Liczę na pracę naukowców

Z Władysławem Protasiukiem, ojcem dowódcy lotu PLF 101 do Smoleńska mjr. Arkadiusza Protasiuka, rozmawia Marta Ziarnik

Wiem, że podczas swojego pobytu w Polsce prof. Wiesław Binienda z Uniwersytetu w Akron w USA odwiedził Pana.
– To prawda. W ubiegły wtorek pan profesor zaszczycił nas swoją obecnością. Profesor Binienda pofatygował się specjalnie do nas do domu, żeby się z nami spotkać i porozmawiać. I jesteśmy mu za to bardzo wdzięczni. Za zainteresowanie katastrofą, śledztwem oraz nami – rodzinami, i za te wszystkie słowa wsparcia, które usłyszeliśmy od niego.

Mogę zapytać, z czyjej inicjatywy doszło do tego spotkania?
– Mówiąc szczerze, to na pomysł spotkania wpadła pewna osoba, która jest bardzo żywo zainteresowana sprawą katastrofy smoleńskiej. Nie chciałbym jednak zdradzać jej personaliów, bo nie wiem, czy tego by sobie życzyła. I to właśnie ta osoba zaproponowała tego typu spotkanie najpierw profesorowi, a dopiero później, gdy ten przystał na to z ochotą, powiadomiła nas o owym pomyśle. Nie muszę chyba dodawać, że my również natychmiast przystaliśmy na to. I uważam, że to był naprawdę świetny pomysł.

Czy podczas tej rozmowy obecny był ktoś jeszcze?
– Jeśli pani pyta, czy były jeszcze inne rodziny, to nie. Jak już mówiłem, spotkanie odbywało się u nas w domu, więc miało ono charakter prywatnej wizyty, którą profesor złożył mnie i mojej małżonce.

Ale profesor chyba sam nie przyjechał?
– No nie. Towarzyszyła mu jedna osoba.

Jest Pan dziś bardzo tajemniczy. Ale skoro wizytę profesora Biniendy organizował zespół parlamentarny ds. zbadania przyczyn katastrofy Tu-154M, mniemam, że osobą towarzyszącą był któryś z jej członków. Może poseł Antoni Macierewicz?
– Faktycznie był to ktoś z Prawa i Sprawiedliwości. Ale niestety, podobnie jak w przypadku pomysłodawcy tego naszego spotkania, także w tym nie wiem, czy ta osoba życzyłaby sobie ujawniania jej nazwiska.

Spotkanie z profesorem dotyczyło, jak sądzę, wyników jego badań.
– Tak. Profesor Binienda spokojnie i merytorycznie przedstawił nam to, co udało mu się ustalić w toku wielomiesięcznych badań, na podstawie danych, którymi dysponuje. Od razu zaznaczam, że to nie było nic nowego, żadnych sensacyjnych informacji z ostatniej chwili. Po prostu profesor w sposób jasny i konkretny dla nas – osób nieznających się na rzeczy – przedstawił nam to, co już wielokrotnie przedstawiał na spotkaniach zespołu parlamentarnego ds. wyjaśnienia katastrofy i podczas odbywających się w Brukseli wysłuchań. I choć nie było tam nic nowego, to jednak dla nas było bardzo ważne, że zechciał nam to osobiście przedstawić i wyjaśnić. Ale przede wszystkim profesor chciał nas tak po ludzku wesprzeć duchowo. Podkreślił, że to, o czym pani mówiłem w naszym pierwszym wywiadzie – czyli że mój syn nie był samobójcą i że to nie on odpowiada za tę katastrofę – jest jak najbardziej prawdziwe i że są na to liczne dowody. A dla nas to wiele znaczy. Dlatego ze swojej strony staraliśmy się również wesprzeć duchowo profesora w jego pracy, zapewnić go, że popieramy jego dążenie do prawdy i wszystkie starania w tym celu.

Wracając do tego wywiadu, o którym Pan wspomniał, zawsze był Pan sceptyczny wobec ustaleń oficjalnych komisji.
– W trakcie tego spotkania profesor Binienda po raz kolejny potwierdził, że samolot, który pilotował mój syn, rozpadł się jeszcze w powietrzu, na wysokości 36 metrów. Potwierdza to chociażby skala zniszczeń tupolewa, rozmieszczenie szczątków i odnotowane na rejestratorze parametry. Czyli widzi dziś pani, że serce ojca się wówczas nie myliło… Przecież żaden rosyjski pseudopsycholog nie mógł znać lepiej Arkadiusza niż jego własny ojciec i własna matka.

Długo Panowie rozmawiali?
– To spotkanie trwało około trzech godzin i w takim czasie nie było szans poruszyć wszystkich pytań i tematów, które nas interesują. Profesor Binienda zapewnił nas jednak, że badania w celu ostatecznego wyjaśnienia przyczyn katastrofy będą trwały pomimo wszystko i że w końcu pozwolą nam one dowiedzieć się, dlaczego zginęli nasi bliscy. Profesor dodał, że jego przyjazd do Polski miał właśnie na celu zachęcenie jego kolegów profesorów, by przyłączyli się do tych badań, podzielili swoją wiedzą i doświadczeniami. I mam nadzieję, że to się mu udało. Od jakiegoś czasu obserwujemy coraz większe poruszenie w środowisku naukowym. I pokładam w naszych naukowcach, ekspertach olbrzymią nadzieję. Z góry dziękuję też tym, którzy wesprą pracujących za oceanem profesorów.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj