fot. PAP

A jednak nie został sprawdzony

Do jakich słownych wygibasów poniżył się pan prokurator Zbigniew Rzepa, wyduszając z kiepskich prefabrykatów oświadczenie kamuflujące fakt powrotu – po ponad dwóch latach! – do przesłuchań funkcjonariuszy BOR na okoliczność sprawdzeń pirotechnicznych tupolewa, opisanych przez „Nasz Dziennik”.

Widać, że temat bardzo uwiera. Fakty są takie, że przez prawie trzy tygodnie Naczelna Prokuratura Wojskowa skutecznie blokowała publikację, odmawiając redaktorowi Baranowskiemu odpowiedzi na pytania, kiedy i ilu świadków przesłuchano, zasłaniając się obligacją do ochrony danych osobowych.

Doprawdy trudno to ocenić inaczej niż jako próbę obliczoną na zniechęcenie dziennikarza, skutkujące rezygnacją z materiału lub co najmniej wygenerowanie sytuacji skazującej tekst na pewien margines błędu.

Przyjęty przez prokuraturę sposób dywersyfikacji informacji powziętych w toku śledztwa smoleńskiego stał się niestety płodnym podglebiem konstruowanych w sposób wielopiętrowy oczywistych manipulacji, żeby nie powiedzieć – matactw.

„Chciałbym zapytać, czy w ostatnim czasie doszło do ponownych przesłuchań funkcjonariuszy BOR w śledztwie smoleńskim. Jeżeli tak, to w jakich miesiącach one się odbyły, jakiej liczby osób to dotyczyło” – pisze 26 kwietnia do pułkownika Rzepy Zenon Baranowski. Dzień później dostaje uprzejmą odpowiedź odmowy odpowiedzi.

16 maja, kilka godzin po publikacji „Naszego Dziennika”, spektakularna metamorfoza. Prokurator Rzepa doświadcza cudownego rozwiązania języka i przyznaje, że doszło do przesłuchania dwóch oficerów BOR (to już nie trzeba chronić świadków?), ani słowem nie odnosząc się do meritum sprawy, czyli faktu, że mówiąc wprost: SAMOLOT NIE ZOSTAŁ SPRAWDZONY.

I tej informacji Naczelna Prokuratura Wojskowa nie była w stanie podważyć – a to właśnie do niej powinna się odnieść, tłumacząc rodzinom ofiar i opinii publicznej motywy powrotu do tego wątku.

Do traktowania dziennikarzy jako poważnych partnerów do rozmowy obliguje prokuraturę status zarówno instytucji zaufania publicznego, jak i waga sprawy, jaką jej powierzono.

Katarzyna Orłowska-Popławska

drukuj