fot. PAP/EPA

Bułgaria: w niedzielę siódme przedterminowe wybory parlamentarne od 2021 roku

W Bułgarii w niedzielę odbędą się siódme przedterminowe wybory parlamentarne od kwietnia 2021 roku. Od tego czasu nie udało się utworzyć stabilnego rządu, kolejne gabinety utrzymywały się u władzy co najwyżej pół roku, a kilka parlamentów w ogóle nie zdołało ich wyłonić.

Kolejne parlamenty rozpadały się szybko i tak też było z ostatnim składem Zgromadzenia Narodowego, wybranym 9 czerwca 2024 roku.

Kampania wyborcza, która poprzedziła niedzielne wybory była nieinteresująca, zabrakło w niej jakichkolwiek nowych pomysłów, a powtórzenie znanych już propozycji nie przyciągnęło uwagi Bułgarów.

Centrowa koalicja Kontynuujemy Zmiany-Demokratyczna Bułgaria zaproponowała koalicyjny gabinet na czele z „premierem równo oddalonym od wszystkich sił politycznych”. Do jego gabinetu mieliby wejść ministrowie reprezentujący większość sił parlamentarnych, zjednoczonych wokół programu stabilizacji państwa. Propozycja nie spotkała się z aprobatą pozostałych partii.

Poparcia nie znalazła również propozycja byłego premiera Bojko Borisowa (2009-2021), by zwycięska partia otrzymała (na wzór systemu greckiego) automatyczne poparcie kilkudziesięciu posłów, którzy zagwarantowaliby jej większość w liczącym 240 miejsc parlamencie. Od 2021 roku partia Borisowa zdobywa pierwsze miejsce, lecz nie zyskuje wystarczającego poparcia w parlamencie, by utworzyć gabinet.

„Obecna kampania była błaha, skromna, nie odnosi się wrażenia, że wnosi jakiekolwiek nowe idee. Partie jakby oszczędzają siły i przygotowują się do ósmych wyborów za kilka miesięcy” – ocenił politolog Iwo Idżow.

Według badań opinii publicznej z ostatnich dwóch tygodni sytuacja w nowym parlamencie nie będzie inna niż poprzednio. Sondażownie Market Links, Mediana, Alpha Research prognozują, że do Zgromadzenia Narodowego wejdzie siedem partii, jedynie ośrodek Gallup Bolkan Int., który kilka tygodni temu zmienił właściciela, zakłada, że będzie to dziewięć partii, lecz taki wynik wyborów wydaje się mało prawdopodobny.

Według wszystkich sondaży największe poparcie (22-24 proc. głosów) zdobędzie centroprawicowy GERB (Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii), na czele którego stoi Borisow. Na drugim miejscu może się uplasować albo centrowa partia Kontynuujemy Zmiany-Demokratyczna Bułgaria (16-17 proc.), albo nacjonalistyczne ugrupowanie Wazrażdane ze zbliżonym odsetkiem głosów.

Po wewnętrznym konflikcie w tureckim Ruchu na rzecz Praw i Swobód latem powstały dwie partie – Alians na rzecz Praw i Swobód pod przywództwem Achmeda Dogana oraz Ruch na rzecz Praw i Swobód oligarchy Deliana Peewskiego. Według prognoz to one mają zająć kolejne miejsca.

Lewicowa Bułgarska Partia Socjalistyczna prawdopodobnie zajmie szóste miejsce z około 7-procentowym poparciem. Ostatnią siłą prawdopodobnie będzie partia Jest Taki Naród showmana Sławiego Trifomowa.

Sytuacja nie będzie więc różnić się od wyników poprzednich wyborów, a rządzącą koalicję będzie równie trudno wyłonić jak w ostatnich trzech latach.

Politologów niepokoi brak konstruktywnych pomysłów dotyczących sanacji gospodarki, która jest w złej kondycji, jak np. przyjęcia ustaw, niezbędnych do otrzymania przez Bułgarię środków z unijnego planu odbudowy, z którego Sofia otrzymała zaledwie jedną szóstą.

Głoszone są natomiast hasła o konieczności wejścia Bułgarii do strefy Schengen i unii walutowej, na co w przyszłym roku nie ma szans. Zważywszy na wskaźniki finansowe akcesja do strefy euro będzie najwcześniej możliwa w 2026, a raczej w 2027 roku. Z kraju wycofują się ważni inwestorzy zagraniczni, nie pojawiają się nowi, ceny rosną, nie ma środków na projekty infrastrukturalne. Sektor energetyczny przeżywa kłopoty, a sytuacja demograficzna jest fatalna. Nie podejmuje się walki z wszechobecną korupcją.

Niepokój obserwatorów budzi deklarowana w sondażach niechęć do głosowania. W czerwcowych wyborach frekwencja wyniosła zaledwie 30 proc., a większość analityków spodziewa się, że w niedzielę będzie ona jeszcze niższa. Ludzie masowo deklarują, że ledwie zauważalna kampania wyborcza ich nie interesuje, i nie zamierzają głosować.

Jednocześnie pojawia się coraz więcej sygnałów o nasilającym się kupowaniu głosów wyborców, zwłaszcza w regionach, gdzie występuje mniejszość turecka lub romska. Jest to zjawisko znane w Bułgarii, ale przed ostatnimi wyborami stało się ono szczególnie widoczne.

Według szefa MSW Atanasa Iłkowa cena głosu w regionach romskich i tureckich przekroczyła dawne 100 lewów (50 euro) i sięga 500 lewów (250 euro). Minister poinformował, że otrzymał prawie 400 sygnałów o handlu głosami, zatrzymano ponad 50 zajmujących się tym osób, co jednak nie przynosi pożądanych rezultatów, gdyż kary za ten proceder są bardzo niskie. Według analityków najbardziej aktywnie kupuje głosy partia Peewskiego Ruch na rzecz Praw i Swobód.

PAP

drukuj