fot. facebook/Paweł Basiukiewicz

Dr P. Basiukiewicz: Jeżeli pacjent ma poczucie kontroli i sprawczości, to ma większą ufność do tego, z kim rozmawia. To powinno być stosowane w medycynie oficjalnej

Ludzie przestali ufać lekarzom czy oficjalnej medycynie, sami lekarze przestali sobie nawzajem ufać. Pacjenci chętniej zaczęli skłaniać się ku tzw. medycynie alternatywnej. Tzw. szarlatani poświęcają pacjentowi czas. Są empatyczni i serdeczni, nie burczą. Pacjent ma poczucie kontroli nad swoim zdrowiem. Jeżeli pacjent ma poczucie kontroli, to natychmiast ma większą ufność do tego, z kim rozmawia. To jest ważne. To też powinno być stosowane w poradach lekarzy akademickich – to jest cała sztuka „wywiadu motywacyjnego”, czyli prowadzenia rozmowy z pacjentem w taki sposób, aby to pacjent sam odkrywał, w jaki sposób powinien być leczony. Ponadto w gabinetach lekarskich jest często zimne światło, zimne ściany, surowy wystrój, a u „znachorów” w gabinecie jest cieplutko, jest inaczej. Czasem gra cicha muzyka, czasem jest inny zapach. Być może my, lekarze, też powinniśmy o to dbać? – zwracał uwagę dr n. med. i n. o zdr. Paweł Basiukiewicz, specjalista chorób wewnętrznych i kardiolog w rozmowie na temat spadku zaufania do lekarzy i popularyzowania się praktyk pseudomedycznych po pandemii COVID-19.

Od jakiegoś czasu można zaobserwować spadek zaufania do lekarzy i jednoczesny wzrost zainteresowania tzw. medycyną tradycyjną czy też alternatywną. Są to bardzo szerokie i nieprecyzyjne pojęcia, których definicje zależą nierzadko od subiektywnej oceny. Choć współczesna medycyna wyrosła na bazie wcześniejszych praktyk, wskutek długotrwałego i żmudnego procesu oddzielania nauki od mitów i zabobonów, większość środowiska lekarskiego jest do różnego rodzaju „alternatywnych”, „tradycyjnych” czy „ludowych” praktyk nastawiona przynajmniej podejrzliwie.

– „Medycyna tradycyjna” to bardzo nieostre pojęcie, bo wszystko zależy od tego do kogo, po co i gdzie przychodzimy. Na przykład jest wiele osób, które zajmują się terapią manualną, fizjoterapeutów, którzy od wielu lat praktykują medycynę manualną i potrafią pomóc – zwłaszcza w bólach napięciowych, chorobie zwyrodnieniowej kręgosłupa, kiedy pacjenci rzeczywiście cierpią, a lekarz zza biurka ma bardzo ograniczone możliwości przyniesienia ulgi w takich sytuacjach. Natomiast z drugiej strony są też miejsca, gdzie proponuje się pacjentom terapię nieopartą ani na dowodach, ani na badaniach, ani na podręcznikach medycznych, ale wysuwa się wręcz magiczne propozycje i może być to niebezpieczne, zwłaszcza w sytuacji kiedy pacjent ma poważną chorobę, która ulega progresji (np. choroba wieńcowa, niewydolność serca, nowotwory) i powinien tak naprawdę jak najszybciej mieć wdrożoną adekwatną diagnostykę opartą na dowodach i adekwatną terapię opartą na dowodach. Generalnie jakbym jednym słowem miał powiedzieć, to raczej podejście lekarzy jest podejrzliwe, nieufne do tego rodzaju praktyk – mówił dr Paweł Basiukiewicz.

Zdaniem lekarza wystarczającym kryterium w oddzieleniu rzeczywistej pomocy od szarlatanerii jest naczelna zasada medycyny: „Po pierwsze nie szkodzić”, skodyfikowana zresztą w polskim prawie.

– Nie powinno się zabraniać legalnego oferowania usług medycznych osobom, które nie są lekarzami, ponieważ wiele z nich mogłoby pacjentom pomóc, a przypadki, w których dochodzi do nadużyć, będą samoistnie eliminowane zgodnie z prawem. Uważam, że dużo więcej krzywdy byśmy społeczeństwu zrobili, gdybyśmy w ogóle zabronili praktykowania ludziom, którzy nie mają dyplomów, bo możemy wyrzucić wiele perełek – np. takich osób, którzy masażem potrafią człowiekowi pomóc – zauważył specjalista.

Przy tym należy zachować zdrowy rozsądek i wystrzegać się praktyk w rodzaju niesławnych już dożylnych wlewów z lewoskrętnej witaminy C, ponieważ tego rodzaju „terapie” – jak zwrócił uwagę lekarz – to „głupota i ryzyko wprowadzenia zakażenia”.

Niestety popularność pseudomedycyny wzrosła na fali pandemii COVID-19, kiedy to co najmniej dyskusyjne działania rządu oraz części środowiska lekarskiego obniżyły społeczne zaufanie do oficjalnej, akademickiej medycyny.

– Ludzie przestali ufać lekarzom czy oficjalnej medycynie, sami lekarze przestali sobie nawzajem ufać. Z większą uwagą patrzymy na badania naukowe. Natomiast generalnie pacjenci chętniej zaczęli skłaniać się ku tzw. medycynie alternatywnej, prawdopodobnie dlatego, że w okresie najmocniejszej pandemii mieliśmy do czynienia z dwiema rzeczami, a właściwie trzema. Po pierwsze były różnego rodzaju dyrektywy nakazowe, które się wyłaniały ze środowiska lekarskiego albo środowiska, które jest blisko niego (prasa medyczna, dziennikarze medyczni). Wszyscy te dyrektywy nakazowe wysuwali: „Nie rób tego”, „Nie rób tamtego”, „Noś maskę”, „Nie wychodź z domu”, „Nie odwiedzaj rodziców”, „Nie chodź na cmentarz”. To było bardzo agresywne, ludzie czuli olbrzymi stres z tego powodu – wskazywał dr Paweł Basiukiewicz.

Drugą kwestią był ograniczony dostęp do lekarzy.

– Ludzie chorowali, nie było dostępu do lekarza. Przecież mamy dane (pozbieraliśmy je bardzo szybko), że właśnie w okresie pandemii, szczególnie w 2020 r., kiedy była najbardziej intensywna propaganda, żeby zostać w domu, nie chodzić tu, nie chodzić tam, umarło najwięcej ludzi. Wszystkie zgony nadmiarowe odbywały się w domu. W szpitalach wcale nie umarło więcej osób – w szpitalu umarło tyle samo osób, co zawsze umierało. Natomiast bardzo dużo zgonów odbyło się w domu, a była redukcja przyjęć do szpitali w tych momentach, kiedy wszystko było pozamykane. Był wzrost zachorowań w domach, wzrost zgonów w domach. Doszło do systemowego zablokowania możliwości korzystania z porad lekarskich – zwrócił uwagę lekarz.

Trzecią przyczyną obniżenia zaufania do lekarzy i medycyny było agresywne promowanie szczepionek na COVID-19, a w przypadku niektórych zawodów nawet przymus szczepień. Warto przypomnieć, że w pierwszych miesiącach, kiedy nie było jasne, jak rozprzestrzeniać będzie się pandemia i jak mutował będzie wirus SARS-CoV-2, bardzo wiele osób czekało na szczepionkę z nadzieją, jak na wybawienie. Wkrótce jednak tendencje się odwróciły i u dużej części społeczeństwa szczepienia zaczęły budzić co najmniej podejrzliwość i niechęć.

– Bardzo szybko pojawił się ten nakaz, który tak naprawdę wszystko zepsuł. Człowiek ma przekorną naturę. Gdy ktoś go do czegoś popycha w sposób zbyt gwałtowny, to on zaczyna się oglądać za siebie i patrzeć z podejrzliwością: „Dlaczego to robisz? Dlaczego mnie do tego zmuszasz?”. Ten przymus niestety sprawił, że ludzie zaczęli patrzeć na to z podejrzliwością. Ja to rozumiem. Z drugiej strony nie podzielam części tych głosów, które mówią, że ta szczepionka była absolutnie zła, absolutnie szkodliwa i do niczego, bo jednak mamy dane, że swoje zrobiła. Nie jest tak, iż mamy masowe zgony po szczepieniach. Jednak nie ma na ten temat solidnych danych, gdyż nie przeprowadzono odpowiednio długiego randomizowanego badania z grupa kontrolną – zaznaczył specjalista.

Przesadzone są zatem twierdzenia, jakoby szczepionki na COVID-19 były złem wcielonym czy wręcz biblijnym „znamieniem bestii”, choć pamiętać należy, że – jak w przypadku wszystkich szczepionek – nie są one wolne od ryzyka powikłań zarówno bezpośrednich, jak i długofalowych.

