Zderzenie cywilizacji

W polu dobra i zła

Trzeba nam nie tylko odpowiednio zamknąć odchodzący rok, ale pilnie już zacząć się przygotowywać do czekającego nas cywilizacyjnego zmagania w nowym roku. Nawet Bóg nas nie wyręczy w tym przewidywaniu przyszłości, bo po to otrzymaliśmy od Niego rozum, aby go używać.

Wszystko wskazuje na to, że czeka nas wkrótce nowy etap globalnego zmagania z cywilizacją śmierci. Na czele najważniejszego supermocarstwa stanie przecież prezydent, wyprzedzający wszystkich poprzednich swoimi proaborcyjnymi deklaracjami, za czym z pewnością pójdzie jego szczególne zaangażowanie na tym polu. W każdej epoce kult szatana posługiwał się ofiarą z życia nade wszystko dzieci. Czci Boga wydaje się przeciwstawiać nie jakaś wobec Niego obojętność, ale gorąca nienawiść. Skoro Bóg to najpierw Dawca istnienia, to porzucenie Boga musi się objawić najpierw jako wrogość wobec życia, zwłaszcza zaś ludzkiego życia, skoro Bóg jest nade wszystko Stwórcą właśnie człowieka. Widzimy na własne oczy wręcz religijny zapał dla poparcia aborcji czy eutanazji. Ponieważ problemy wierności Bogu nie omijają także wspólnoty katolickiej, to łatwo i tutaj dostrzec – bardziej ukrytą dla samych zainteresowanych – wrogość wobec istnienia, przejawiającą się między innymi w aprobacie dla antykoncepcji, w tym także antykoncepcyjnym wypaczeniem sensu naturalnych metod planowania poczęć, aprobacie dla tzw. wyjątków jakoby dopuszczających aborcję, aprobacie dla in vitro czy „rozumieniu” dyskryminacji homoseksualistów. Wszystko to są elementy współczesnego nam kultu szatana, niezależnie od tego, czy dostrzegają ten fakt wszyscy uczestnicy tego kultu.

Jeśli za czasów prezydentury Busha dało się odczuć z jego strony życzliwe poparcie dla życia przed narodzeniem – nie bez pewnych jednak wyjątków, jak np. odnośnie do głośnej w swoim czasie zgody Busha dla nieludzkich eksperymentów na ludzkich zarodkach, wbrew zresztą radzie Jana Pawła II – to zupełnie inaczej było za administrowania Billa Clintona, nazywanego nieprzypadkowo aborcyjnym prezydentem. Już jako wykładowca prawa w Yale dał się poznać jako zażarty obrońca „prawa” do zabijania swoich dzieci, a za pomocą konferencji demograficznej ONZ w Kairze (1994) próbował jako prezydent USA wprowadzić legalną aborcję na całym świecie. Dokonanie takiego wpisu w dokumencie końcowym z tej konferencji dawałoby okazję poszczególnym rządom forsować odpowiednie zmiany krajowego prawa, mającego być uzgodnionym z ratyfikowanymi międzynarodowymi zobowiązaniami. Już dzisiaj wystarczy do odrzucenia przez polskie MEN podręcznika szkolnego, jeśliby w nim była wyrażona jakaś opinia, niezgodna z ratyfikowanymi przez Polskę konwencjami (np. zakazującymi „nierówności” kobiet i mężczyzn czy „niedyskryminacji” homoseksualistów). Gdyby zatem w dokumencie z Kairu znalazł się zapis uznający aborcję za jedno z praw człowieka, to nie wolno byłoby pozytywnie zaopiniować podręcznika szkolnego, w którym twierdziłoby się – zresztą całkowicie słusznie – że legalna aborcja stanowi zamach na elementarne prawo człowieka.

Zazwyczaj zapomina się o najważniejszym wkładzie właśnie USA w rozpętaniu światowego ataku na życie nienarodzonych. Chociaż od tej strony to państwo zostało wyprzedzone przez ZSRS (legalizacja aborcji w 1920 roku) i nazistowskie Niemcy (1933-1935), to nie inną drogą „przekonano” najpierw ONZ do zajęcia się tą sprawą, ale za przyczyną aktywności „katolickiego” prezydenta USA, czyli Kennedy’ego. To on jako pierwszy prezydent tego kraju zgodził się na jego otwarte zaangażowanie w walkę z „bombą P”, czyli światowym przyrostem ludności, jakoby straszliwszym zagrożeniem dla światowych – a więc amerykańskich – interesów niż „bomba A” i „bomba B” razem wzięte. Ponieważ USA są największym darczyńcą dla agend ONZ, zajmujących się światową polityką antyurodzeniową (UNFPA), to owe agendy stały się użytecznym wehikułem realizacji amerykańskiej polityki antyurodzeniowej. Nic zatem dziwnego, że większość ustaw aborcyjnych w Europie Zachodniej pojawiła się około roku 1974, dając w ten sposób „dobry przykład” krajom rozwijającym się (w większości swoim byłym koloniom), które tego roku oficjalnie próbowano w tym samym kierunku przekonać – pod dyktando USA – podczas konferencji demograficznej ONZ w Bukareszcie (1974). Skończyło się to fiaskiem, co stwierdziła po zakończeniu tej konferencji Rada Bezpieczeństwa USA w tajnym raporcie Kissingera, odsłoniętym w latach dziewięćdziesiątych. Czasy

Reagana oraz Busha seniora także nie służyły światowej proaborcyjnej akcji, do czego wyjątkowej okazji dała dopiero prezydentura Clintona, pokonanego jednak przez zdecydowaną akcję Jana Pawła II, w wyniku której na konferencji w Kairze zablokowane zostały proaborcyjne plany przez katolicko-muzułmańskie przymierze (oczywiście za czasów Cimoszewicza byliśmy po drugiej stronie barykady). Od nowego roku Barack Obama – wsparty przez Hillary Clinton – pewnie będzie próbował odzyskiwać utracone pozycje, a lęk przed zmilitaryzowanym islamem dostarczy nowego pretekstu do zintensyfikowania światowej proaborcyjnej akcji. Czy jesteśmy do tego zmagania przygotowani?

Marek Czachorowski

drukuj