Według policji, w trakcie i po meczu z Rosją miało dojść do kilku "ustawek"

Biją Rosjan w Warszawie

To, co wydarzyło się we wtorek w Warszawie, rozegrało się dokładnie według scenariusza napisanego w Moskwie. W Rosji media wzmocniły jeden przekaz: w Warszawie biją Rosjan

O takim scenariuszu pisał już wiele tygodni temu na łamach „Naszego Dziennika” Piotr Bączek, przypominając tzw. incydent na Dworcu Wschodnim z 1994 r., gdy polska policja pobiła obywateli Rosji, na który „będzie musiała” odpowiedzieć władza na Kremlu, a za który będzie przepraszać obóz władzy w Polsce. I tak się stało. – To, co się wydarzyło, w kontekście politycznym to dramat i obraz symbiozy interesów obozu władzy w Polsce z polityka moskiewską – ocenia poseł Krzysztof Szczerski (PiS).

 
Gdyby nie liczne medialne wypowiedzi Aleksandra Szprygina, lidera rosyjskich kibiców, i ich nagłaśnianie na antenach TVN, TVP Info i na portalach internetowych, jakiekolwiek zdarzenia byłyby jedynie incydentem wpisanym w koszta tego rodzaju imprezy jak mistrzostwa piłkarskie. Jaki jest efekt wtorkowych wypadków? Doradca prezydenta Władimira Putina Michaił Fiedotow przylatuje w trybie pilnym do Polski, by porozmawiać o ekscesach, jakie miały miejsce przed meczem Polski z Rosją. Fiedotow poinformował o tym, dzwoniąc z lotniska Szeremietiewo do radia Echo Moskwy, którego gościem miał być wieczorem. – Napływają niepokojące informacje o konfliktach między kibicami dwóch krajów. Trzeba rozładować sytuację i nie dopuścić do ekscesów – oświadczył doradca Putina. Godzinę po tej informacji Marcin Bosacki, rzecznik polskiego MSZ, przekazał, że o przyjeździe doradcy prezydenta Rosji resort wiedział od czterech dni. – Strona rosyjska poinformowała nas o przyjeździe pana Fiedotowa już w piątek, 8 czerwca. W związku z czym nie bardzo rozumiemy, dlaczego on przyjeżdża tak późno. Myśmy wiedzieli o jego planach przyjazdu cztery dni temu – oświadczył Bosacki. Za sprawą Rosjan to, co wydarzyło się w Warszawie, nabrało znaczenia politycznego. Zdaniem Szczerskiego, polskie władze przez wiele dni robiły wszystko, by dzisiaj mieć możliwość przepraszania Rosjan za „antyrosyjskość Polaków”. – To jest doktryna tego rządu, który podgrzewał atmosferę i wywołał zamieszki, by potem połączyć je z prawicą i opozycją. On na tym tle będzie się z Rosją teraz dogadywał i przepraszał – ten scenariusz, mam wrażenie, jest pisany wspólnie i w Warszawie, i w Moskwie. Co ciekawe, on się zrealizował – podkreśla.

 

Komu na tym zależało?

Preludium do tego spektaklu odegrał Szprygin, rzekomy szef rosyjskich kibiców z organizacji Wszechrosyjskie Stowarzyszenie Kibiców (WOB), który od kilkunastu dni odgrażał się, stawiał warunki, a każda jego wypowiedź była ewidentną prowokacją. Tymczasem zamiast jego groźby zignorować i powszechnie skrytykować, media, szczególnie elektroniczne, wzmacniały jego przekaz. A nawet wyjaśniały zasadność stawianych przez niego żądań, m.in. na temat sowieckiej symboliki czy celowości zorganizowanego przemarszu przez Warszawę. Władze państwowe i samorządowe okazały się kompletnie bezradne, czego ukoronowaniem jest kuriozalna decyzja prezydent stolicy Hanny Gronkiewicz-Waltz o zgodzie na przemarsz. Wydano ją bez podstawy prawnej, w obliczu nacisków i gróźb Rosjan. Szczególnie kuriozalne były niezdecydowane wypowiedzi na temat manifestowania na ulicy stolicy kraju sowieckich i komunistycznych symboli. Zamiast je zdecydowanie uciąć, sprawę próbowano zbagatelizować i obrócić w żart.

 
– Wszystko, co się wydarzyło, jest konsekwencją nieodpowiedzialnych decyzji władz Warszawy. Trzeba pamiętać, że osobą, która w ogóle, bez pytania rozpoczęła dyskusje na ten temat w kontekście historycznym i politycznym, była minister Mucha, która odradzała Rosjanom kwaterowanie w hotelu Bristol – podkreśla poseł Szczerski.

