„Inka” jest w nas

Jej postać nieustannie nas wzrusza i nie pozwala zapomnieć o tych, „których zdradzono o świcie”, o „wyprostowanych wśród tych, co na kolanach, wśród odwróconych plecami”, o pokrzywdzonych. To wzruszenie wynika ze świadomości, jak młodo i jak świadomie oddała życie za wolną Polskę. Wynika z historii jej rodziny, która jawi się nam jak żywa alegoria krzywd wyrządzonych Polakom przez „czerwoną zarazę” i „czarną śmierć”. Wynika wreszcie ze zrozumienia, że w dziejach „Inki” i jej rodziny są dzieje wielu naszych rodzin. „Inka” jest po prostu w nas.

Zachować się „jak trzeba”

Dziś mija 68 lat od śmierci Danuty Siedzikówny (3 IX 1928 Guszczewina koło Narewki – 28 VIII 1946 Gdańsk). Choć była tylko skromną sanitariuszką w oddziale poakowskiej, antykomunistycznej konspiracji niepodległościowej, przeszła do historii i jest dziś w Polsce znana jako reprezentantka tysięcy dziewcząt i chłopców, dzieci wojny, które przedwcześnie dojrzewały w czasie wojny i czasie powojennego zniewolenia kraju przez Związek Sowiecki. Złożyła Ojczyźnie najwyższą ofiarę i uczyniła to – jak wynika z akt sprawy przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Gdańsku – w sposób w pełni świadomy, mimo bardzo młodego wieku. Świadczą o tym nie tylko akta, ale także pożegnalny gryps z więzienia: „Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”…

Polska rodzina

Wychowała się w rodzinie o ugruntowanej tradycji patriotycznej. Ojciec Wacław Siedzik pochodził ze szlachty podlaskiej, zaangażowanej w Powstaniu Styczniowym. Jako student Politechniki w Petersburgu został w 1913 r. zesłany na Sybir, do Kraju Krasnojarskiego, za udział w polskiej organizacji niepodległościowej. Miał wówczas 19 lat. Wrócił do Polski dopiero w roku 1926. Był leśniczym w Olchówce koło Narewki. Po wybuchu wojny został deportowany przez NKWD pamiętnego 10 lutego 1940 r. w głąb Sowietów. Pracował w kopalni złota, w 1941 r., po umowie Sikorski – Majski, półżywy dotarł do formującej się armii polskiej gen. Władysława Andersa. Nieludzkie warunki życia i pracy na „nieludzkiej ziemi” podkopały zdrowie niemłodego już człowieka umarł na żołnierskim szlaku, został pochowany na cmentarzu polskim w Teheranie.

Matka Eugenia z Tymińskich – spokrewniona z rodziną Piotra Orzeszki, męża pisarki Elizy – po deportacji męża została wraz z córkami usunięta z leśniczówki. Złożyła przysięgę AK i należała do siatki terenowej. Aresztowana przez gestapo w listopadzie 1942 r., po ciężkim śledztwie w białostockim więzieniu została zamordowana we wrześniu 1943 r. i pogrzebana w nieznanym miejscu.

Danusia uczyła się w Szkole Powszechnej w Olchówce, a w czasie wojny w szkole Sióstr Salezjanek w Różanymstoku koło Grodna.

Polska droga

Po zamordowaniu matki razem z siostrą Wiesławą złożyła przysięgę AK w grudniu 1943 r. lub na początku 1944 roku. Nie miała jeszcze 16 lat! Przeszła szkolenie sanitarne. Po przejściu frontu podjęła pracę w kancelarii nadleśnictwa Hajnówka. Tam została aresztowana w czerwcu 1945 r., wraz z innymi pracownikami nadleśnictwa, przez NKWD-UB – za współpracę z antykomunistycznym podziemiem niepodległościowym.

W trakcie konwojowania aresztantów przez las pod Narewką została uwolniona przez patrol poakowski Stanisława Wołoncieja „Konusa”. Została sanitariuszką w oddziale „Konusa”, potem w szwadronach por. Jana Mazura „Piasta” i por. Mariana Plucińskiego „Mścisława” z legendarnej 5. Wileńskiej Brygady AK mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Przez krótki czas jej dowódcą w tym okresie był por. Leon Beynar „Nowina”, zastępca mjr. „Łupaszki”, znany później wybitny pisarz historyczny Paweł Jasienica.

Przybrała pseudonim „Inka” na pamiątkę szkolnej przyjaźni. Na przełomie lat 1945-1946, zaopatrzona w fałszywe dokumenty na nazwisko Danuta Obuchowicz, pracowała w nadleśnictwie Miłomłyn. Ważniejsza jednak była dla niej służba dla Polski, mimo ekstremalnych zagrożeń. Wczesną wiosną 1946 r. nawiązała kontakt z dowódcą jednego ze szwadronów „Łupaszki” – ppor. Zdzisławem Badochą „Żelaznym”. Czuła się moralnie zobowiązana do uczestnictwa w walce o niepodległy byt Polski – nie tylko z wdzięczności za uwolnienie z ubeckiego konwoju, ale także przez pamięć rodziców, którzy oddali życie za Polskę. Porzuciła bezpieczną posadę w nadleśnictwie. Do lipca 1946 r. służyła w szwadronie „Żelaznego” jako sanitariuszka, uczestnicząc w akcjach przeciwko NKWD, UB i ich konfidentom.