– Zawsze takie powikłanie dużo bardziej boli, jeżeli człowiek został zmuszony do przyjęcia szczepienia. Na pewno takie sytuacje były i nad tymi ludźmi powinno się pochylać, a nie wymyślać im i odmawiać jeszcze wypłat z Funduszu Kompensacyjnego Szczepień Ochronnych. Znam parę osób, które ubiegały się o odszkodowanie i go nie dostały. To jest przykre – powiedział lekarz.

Choć pandemia COVID-19 zdecydowanie zwiększyła zainteresowanie praktykami pseudomedycznymi, to warto mieć na uwadze, że w Polsce tego rodzaju praktyki istniały od dawna. Nie chodzi tu nawet o działalność wiejskich uzdrowicielek czy szeptuch, która towarzyszy nam zapewne od czasów prehistorycznych, ale raczej o alternatywne sposoby „leczenia” powiązane z ezoteryką i duchowością w nurcie New Age. Często są to „teorie” wzajemnie się wykluczające, a mimo to niejednokrotnie wspierane przez tę samą grupę zwolenników.

Jak zauważył dr Paweł Basiukiewicz, szarlatani mają jednak pewną cechę, której nierzadko brakuje lekarzom z dyplomami.

– Oni poświęcają pacjentowi czas. To są długie wizyty. Pacjent siedzi – ten człowiek go wysłucha, spojrzy mu w oczy, czasem dotknie. Dotyk jest bardzo ważny, ma działanie terapeutyczne. Jak się nawiąże kontakt z pacjentem, dotnie się go w ramie, w plecy, to człowiek się wtedy uspokaja. To jest bardzo ważne. Są empatyczni i serdeczni, nie burczą – zwrócił uwagę specjalista.

Ich ludzkie podejście do chorego spowodowane jest tym, że wszelkiej maści uzdrowiciele działają na wolnym rynku.

– Tam jest wolna konkurencja. Nikt im nie nakłada żadnych ram, jakie są nałożone na medycynę konwencjonalną. Oni muszą być empatyczni i serdeczni, bo gdyby nie byli, to by nie mieli klientów, pacjentów – podkreślił lekarz.

To akurat dobra strona działalności znachorów, ponieważ empatyczne podejście do pacjenta wywołuje efekt placebo. Ten jest niezwykle ważny i stosuje się go nawet w medycynie konwencjonalnej.

Do tego dochodzi stosowany przez szarlatanów prosty język w rozmowach z pacjentem (chociaż można zauważyć, że promując swoje usługi wielu z nich posługuje się terminami pseudonaukowymi lub wręcz ezoterycznymi) oraz to, że pacjent zawsze może się nie zgodzić na dany „zabieg”.

– Pacjent ma poczucie kontroli nad swoim zdrowiem. Jeżeli pacjent ma poczucie kontroli, to natychmiast ma większą ufność do tego, z kim rozmawia. To jest ważne. To też powinno być stosowane w poradach lekarzy akademickich – to jest cała sztuka „wywiadu motywacyjnego”, czyli prowadzenia rozmowy z pacjentem w taki sposób, aby to pacjent sam odkrywał w jaki sposób powinien być leczony. – mówił dr Paweł Basiukiewicz.

Inną ważną kwestią, ze względu na którą szarlatani mogą cieszyć się większą sympatią części społeczeństwa, jest pewien rytuał i atmosfera panująca w ich gabinetach.

– Ponadto w gabinetach lekarskich jest często zimne światło, zimne ściany, surowy wystrój, a u „znachorów” w gabinecie jest cieplutko, jest inaczej. Czasem gra cicha muzyka, czasem jest inny zapach. Być może my, lekarze, też powinniśmy o to dbać? – zauważył specjalista.

Zatem zamiast zastanawiać się, jak ukrócić praktyki szarlatańskie, należałoby raczej zadać pytanie, w jaki sposób „uczłowieczyć” oficjalną medycynę, by wizyta u lekarza dawała pacjentowi motywację do podjęcia leczenia, a nie była tylko spotkaniem w zimnym gabinecie, podczas którego usłyszy się diagnozę okraszoną niezrozumiałymi słowami i zakończonym przepisaniem kolejnych drogich lekarstw, a czasami skierowaniem na zabieg czy operację, poprzedzoną długim oczekiwaniem. Nie należy zapominać, że medycyna jest przede wszystkim służbą drugiemu człowiekowi. Kiedy pacjent będzie miał powód, by zaufać lekarzowi, spadnie popyt na praktyki wszelkiego rodzaju znachorów niemające w zasadzie nic wspólnego z medycyną.

Szymon Górko/radiomaryja.pl

drukuj