Latałem ze zrzutami dla powstańców

Z mjr. pil. Antonim Tomiczkiem rozmawia Anna Bałaban

Panie Majorze, uczestniczył Pan m.in. w lotach nad Warszawą, kiedy w stolicy trwało Powstanie. Jak to się stało, że trafił Pan do eskadry organizującej zrzuty dla powstańców?
– Nim trafiłem do eskadry, od 30 stycznia 1942 r. przebywałem w Anglii, dokąd przypłynąłem z Rosji na amerykańskim krążowniku Trynidad. Tam musiałem przejść obowiązkowe szkolenia, mimo że przecież doświadczenia mi nie brakowało; wcześniej byłem nawet instruktorem lotnictwa dla małoletnich w Krośnie. Ale w Anglii takie były zasady. Anglicy traktowali nas, obcokrajowców, jak jakichś półludzi… Podobnie zachowywali się w Afryce. Pamiętam nawet, jak jedna Angielka pytała mnie, czy w Polsce myłem zęby… To naprawdę dziwny naród. Taki bardzo kastowy. Tam na przykład nie do pomyślenia było, żeby dziecko inżyniera mogło bawić się z dzieckiem robotnika. Ale wróćmy do szkoleń. Zakończyłem je w maju 1943 r. i wtedy też dostałem przydział do szkoły strzelców samolotowych na wyspie Man pomiędzy Anglią i Irlandią. Miałem dzięki temu nabrać wprawy, choć – jak mówię – miałem już w tym czasie wylatanych bardzo dużo godzin. Ale to trzeba było zrobić u nich. Na tej samej wyspie była również szkoła nawigatorów, gdzie później latałem. Poznałem wtedy całą Szkocję, Irlandię, środkową Anglię. Po tym szkoleniu zostałem przeniesiony do Szkocji. Tam szkoliliśmy bombardierów – przeważnie francuskojęzycznych Afrykanów. To znaczy oni już byli wyszkoleni, ale tu znów musieli przejść tę procedurę. Później, przed pójściem do dywizjonu, zostałem powołany do polskiej szkoły na przeszkolenie bojowe na wellingtonach. Po zakończeniu tej formacji przeniesiono mnie do szkoły samolotów czteromotorowych. Polacy mieli tylko jeden dywizjon – właśnie tych czteromotorowców. Ale jak przeszedłem to szkolenie na czteromotorowcach, to była już połowa lipca 1944 r. i zaraz potem dostałem przeniesienie do Włoch do Brindisi do eskadry specjalnej 1586.

To było już po wybuchu Powstania?
– Tak, Powstanie już trwało. Z Anglii wyleciałem dopiero 8 sierpnia, na miejsce dotarłem dwa dni później.

Jakie tam panowały warunki?
– Dostaliśmy przydział albo do namiotów, albo do piwnicy pod budynkami angielskiego dowództwa. Ja wybrałem piwnicę – były naprawdę dobrze przygotowane, a poza tym nie było w nich tak gorąco jak w namiotach. Ogólnie nie mogliśmy narzekać – mieliśmy tam dość jedzenia, owoców, czekolady. Tego nam nie brakowało, zresztą loty operacyjne zawsze dostawały dobre zaopatrzenie.

W tym czasie odbywały się już loty do Warszawy?
– Tak. Nasza eskadra miała na etacie 6 samolotów oraz 2 zapasowe. Była jednak duża rotacja maszyn. Na początku nie było takich dużych strat, bo Niemcy nie mieli jeszcze zbyt dobrej orientacji. Ale z czasem straty zaczęły być coraz dotkliwsze.

Gdzie zestrzelono najwięcej samolotów?
– Albo nad Warszawą, albo w trasie – najwięcej nad Węgrami; częściowo też nad południową Polską, nad Bochnią. Najwięcej zestrzelono tych Południowoafrykanów. W ciągu dwóch miesięcy stracilismy15 samolotów. Kto dostawał przydział do naszej eskadry, to tak jakby otrzymywał wyrok śmierci; czekał jedynie na egzekucję. Ja się nie przejmowałem i być może to mnie uratowało. Przechodziłem różne wypadki, z których zawsze wychodziłem cało. Po skończeniu Powstania zostało nam niewiele załóg. Dowódca eskadry – mjr Edmund Ladro i jego załoga, chorąży Cholewa, chorąży Jastrzębski i ja.