Więzienie i śmierć

Po śmierci „Żelaznego”, zabitego podczas obławy UB w czerwcu 1946 r. pod Sztumem, została wysłana przez jego następcę ppor. Olgierda Christę „Leszka” do Gdańska po zaopatrzenie medyczne dla szwadronu. Tam została aresztowana przez UB rankiem 20 lipca 1946 r. w lokalu konspiracyjnym, mieszkaniu sióstr Mikołajewskich. Została umieszczona w pawilonie V więzienia w Gdańsku jako specjalny więzień polityczny. Po ciężkim śledztwie 3 sierpnia 1946 r. skazana przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku na karę śmierci. Postawiono jej nieprawdziwy zarzut nakłaniania do rozstrzelania dwóch funkcjonariuszy UB podczas akcji szwadronu w Tulicach pod Sztumem. W rzeczywistości sanitariuszka nie miała wpływu na takie decyzje. Zidentyfikowanych funkcjonariuszy NKWD i UB żołnierze mjr. „Łupaszki” rozstrzeliwali na podstawie rozkazu wydanego przez ppłk. Antoniego Olechnowicza „Pohoreckiego”, bezpośredniego zwierzchnika mjr. „Łupaszki”. Traktowani byli bowiem jako przedstawiciele policji politycznej obcego państwa, zniewalającego Polskę.

Z zeznań milicjanta Mieczysława Mazura przed sądem w Gdańsku (1946) oraz z relacji Olgierda Christy wynika, że „Inka” opatrywała w razie potrzeby po walce także przeciwników. Wyrok śmierci na sanitariuszkę był więc raczej aktem zemsty i przejawem bezradności UB, od którego realnie zależał wyrok dyktowany „sędziom” wobec niemożności rozbicia pomorskich szwadronów mjr. „Łupaszki”. Szwadron „Żelaznego” był szczególnie znienawidzony przez UB z powodu licznych udanych akcji na placówki bezpieki i milicji, m.in. brawurowy rajd przez powiaty starogardzki i kościerski 19 maja 1946 r., podczas którego opanowano kilka posterunków milicji i placówek UB, likwidując sowieckiego doradcę PUBP w Kościerzynie, kilku funkcjonariuszy UB i ich konfidenta.

„Niech żyje Polska!”

„Inka” nie uległa namowom obrońcy z urzędu i nie podpisała się pod pismem do „prezydenta KRN” Bolesława Bieruta o ułaskawienie. Pismo pisane w pierwszej osobie („Ja, Danuta Siedzikówna”…) podpisał obrońca. Bierut nie skorzystał z prawa łaski, mimo iż jego córka była rówieśnicą Danki…

Została rozstrzelana rankiem 28 sierpnia 1946 r. o godzinie 6.15 strzałem w głowę przez dowódcę plutonu egzekucyjnego Franciszka Sawickiego z KBW, ponieważ egzekucja z udziałem 10 żołnierzy KBW się nie udała. Żaden nie chciał zabić „Inki”, choć strzelali z odległości trzech kroków do niej i do jej współtowarzysza niedoli Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”, żołnierza mjr. „Łupaszki”. Przebieg tej haniebnej egzekucji znany jest ze szczegółowych relacji złożonych w oddziale gdańskim IPN przez żyjących wówczas (2001) świadków: ks. Mariana Prusaka (więziennego spowiednika Danki przed egzekucją) i Alojzego Nowickiego (w roku 1946 zastępcy naczelnika więzienia w Gdańsku). Według tych relacji, przed egzekucją Danka krzyknęła „Niech żyje Polska!”, a po nieudanej salwie plutonu, przed strzałem kończącym jej życie, zawołała jeszcze raz: „Niech żyje major ’Łupaszko’!”. Umierała na sześć dni przed 18. urodzinami…

Modlitwa

Miejsce pochówku Danuty „Inki” zostało przez UB utajnione i do dziś pozostaje nieznane. Być może jest to najbliższy więzienia gdańskiego cmentarz Garnizonowy przy ul. Giełguda. „Inka” i „Zagończyk” mają tam symboliczne groby. Danka ma też tablicę pamiątkową w bazylice NMP w Gdańsku, kamienny obelisk w Sopocie, obok pomnika AK, tablicę w Narewce. Gimnazjum w Ostrołęce i Szkoła Podstawowa w Podjazach na Kaszubach przyjęły jej imię. Wszędzie tam, ale i gdziekolwiek w Polsce, możemy dziś zapalić światło pamięci, pomodlić się za „Inkę” i za jej rodziców umierających tak jak córka za Polskę. Za wszystkie młode Polki i Polaków, którzy zarówno w czas wojny, jak i w okresie opresji komunistycznej służyli świętej Sprawie naszej niepodległości. Niech pamięć o nich trwa!

Piotr Szubarczyk

Źródło: Nasz Dziennik

Piotr Szubarczyk

drukuj