 
Pierwsze sygnały o prowokacyjnym zachowaniu Rosjan dobiegły z Wrocławia. Kulminacją było wpuszczone do sieci nagranie sceny, jak czterech Rosjan bije bezbronnego stewarda na wrocławskim stadionie po meczu z Czechami. Tuż przed wtorkowym spotkaniem okazało się, że wśród nich był rosyjski komandos. I tu również swoją rolę odegrał samozwańczy lider Rosjan, który wyjaśniał, że stewardom lanie się należało, bo byli „chamscy”. W Warszawie miało być 50 tys. Rosjan, przyjechało jednak zaledwie kilka tysięcy. W większości normalnych, spokojnych ludzi. Wśród nich byli również chuligani lub prowokatorzy. Największym z nich jest z pewnością występujący w mediach lider Wszechrosyjskiego Związku Kibiców. Ciekawa jest reakcja na to, co działo się w Warszawie, w rosyjskich gazetach, które bardziej niż na meczu skupiły się na tym, co się działo na ulicach. „Kommiersant” przytoczył zresztą wypowiedź Andrieja Małosołowa z WOB, według którego przedmeczowy marsz uratował wielu rosyjskich fanów. – W czasie tego turnieju Polacy stale „rzucają się” na Rosjan. Zarówno na naszych chuliganów, jak i zwykłych kibiców. Marsz był apoteozą przemocy, pod względem której te mistrzostwa przewyższają wszystkie poprzednie – oświadczył. Ale są i inne opinie. „Moskowskije Nowosti” w tekście „Napadli na futbol” napisały wprost, że „rosyjska ekipa wpadła w pułapkę”. Dziennik opisuje, że jeszcze kilka dni temu polscy kibice z uśmiechem fotografowali się na tle autobusu Sbornej, a w noc po meczu tłem dla fotografii stała się policyjna armatka wodna. Gazeta wini za taki stan rzeczy Wszechrosyjski Związek Kibiców, który „przygotował potwornie genialną prowokację”. „Moskowskije Nowosti” obawiają się, że teraz w mieście, w którym rosyjska reprezentacja zagra jeszcze minimum dwa mecze, „wszyscy ją znienawidzą”. Dostało się też Rosyjskiemu Związkowi Piłki Nożnej za to, że nie posłuchał ostrzeżeń polskich służb. „Polacy od początku mówili, że dojdzie do prowokacji, bo doskonale znają swoich chuliganów, ale nikt nie chciał ich słuchać” – dodaje komentator dziennika.

 
We wtorek rosyjscy kibice zaczęli zbierać się tuż po godzinie 17.00. Początkowo była ich garstka – może kilkudziesięciu. Potem stopniowo dochodzili kolejni. Kto chciałby jednak spotkać wśród nich tysiące buzujących nienawiścią kiboli, żądnych konfrontacji z Polakami i policją, byłby bardzo zdziwiony. Do godz. 17.30, a więc do rozpoczęcia wymarszu, przy stacji Warszawa Powiśle zebrała się około 2-tysięczna grupa normalnych kibiców. Sowiecka symbolika może u kilkunastu z nich, czapki tzw. budionowki, dostępne w każdym rosyjskim sklepie i – jak dopiero potem widziałem na zdjęciach – jedna sowiecka flaga. Kilkadziesiąt osób w koszulkach z napisem CCCP. Reszta wyłącznie z symboliką rosyjską, dwugłowymi orłami i narodowymi barwami Rosji. Po drugiej stronie ulicy przy bramie Muzeum Wojska Polskiego skupiła się grupa może kilkunastu osób fanów warszawskiej Legii. I to oni zaczęli prowokować. Gdy kolumna Rosjan wyruszyła na most Poniatowskiego, policyjny oddział prewencji otoczył grupę legionistów, spychając ją do ogródka piwnego. Czy interwencja uzbrojonych po zęby policjantów była potrzebna? Moim zdaniem nie. W tym samym czasie na rondzie de Gaulle´a trwało regularne wyłapywanie Rosjan. Kibole wyrywali im flagi i szaliki, kto się stawiał, dostawał w zęby. Pojawiły się oddziały prewencji. Z jednej strony nie bronili atakowanych Rosjan, z drugiej szalikowcy wszczynali burdy właśnie z nimi. Po drugiej stronie mostu doszło do kolejnych starć. Tam, jak widać na materiałach filmowych, stroną atakującą byli również rosyjscy chuligani, którzy szli na czele pochodu. Po meczu rzecznik prasowy Komendy Stołecznej Policji Maciej Karczyński poinformował też, że według wstępnych ustaleń przed meczem, w jego trakcie i po nim miało dojść do kilku „ustawek”. – Mieliśmy m.in. sygnały, że rosyjscy pseudokibice planują wtargnąć na murawę boiska. Były też informacje o planowej „ustawce” przy rondzie de Gaulle´a. – W tych okolicach zatrzymaliśmy do wylegitymowania grupę rosyjskich kibiców – mówił Karczyński. Policja zatrzymała w sumie ok. 180 osób, w tym ponad 150 Polaków, ponad 20 obywateli Rosji, jednego Hiszpana i Węgra. Po awanturach 33 osoby zostały przewiezione do izby wytrzeźwień. W zamieszkach ucierpiało 10 policjantów, którym udzielono pomocy medycznej.

drukuj