Jakie nastroje panowały latem 1944 r. w Brindisi?
– Wiedzieliśmy, że Rosja z całą pewnością Polakom nie pomoże. Mieliśmy przecież doświadczenia w tym zakresie… No i zgodnie z przewidywaniami Stalin ofensywę zatrzymał. Najlepszy dowód, że gen. Berling i jego oddział częściowo przeszli Wisłę i to nie Niemcy ich wytłukli, tylko rosyjska artyleria. Mieliśmy radiostację, więc o tym wiedzieliśmy. I druga rzecz – jak lataliśmy, to zarówno do nas, jak i do Anglików i Afrykanów strzelali Rosjanie. Ach, jak oni do nas rąbali! Dwa razy przeszedłem taki ogromny ogień – raz w rejonie Pilicy, a raz w Sandomierzu. Oni w ogóle nie pozwalali, żeby tam latać i lądować na tych terenach. Do tego stopnia, że kiedy jednostki lotnictwa amerykańskiego udawały się na bombardowanie nad Niemcami, a później lądowały na Ukrainie, to przy pierwszym lądowaniu zostało zaledwie parę maszyn. Rosjanie zdali informacje o miejscu ich lądowania, co Niemcy wykorzystali do zniszczenia floty. I jeszcze jedna ważna rzecz – kiedy Powstanie dobiegało końca, a Rosjanie doszli już do Dunaju, to gdy mieliśmy lecieć nad tym terenem zajętym przez Rosjan, to wszystko z nimi uzgodniliśmy. Podaliśmy im dokładny czas lotów, wysokość itd. I proszę sobie wyobrazić, że jak lecieliśmy w rejonie Budapesztu, to tak zaczęli nas obkładać, artyleria tak mocno rąbała, że aż amerykańscy skoczkowie, których wiozłem akurat do Czechosłowacji, zaczęli pytać, co się dzieje. A ja im na to: „Przyjaciele nas witają!”. Całe szczęście leciałem nad chmurami i kiedy zszedłem w chmury, zacząłem zygzakować. Wszystkie nasze maszyny, które tam szły, zostały ostrzelane. Kiedy za parę dni przyjechał do nas na odprawę amerykański generał, to powiedział, że nie będziemy już latać w rejony zajęte przez Rosjan, tylko tu, po stronie niemieckiej. Nastawienie ogólnie było takie, że Anglicy nie chcieli z Rosjanami zadzierać.

A nastawienie Rosjan?
– Wiadomo – Warszawie od początku nie chcieli pomagać, dopiero pod sam koniec, dla oka, dali tam jakiś samolot z sucharami. Później dali też drugi, oczywiście zrzuty w żaden sposób nie były zabezpieczone, bez spadochronów, bez kontenerów, więc to, co zrzucili, od razu się rozwaliło. Ale – jak podkreślam – chodziło tylko o to, żeby później móc to odnotować w raporcie.

Podczas Powstania cztery razy leciał Pan do Warszawy. Jak przebiegały te loty?
– Leciało się w poprzek Morza Adriatyckiego na granicę Jugosławii, później koło Belgradu, dalej Budapeszt po lewej stronie, Tatry, wreszcie Warszawa. Od Kielc w zasadzie można było lecieć bez nawigatora.

Jak to bez nawigatora?
– Bo Warszawa stała w ogniu, paliła się i na niebie rozciągała się ogromna łuna. Widać ją było już od Kielc. To wyglądało trochę jak zachód słońca latem. Ale wracając do samych lotów: jedne samoloty – głównie te prowadzone przez Afrykanów i Anglików – latały wysoko i dopiero przed samą Warszawą schodziły niżej. My natomiast lataliśmy do Tatr też gdzieś na wysokości 4-6 tys., a później od Tatr schodziliśmy już gdzieś do 100-300 metrów. Niemcy mieli swoje lotniska myśliwskie w Częstochowie, w Nowym Sączu i tam też udało im się zestrzelić najwięcej naszych maszyn. Przykładowo, 1 września z 5 naszych samolotów jeden starszy sierżant niemiecki zestrzelił aż 4. Ja sam dwa razy miałem spotkanie z myśliwcem – raz ścigał mnie Niemiec od Warszawy aż do Nowego Targu, a innym razem w okolicach Tatr. Ale wtedy minęliśmy się w chmurach, tak że strzelcy nawet tego nie zauważyli.

Pamięta Pan swój pierwszy lot?
– A jakże! Był wyjątkowy m.in. dlatego, że wbrew przyjętym zasadom dowódca zdecydował, że polecę sam, tzn. bez drugiego pilota. Normalnie było tak, że kiedy do eskadry we Włoszech trafiał nowy pilot, to żeby nauczyć się nisko latać, pierwszy lot musiał odbyć z innym pilotem. Widać dowódca zaufał mi i 22/23 sierpnia wykonałem samodzielny lot. Gdy zbliżaliśmy się do Warszawy, widać było białe reflektory. Te świeciły wysoko. Nisko świeciły reflektory niebieskie. Niemcy wiedzieli, że jedni latają wysoko, inni – nisko. Przed samą Warszawą jednak była taka luka i bombardier mi mówi: „Słuchaj, Tosiek, widzisz, tu nie świecą, jest luka. Wpadniemy na Marszałkowską od południa”. Ale jak wyleciałem przed tę lukę, to poszła cała seria z szybkostrzelnych czterolufowych działek. Momentalnie położyłem samolot o 90 stopni. Straciliśmy nośność i zaczęliśmy pikować. Musiałem mieć jakieś 300 m, pociągnąłem ster, a tu nic, bo nie było prędkości. Dałem pełny gaz i widziałem, jak od tego niemieckiego działa załoga ucieka. To działko przestało strzelać. Nie wiem, jak było wysoko. Wyciągnąłem do góry i przy tym przejściu krew odeszła mi z głowy. Kiedy oprzytomniałem, miałem już tysiąc metrów. Wyleciałem na stronę sowiecką i przez interkom wołałem po kolei wszystkich członków załogi. Strzelcy się odezwali, ale reszta nie. Nie miałem drugiego pilota, tylko mechanika. Wysłałem go, żeby sprawdził, co się z nimi stało. Wszyscy leżeli bez przytomności. Zdziwiłem się, bo nie widziałem żadnych przestrzelin. Okazało się, że spadli ze swoich siedzeń, bo żaden nie był przypięty pasami. Szczęśliwie jednak odzyskali przytomność i z powrotem zrobiliśmy nalot. Kolejny kłopot wyniknął, kiedy mechanik poszedł sprawdzić paliwo. Okazało się, że w prawym płacie nie ma benzyny. Trochę nas to zdumiało, bo nigdzie nie było widać żadnych przestrzelin. Jak opuściłem Warszawę, to już trzeba było nabierać wysokości, żeby ewentualnie wyskoczyć, jeśli braknie paliwa. Ale paliwa nie brakło, bo ostatecznie zorientowaliśmy się, że ze zbiornikami było wszystko w porządku; to paliwomierze były uszkodzone. Po 10 godz. 40 min wylądowaliśmy we Włoszech.

Byliście pewnie wykończeni?
– I to jak! Do tego stopnia, że nawet na odprawie powiedziałem dowódcy, że następnej nocy nigdzie nie lecę.

To chyba rozumiało się samo przez się?
– No nie do końca, bo normalnie było tak, że jak był jeden pilot, to przy odpowiednich warunkach latało się dwie noce z rzędu. A jak było dwóch pilotów – to trzy noce bądź więcej, i to ciągiem.

Loty do Warszawy bez lądowania?
– Nie było innej możliwości.

A co zawierały zrzuty i jak były przeprowadzane?
– Zawierały głównie amunicję, broń, miny, żywność, opatrunki i medykamenty. To wszystko było złożone w komorze bombowej. Obok zapasowych zbiorników można tam było pomieścić 9 kontenerów ze spadochronami. To było coś jak beczki na benzynę – wysokie na 70 cm, długie na ponad 2 metry. Do nich przymocowane były spadochrony. Trzeba było zrzucać je z małej wysokości, tzn. można było z większej wysokości, ale trudno było trafić. Zrzucało się je na placu Krasińskich – to przecież mały teren! W środku, w kadłubie, były jeszcze paczki zrzucane bez spadochronów. To były przede wszystkim ubrania, środki opatrunkowe, być może żywność. Tego nie wiem na pewno, bo nie mówiono nam nigdy, co faktycznie było tam załadowane. Informowano nas tylko, kiedy chodziło o miny. Bo wtedy wariował kompas i trzeba było lecieć na tzw. żyrokompas. Kiedyś, jak wracałem z Warszawy, to radiotelegrafista i górny strzelec, którzy wyrzucali te paczki, zorientowali się, że została im jeszcze jedna. Okazało się, że to były buty. Poszukaliśmy więc jakiejś wioski i tam je zrzuciliśmy.

Mieliście świadomość, że ważą się losy Polski?
– Szczerze mówiąc, nie mieliśmy złudzeń. Z jednej strony wróg, z drugiej niby-przyjaciel… Wszędzie tylko utrudnienia, jeżeli była jakaś pomoc, to naprawdę marna. Jeśli dawali nam samoloty, to były to maszyny po turach operacyjnych, po bombardowaniach. Nic dziwnego więc, że co rusz nawalały, bo silniki były już wyeksploatowane. Przykładowo ten samolot, którym leciałem do Warszawy, nie wykonał ani jednego lotu bez problemów. Dwa silniki były dobre, a dwa były po remoncie i one stale nawalały. Tak że najczęściej piloci wracali po kilku godzinach ze względu na awarię. I tak jak mówiłem, po zakończeniu wojny większość osób z mojego dywizjonu została poza granicami Polski. Bo wiedzieli, co ich czeka. My, tzn. ci, co byli w Rosji, już w czasie Powstania wiedzieliśmy, że tej wolności nie będzie, że Rosjanie nie pozwolą na to. Bo niby po co robili nam takie przeszkody w tych lotach? Dlaczego na nic nie zezwalali? Przecież gdyby zezwalali nam lądować, to nie dość, że mielibyśmy zdecydowanie bliżej, to jeszcze zaopatrzenie byłoby większe. A tak było ono minimalne. Tyle maszyn poginęło, nie tylko naszych, ale też tych z Anglikami i Afrykanami. W końcu zaczęto nam zabraniać lotów, bo przynosiły same straty. Dopiero kiedy gen. Kazimierz Sosnkowski przyjechał do Włoch, to Churchill powiedział, żeby zezwolić na te loty, ale tylko Polakom. Niby ochotniczo. Swoich lotników już oczywiście nie dał.

Bo zbyt wielu jego ludzi zginęło?
– No tak. Zresztą co tu dużo mówić, Anglicy do najtrudniejszych lotów wyznaczali zazwyczaj obcokrajowców. Pamiętam przykładowo lot do Grecji. Powiedzieli nam, że tam już Niemców nie ma. I tylko nas, Polaków, tam posłali, żeby sprawdzić, czy to faktycznie jest prawda. I wtedy nas ostrzelano, mieliśmy uszkodzony samolot. Podobnie było w przypadku lotów do Jugosławii. Też wysłali Polaków i też ich tam ostrzelano. Szczęśliwie nikogo nie zestrzelono. A ja tych artylerzystów kiwałem. Bo jak poszła seria, to ja mówię do strzelców: uważajcie na ziemię, na błyski. Jak tylko błyśnie, to od razu dajcie mi znać. I tak było. Strzelcy mnie ostrzegli, to ja skręciłem w prawo. Następna seria – Niemcy myśleli, że teraz skręcę w lewo, a ja im na przekór – znów w prawo. I wtedy wyszliśmy z tego cało i udało nam się dokonać zrzutu.

Czyli w zasadzie Anglia zostawiła Polskę na pastwę Niemców i Rosjan?
– Uważano, że wszelka pomoc to daremny trud, dlatego stawiano takie przeszkody. Przecież Churchill zgodził się w Jałcie na linię Curzona… Sprzedali nas i tyle.

Historia dziś zdaje się powtarzać…
– No cóż, każdy dba o siebie.

Prowadziliście rozmowy na temat przyszłości Polski?
– Tak, były takie dyskusje. Wielu oficerów mówiło nam, żeby nie wracać do Polski, bo będzie z nami koniec. Ja wiedziałem, co będzie w Polsce, bo przecież byłem w rosyjskiej niewoli, a poza tym mieliśmy na bieżąco informacje z naszej radiostacji. Wiedzieliśmy wszystko. Ja nawet wiedziałem, co się u mnie w domu dzieje, wiedziałem, kiedy moja narzeczona idzie na zabawę.

To był wywiad!
– No tak, bo to była Armia Krajowa. Wszystko wiedziałem.

Czyli podczas Powstania Warszawskiego też wszystkie informacje do was docierały?
– Tak, wszystko przez radio. Przekazało się przez radio zapytanie i miało się odpowiedź. Ojciec mówił, że pewnego razu przyjechało samochodem dwóch niemieckich oficerów. Wtedy akurat była wyprawa bombowa Amerykanów na Kędzierzyn Azoty. I ten jeden mówi: „No, może pański syn też tam leci?”. Jak się okazało, to byli przebrani partyzanci.

Co jeszcze przewoziliście samolotami w czasie wojny?
– Złoto. Woziło się miliony. Nie tylko my, ale także skoczkowie. Raz wiozłem 250 kg złota w sztabach, ale nie zrzuciłem, bo pod Sandomierzem tak mnie zaczęto ostrzeliwać, że musiałem z tym wrócić. Inne rzeczy zrzuciłem na zapasową placówkę, ale złoto przywiozłem z powrotem, bo do tej docelowej placówki nie mogłem dolecieć.

A skąd pochodziło to złoto?
– Od rządu polskiego w Londynie. Na początku mieliśmy dużo tego złota. Najpierw wywieziono je do Afryki, później do Kanady. Ostatecznie Polska z powrotem dostała bardzo mało, bo za wszystko trzeba było zapłacić.

Co to znaczy „wszystko”?
– Wszystkie samoloty, no wszystko, wszystko! To były miliony. To wszystko kosztowało. Nic nie było za darmo…

Czyli wychodzi na to, że Anglia sprzedawała nam wyeksploatowane maszyny?
– Tak, tak to właśnie działało.

Powiedział Pan, że odradzano Wam powrót do kraju. Pan jednak wrócił…
– Tak, mimo że początkowo myślałem, że zostanę w Afryce. Latałem tam jeszcze dwa lata po wojnie i mogłem tam zostać. No ale w Polsce została moja narzeczona… Napisała do mnie: „Koleżanki powychodziły już za mąż, tylko ja stara panna”. Co było robić? Osiem lat czekała, to trzeba było wrócić. Pobraliśmy się 21 września 1947 roku. I wcale tego nie żałuję. Przeżyliśmy razem 47 lat.

Po powrocie nie miał Pan problemów? Nowa władza chyba nie lubiła ludzi z takimi życiorysami.
– Miałem spokój, bo jak było spisywanie w RKW, to ja podałem prawdę. Spisywał to pewien kapral, który był z naszych okolic. Nie znałem go, ale on widać mnie kojarzył i mówi do mnie tak: „Panie, jak pokażę to dowódcy, to pan stąd inaczej nie wyjdzie jak skuty. To trzeba zmienić”. No i zmieniliśmy. W papierach zostało wpisane, że byłem w Niemczech na robotach. Miałem w tym czasie dwie siostry i brata w Niemczech, a sam biegle mówiłem po niemiecku, więc w razie czego bez trudu dało się to obronić.

Krzysztof Kamil Baczyński pisał: „Trzeba nam teraz umierać, by Polska umiała znów żyć”. Uważa Pan, że Polska umie dziś żyć?
– (chwila ciszy) W tych całych rządach naszych to idzie tylko o stołki, a nie o Polskę. I to się chyba źle skończy. Co może dziwić, to fakt, że nie nastąpił jakiś przewrót, bo przecież był taki moment, kiedy się na to zanosiło.

Po katastrofie smoleńskiej?
– Tak.

Chyba zabrakło przywódcy?
– Tak… A to, co działo się po katastrofie, zdążono wszystko opanować. Nie podoba mi się to wszystko, nie podoba… Ale co my możemy zrobić? A mówią, że będzie jeszcze gorzej.

Przed wojną szkolił Pan młodzież. Czy dzisiejsza młodzież choć trochę ją przypomina?
– Nie bardzo. Dzisiaj młodzież w ogóle nie wie, czym jest patriotyzm. Bo też i w szkołach w ogóle się tego patriotyzmu nie uczy. Nawet historię chce się teraz wycofywać z programów nauczania. Czym są inne nauki, kiedy nie ma historii…? Dzisiaj wyraźnie widać, że Naród jest skłócony. Tak naprawdę nie ma jednego Narodu, ale dwa. Patriotyzm zginął. I musi coś nastąpić, żeby na nowo się to w ludziach obudziło.

Pana ojciec był powstańcem śląskim. Jak się Pan zapatruje na dzisiejsze ruchy dążące de facto do oderwania Śląska od Polski?
– Z tego nic nie będzie. Ja jestem za Polską!

Dziękuję za rozmowę.

drukuj