmawia Bogusław Rąpała

Z 30 proc. młodych ludzi w Polsce, nawet po studiach, nie może znaleźć pracy.

– Sytuacja związana z zatrudnieniem jest dla młodych ludzi tragiczna i bardzo złożona. Po pierwsze, wymagania na rynku pracy są bardzo zawyżone. Niezwykle trudno znaleźć pracę komuś, kto wchodząc na rynek pracy, nie dysponuje żadnym doświadczeniem. Po drugie, badania wykazują, że istnieje potężna dysproporcja między potrzebami pracodawców a tym, co oferuje program dydaktyczny w okresie kształcenia. Młodzi ludzie z wyższym wykształceniem, którzy niejednokrotnie wydłużyli swój okres edukacyjny, częstokroć kosztem możliwości założenia rodziny, nie uzyskują dzięki temu odpowiednich profitów w postaci zwiększonej szansy uzyskania pracy w swoim zawodzie. Między innymi stąd wskaźnik bezrobocia wśród absolwentów szkół wyższych tak dynamicznie rośnie.

Młodzi mają prawo czuć się oszukani?
– Jeżeli nałożymy na to sytuację, że w tej kategorii wiekowej dominuje forma zatrudnienia na tzw. umowy śmieciowe, to okazuje się, że ci ludzie nie mają podstawowych zasobów, aby móc się realizować – czy to na rynku pracy, czy w życiu rodzinnym. A to prowadzi do głębokich frustracji, młodzi coraz częściej sami wycofują się z rzeczywistości społecznej. Młodzież tworzy swoisty barometr życia publicznego, tzn. jest najbardziej wrażliwa na różnego typu zmiany i w największym stopniu akomoduje w sobie zarówno pozytywne, jak i negatywne ich konsekwencje. Dziś obserwujemy powstawanie zbiorowości wysoce sfrustrowanej, która okazuje swoje niezadowolenie chociażby w formie protestów społecznych związanych z ACTA, z wykorzystaniem nowoczesnych środków komunikacji internetowej.

Skoro niekoniecznie studia wyższe, to jakie czynniki – obok doświadczenia – decydują dziś o sukcesie na rynku pracy?
– Zazwyczaj były to proste kryteria o charakterze merytorycznym i to rzeczywiście one powinny być decydujące w tym systemie rynkowym. Zaliczamy do nich wysoki poziom kompetencji zawodowych związanych z wykonywaniem danej pracy, osiągany częstokroć poprzez wydłużony proces edukacji i kształcenia, znajomość języków obcych czy kompetencje kulturowe, nabywane także w procesie socjalizacji, np. w rodzinie, ale będące również ściśle powiązane z etosem pracy, mam tu na myśli lojalność w relacjach pracodawca – pracobiorca. Te kryteria kompetencyjne miały zwielokrotniać szansę na uzyskanie pracy przynoszącej odpowiednią gratyfikację. Jednak ostatnie badania socjologiczne związane z postawami młodzieży właśnie względem etosu pracy i pracodawców wykazują, że o jakości wejścia na rynek pracy decydują dziś w znacznej mierze czynniki pozamerytoryczne, czynniki personalne, takie jak chociażby nepotyzm. W większości badań realizowanych na zlecenie PARP (Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości) oraz PAIiIZ (Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznej) młodzi ludzie wchodzący na rynek pracy, na pytanie, co jest głównym źródłem ich wiedzy o wolnym stanowisku pracy, odpowiadali, że nie są to ani urzędy pracy, ani agencje pośrednictwa pracy czy ogłoszenia prasowe, ale po prostu bezpośrednie kontakty personalne, najlepiej z kręgu rodziny lub przyjaciół. To świadczy o pewnej patologii, ponieważ instytucje, które przestrzegając pewnych procedur, powinny pośredniczyć w kompetencyjnym doborze pracowników, są po prostu nieefektywne. Zważywszy na to, że rynek pracy zawsze w większym stopniu jest skumulowany w dużych aglomeracjach miejskich, czego obszar warszawski jest najlepszym przykładem, uzależnienie pozyskania dobrej pracy od układów rodzinno-przyjacielskich eliminuje osoby, które pochodzą z małych miasteczek bądź też wsi.

Czy to oznacza, że młodzi ludzie nadal będą emigrowali za granicę w poszukiwaniu pracy?
– Przypominam sobie badania, które jako Uniwersytet Stefana Kardynała Wyszyńskiego zrealizowaliśmy w zeszłym roku wśród warszawskiej młodzieży licealnej. Zostały one przeprowadzone w ramach Polskiego Pomiaru Postaw i Wartości, a polegały na porównaniu najlepszych i najsłabszych szkół z listy „Perspektyw”. Wśród wypowiedzi młodzieży na temat systemu wartości, podejścia do świata polityki i stosunku do rynku pracy ewidentnie pojawiały się takie, które wskazywały na głęboki poziom frustracji, na to, że ci ludzie, zanim weszli na rynek pracy, zanim mieli jakiekolwiek doświadczenia z nim związane, już planują swoją biografię zawodową z zamiarem wyjazdu za granicę. I to jest najtragiczniejsze. Bo jeszcze w jakiś sposób można zrozumieć ludzi, którym przez pewien czas funkcjonowania na rynku pracy się nie powiodło, bądź też szukają nowych możliwości związanych z rynkami europejskimi. Ale tutaj mówimy o ludziach, którzy jeszcze z rynkiem pracy nigdy się nie zetknęli, a już mają wizję istniejących na nim patologii. I to jest najbardziej obłąkane w tej rzeczywistości.

Dzisiejsza młodzież chce reformować rzeczywistość czy jest pasywna względem niej?
– Protesty w sprawie ACTA były takim charakterystycznym momentem wskazującym na to, że współczesna polska młodzież ma olbrzymi potencjał mobilizacyjny i potrafi wyrazić swój sprzeciw wobec posunięć rządu, który coraz bardziej ingeruje w jej interesy, a przede wszystkim w sferę wolności, jaką jest internet. Okazało się, że nowoczesne technologie, które funkcjonują głównie w rękach młodych ludzi, umożliwiają mobilizację młodzieży z miast i miasteczek oraz zbudowanie skutecznego protestu. Bardzo wielu socjologów, między innymi prof. Piotr Gliński, wybitny badacz ruchów społecznych, wskazuje, że zdarzyło się wtedy coś istotnego. Być może jest to konsekwencja pewnego poczucia kolejnej zdrady, dodatkowego nadużycia zaufania za strony partii rządzącej, która do niedawna miała olbrzymie wsparcie młodych dysponujących prawem głosu, a która – jak się okazało – w największym stopniu łamie pewne zasady, nawet w najbardziej podstawowych z punktu widzenia wolnościowego sprawach. Być może to właśnie stało się punktem stymulującym do działania i ci, którzy dotąd byli zniechęceni, zaczęli szukać formy oraz przestrzeni do działania i znaleźli je w internecie. Niezależnie od osiągniętych rezultatów zobaczyli, że jest ich wielu i potrafią coś wspólnie zrobić. Uważam, że powstaje kategoria młodych ludzi, którzy chcą czegoś dokonać i coś zmienić w naszej rzeczywistości.

W Niemczech zjawisko, gdy to młodzi ludzie wbrew ateistycznym zapatrywaniom dorosłych wracają do Kościoła katolickiego, komentuje się pół żartem, pół serio: „Chcesz zrobić na złość rodzicom, idź do kościoła”. Dziś w Polsce wielu młodych wyraża swój bunt i niezgodę na rzeczywistość, maszerując ramię w ramię ze swoimi rodzicami i dziadkami w obronie katolickiej Telewizji Trwam.
– Polska młodzież jest bardzo charakterystyczna. Pod kątem wyznawanych wartości przypomina młodzież grecką, a nawet turecką, tzn. charakteryzuje się dosyć konserwatywnym systemem wartości, w przeciwieństwie do swoich kolegów z Francji, z Anglii czy z Niemiec. Życie rodzinne jest dla młodych Polaków ważniejsze niż sukces zawodowy, a sukces ekonomiczny traktują jako coś bardziej instrumentalnego. Istnieje znacząca kategoria młodych ludzi, którzy wyrażając swój akt sprzeciwu względem obecnej władzy, odpowiadającej za radykalną strukturalizację rynku i próby ograniczenia sfery wolności chociażby w zakresie wypowiedzi, szukają wsparcia instytucjonalnego dla swoich dążeń. To wsparcie znajdują albo poprzez spontaniczną automobilizację, albo w Kościele i mediach katolickich, które prezentują bliski im światopogląd chrześcijański i nawiązują do rodziny jako wartości podstawowej. Dlatego znaczna część młodzieży zaczyna utożsamiać się z Telewizją Trwam, Radiem Maryja i „Naszym Dziennikiem”. To, co było dotąd wyszydzane jako coś ograniczonego i przeznaczonego tylko dla osób w wieku 50 plus, stało się punktem odniesienia dla ludzi, którzy szukają wsparcia oraz wspólnoty w świecie zmian, niepewności i ryzyka. Wydaje mi się, że pokaźny odsetek młodych ludzi będzie szukał takiego właśnie wsparcia, takiej afiliacji przy instytucjach związanych z Kościołem katolickim. Protest społeczny w obronie Telewizji Trwam i Radia Maryja odpowiada tym młodym ludziom, którzy w ten niezwykle ekspresywny sposób mogą wyrazić swój sprzeciw.

Młodzież jest bardzo często negatywnie nastawiona do polityki, bo uważa, że nie ma żadnego wpływu na to, co się dzieje w państwie. Czy według Pana wzrasta dziś liczba młodych ludzi zaangażowanych w sferę publiczną?
– Raczej nie. Ruchy młodzieżowe, o których mówiliśmy, mają przede wszystkim wymiar społeczny i kulturowy, są związane z bardzo konkretnymi potrzebami, częstokroć dalekimi od walki o władzę. Badania na młodzieży nadal wykazują wysoki poziom zniechęcenia życiem politycznym. Niestety, wydaje się też, że ci młodzi ludzie, którzy funkcjonują w polityce, traktują ją po prostu jako sferę zarobkowania, a nie jako obszar walki o idee. Polityka od czasu do czasu jest pozaideowa, a to sprawia, że ci młodzi ludzie, którzy mają w sobie siłę i chęć do działania, raczej wybierają sferę działań społecznych, a nie politycznych.

Jak aktualne warunki życia wpływają na decyzję o założeniu rodziny?
– Młodzi ludzie coraz później decydują się na małżeństwo. Po pierwsze, mamy do czynienia z tendencją do „gniazdownictwa”, tzn. okres opuszczania domu rodziców wydłuża się. Jest to spowodowane tym, że młodzi, mając utrudniony dostęp do rynku pracy i ograniczone możliwości usamodzielnienia się ekonomicznego, muszą korzystać z rodzicielskiego wsparcia. Oczywiście trzeba wziąć też pod uwagę ceny lokali mieszkaniowych w Polsce, które są niesamowicie wywindowane. Dodatkowo brakuje wsparcia ze strony rządu w postaci polityki prorodzinnej. Także media promują określony model rodziny, który nie sprzyja zawiązywaniu solidarności międzypokoleniowej, a przede wszystkim nie gwarantuje nam demograficznego zabezpieczenia na przyszłość. To prowadzi do tego, że ludzie odkładają swoje plany związane z założeniem rodziny, później podejmują decyzję o narodzinach dziecka, ponieważ najpierw próbują ustabilizować swoją sytuację zawodową i ekonomiczną. Ta tendencja widoczna jest od dłuższego czasu.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj