Zawsze chciałem zbudować prawdziwe gniazdo rodzinne
Moja strona życia
Z inż. Waldemarem Rekściem, starszym oficerem mechanikiem marynarki handlowej, członkiem Stowarzyszenia Starszych Mechaników Morskich oraz członkiem zarządu gdańskiego oddziału Towarzystwa Opieki nad Zabytkami i Związku Szlachty Polskiej, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Twierdzi Pan, że wszystkie osoby noszące nazwisko Rekść są ze sobą spokrewnione… Do jakich wspólnych przodków sięgają korzenie tego rodu?
– Specyfika mojego nazwiska jest taka, że każdy, kto je nosi, jest ponad wszelką wątpliwość moim krewnym. Dość szybko odkryłem, że moja rodzina, jak to jest zapisane w herbarzu Uruskiego, należy do najstarszych rodzin litewskich, stanowi bowiem jedną z gałęzi rodu Gedyminowiczów i do początków XVI w. jeszcze posługiwała się tytułem książęcym. W rodzinie byli senatorowie, wysocy rangą urzędnicy państwowi, elektorzy królów polskich. Ale co najważniejsze, wszyscy brali udział w kolejnych powstaniach. Jako ciekawostkę podam, że kilkanaście lat temu uczeni litewscy dokonali odkrycia, które zostało potwierdzone przez polskich uczonych, że Gedyminowicze, wbrew temu co do tej pory sądzono, wcale nie byli litewskiego pochodzenia, ale wszyscy bez wyjątku byli w prostej linii potomkami ostatniego anglosaskiego króla Anglii Harolda II, który zginął w 1066 r. w bitwie pod Hastings. Jego córka i dwaj synowie zbiegli na teren ówczesnego Wielkiego Księstwa Kijowskiego, które sięgało od Bałtyku aż po Morze Czarne i Morze Kaspijskie. Córka została żoną Włodzimierza Monomacha, późniejszego wielkiego księcia kijowskiego, a najstarszy syn osiedlił się na Litwie i on właśnie był założycielem szeroko rozgałęzionego rodu Gedyminowiczów. Byłem zaskoczony, kiedy okazało się, że moje prawdziwe korzenie są anglosaskie, ale tak kształtowały się dzieje Polski. Mimo to na całą moją postawę życiową decydujący wpływ wywarła piękna tradycja rodzinna – nieustającej służby Polsce, którą wpoił mi mój ojciec.
Jak to się stało, że Pana najbliższa rodzina znalazła się w Sopocie?
– Mój dziadek był wybitnym działaczem Komitetu Obrony Kresów i 1 stycznia 1919 roku razem ze wszystkimi stryjami i moim ojcem zgłosili się na ochotnika do wojska polskiego. Mój tato miał wtedy 17 lat i został przydzielony do grupy kawaleryjskiej mjr. Jerzego Dąmbrowskiego, czyli do późniejszego 13. pułku ułanów wileńskich.
Kolejna wojenna zawierucha spowodowała, że moja rodzina musiała opuścić Wileńszczyznę, gdy 19 września 1939 roku, dosłownie w kilka godzin po wkroczeniu Armii Czerwonej do Wilna, po mojego ojca przyszło NKWD. Ocalał tylko dzięki temu, że w tym czasie bił się z Niemcami pod Piotrkowem Trybunalskim, za co zresztą dorobił się orderu Virtuti Militari. W 1945 roku ojciec, po ucieczce z obozu jenieckiego, znalazł się w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Mimo ogromnego ryzyka zdecydował się wrócić do Polski i trafił do Szczecina. Ponieważ przed wojną był radnym miasta Wilna, a jednocześnie pracownikiem magistratu wileńskiego, powierzono mu stanowisko burmistrza Stargardu Szczecińskiego. Po wojnie niejako na nowo „uruchamiał” to miasto, poczynając od elektrowni, gazowni, a skończywszy na komunikacji. Starał się też ratować zabytki miasta. Przyczynił się m.in. do ocalenia bezcennego kościoła mariackiego, starał się też ratować Starówkę, którą zaczęto rozbierać w ramach akcji „Cegła na Warszawę”. Był w związku z tym kilkakrotnie wzywany do UB i musiał się z tego wycofać. W 1949 roku ojca postawiono wobec alternatywy, że albo wstąpi do partii i zostanie wiceprezydentem Szczecina, albo będzie musiał opuścić to miasto. Ojciec oczywiście do partii nie wstąpił i znaleźliśmy się w związku z tym w Sopocie. Ja, choć urodziłem się w 1947 roku, jeszcze w Stargardzie Szczecińskim, to już od 1949 roku z małą przerwą stale mieszkałem w Sopocie. Po ślubie w 1977 r. zamieszkaliśmy z żoną na gdańskiej Zaspie. Tam też urodziła się moja córka, a potem syn. Osiem lat temu wróciliśmy do Sopotu, by na nowo stworzyć tutaj gniazdo rodzinne. Postanowiłem bowiem, że skoro tak piękne tradycje patriotyczne były kultywowane w mojej rodzinie, to ja nie mogę okazać się gorszy i postaram się tej tradycji dorównać.
W jaki sposób?
– Już jako małe dziecko, gdy w domu panował głód i było z nami naprawdę bardzo źle, postawiłem sobie trzy główne cele życiowe. Postanowiłem, że odtworzę dzieje rodziny, zbuduję dom, który będzie gniazdem rodzinnym i chociaż namiastką staropolskiego dworu, oraz postaram się przywrócić dawny blask naszemu nazwisku. Wydaje mi się, że każdy z tych celów w jakimś stopniu zrealizowałem.
Musiał Pan odebrać w domu bardzo dobre wychowanie, skoro takie cele Pan sobie postawił…
– O, tak. Wychowanie w duchu głębokiego patriotyzmu zawdzięczam mojemu ojcu. Dla niego Ojczyzna była rzeczą najważniejszą. Ojciec starał się wpajać mi tę swoją miłość do niej przez całe swoje życie. Jeszcze przed śmiercią, gdy byłem na morzu, napisał do mnie list, którego ostatnie zdanie brzmiało: „Tylko nigdy nie zapomnij o tym, że twoim obowiązkiem jest stała służba naszej Ojczyźnie”.
Dlaczego dom z Pana snów miał być namiastką szlacheckiego dworu?
– Rodzina zawsze była dla mnie najważniejsza, dlatego że jest podstawową komórką narodu. Tradycja szlacheckiego dworu spaja całą rodzinę, jest miejscem gromadzenia pamiątek rodzinnych i historycznych, a młodzież obcująca z tym dziedzictwem od dziecka w naturalny sposób wychowuje się w duchu patriotycznym. Stąd przez trzydzieści kilka lat uporczywie gromadziłem wszelkie rodzinne pamiątki, a jednocześnie elementy, które złożyłyby się na ten wymarzony przeze mnie obraz domu.
Jak dużą ma Pan rodzinę?
– Od przeszło trzydziestu jeden lat mam wspaniałą, ukochaną żonę Annę. Córka Karolina jest absolwentką politologii Uniwersytetu Gdańskiego i obdarzyła mnie ostatnio dwiema ślicznymi wnuczkami – Anną i Aleksandrą, a syn Aleksander jest studentem czwartego roku wydziału prawa Uniwersytetu Gdańskiego i członkiem najstarszej polskiej akademickiej korporacji, czyli Konwentu Polonia, z czego jestem niesłychanie dumny i bardzo szczęśliwy, dlatego że ten konwent jest znakomitą szkołą obywatelskiego i patriotycznego wychowania.
Czym zajmuje się Pana żona?
– Jest lekarzem. Kiedyś jej specjalnością była medycyna przemysłowa, potem zmieniła specjalizację na radiologię. I choć formalnie jest już na emeryturze, nadal pracuje, bo szkoda jej wiedzy i doświadczenia.
Starają się Państwo zachowywać tradycje i obyczaje szlacheckie?
– Jak najbardziej. Przede wszystkim tę najważniejszą tradycję, jaką jest życie rodzinne. Przykładamy wielką wagę do takich drobnych szczegółów jak to, żeby na co dzień zawsze wspólnie spożywać obiad. Dodatkowo, co roku, tu, w tym domu, na Boże Narodzenie zjeżdża się cała rodzina. Staramy się, żeby te kontakty rodzinne były trwałe. Na to konto w domu przewidziane są specjalne pokoje gościnne. Co więcej, każdy członek rodziny wie o tym, że tutaj gromadzone są dokumenty rodzinne, tworzone jest rodzinne archiwum. 13 września br. zorganizowaliśmy zjazd rodzinny w Tykocinie, który jest początkiem przyszłych tego rodzaju zjazdów wszystkich, którzy noszą nazwisko Rekść.
Jednym z Pana celów życiowych jest przywrócenie blasku temu nazwisku. Co ma Pan na myśli?
– Całe moje życie to był taniec na linie. Będąc wojującym, aktywnym antykomunistą, któremu za wszelką cenę zależało na tym, aby Polska odzyskała niepodległość, jednocześnie starałem się zapewnić rodzinie godny poziom życia i coś w życiu osiągnąć, aby moje nazwisko zaczęło wzbudzać jakieś pozytywne skojarzenia. Na moim kominku stoi srebrzysty talerz z napisem, w którym żeglarze polscy dziękują mi za to, co zrobiłem jako zastępca dyrektora Urzędu Morskiego w Słupsku dla polskiego żeglarstwa. Bardzo ważne są dla mnie takie pamiątki. Jednak najważniejsze jest to, że moje dzieci wyraźnie starają się nawiązywać do tych pięknych, rodzinnych i patriotycznych tradycji, co jest dla mnie powodem ogromnej radości. Polska będzie taka, jaką my sami sobie zbudujemy. A więc tego rodzaju rozumowanie wyklucza bierność. Trzeba starać się na miarę możliwości kształtować Polskę, aby jak najszybciej stała się krajem i państwem z naszych snów i marzeń.
I dlatego znalazł się Pan w zarządzie Związku Szlachty Polskiej i Towarzystwa Opieki nad Zabytkami?
– Należę do bardzo wielu organizacji. Swoją aktywność społeczną zacząłem jeszcze w wieku trzynastu lat. Później napisałem m.in. list do pisma „Mówią Wieki” z żądaniem odbudowy Zamku Królewskiego w Warszawie. O dziwo, został opublikowany, ale otrzymałem kuriozalną odpowiedź, że w bieżącej pięciolatce odbudowy zamku się nie przewiduje. Potem było moje uczestnictwo w marcu ?68. Oczywiście z żadnymi „komandosami” nic wspólnego nie miałem. Natomiast tu, w Gdańsku, pod Operą i Filharmonią Bałtycką toczyły się bardzo zajadłe walki z milicją. Był to protest społeczny przeciwko ówczesnej rzeczywistości, który jednak nie miał nic wspólnego z rozgrywkami „na górze” między dawnymi stalinowcami a moczarowcami. Gdy zorientowałem się, że tym protestem próbuje się manipulować, wycofałem się. Potem był Grudzień ?70, gdzie już jako student Politechniki Gdańskiej brałem udział we wszystkich starciach zarówno w Gdańsku, jak i w Gdyni. W końcu zaczęło się moje pływanie. Gdy w latach 1975-1977 pływałem do Australii, nawiązałem kontakt z redaktorem naczelnym „Wiadomości Polskich” w Sydney, wspaniałym człowiekiem panem Janem Duninem-Karwickim, i od niego zabierałem zwykle walizkę pełną takich wydawnictw, jak „Orzeł Biały”, paryska „Kultura”, książki Józefa Mackiewicza i innych pisarzy emigracyjnych, czyli po prostu literaturę niepodległościową. W nocy przynosiłem walizkę na statek i potem starałem się ją przemycić z portu. Zawoziłem ją następnie do Warszawy do mojego kuzyna, ówczesnego studenta, który rozprowadzał jej zawartość w środowisku akademickim. Zresztą w przededniu mojego ślubu w 1977 r. zostałem przez celnika z taką walizką złapany i po dwugodzinnej, najcięższej w moim życiu rozmowie, w końcu mnie puszczono. Później, po wielu latach okazało się, że ten celnik był ojcem mojego kolegi z roku studiów i może dlatego mi odpuścił. Wiosną 1990 r. zostałem członkiem Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, wziąłem w Polskich Liniach Oceanicznych dwa lata bezpłatnego urlopu i poświęciłem je na działalność społeczną. Uważałem, że środowiska patriotyczne powinny albo zakładać nowe organizacje, albo wchodzić w organizacje już istniejące. W związku z tym założyłem gdański oddział Towarzystwa Opieki nad Zabytkami. Należałem także do kręgu osób, które zakładały Związek Szlachty Polskiej, a także znalazłem się wśród ludzi, którzy tworzyli pomorski oddział Stowarzyszenia Wspólnota Polska i zostałem sekretarzem tego oddziału. Zresztą działałem na tyle skutecznie, że w 1993 r. zorganizowałem tu, na Wybrzeżu, wakacje dla 500 polskich dzieci z Litwy i Białorusi. Nawiązałem wtedy kontakt ze środowiskiem żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych i ze Związkiem Harcerstwa Rzeczypospolitej. Obecnie skoncentrowałem się na działalności w Towarzystwie Opieki nad Zabytkami, dlatego że uważam, iż Polska stoi wobec dziejowej szansy – praktycznie po raz pierwszy od czasów potopu szwedzkiego – odzyskania chociaż części narodowego dziedzictwa. Oprócz tego oczywiście byłem i jestem aktywnym członkiem Stowarzyszenia Starszych Mechaników Morskich. Tu z kolei moja działalność jest skierowana na ratowanie polskiej gospodarki morskiej. Wiosną 1997 r. opracowałem na zamówienie sekretarza gdańskiej AWS „Szkic do programu sanacji polskiej gospodarki morskiej”, który ujmował ją nie regionalnie, tylko w skali całego kraju, bo gospodarka morska zaczyna się tak naprawdę od hut i kopalń. Starałem się więc wykorzystać wszelkie możliwości działania, żeby zrobić coś pożytecznego dla kraju w tych dziedzinach, o których mam jakieś tam pojęcie.
A kiedy pojawiło się w Pana życiu marzenie o morskiej przygodzie?
– Właściwie od dziecka marzyłem o tym, żeby zostać marynarzem, i konsekwentnie do tego dążyłem. Jednak gdy w szkole podstawowej okazało się, że muszę nosić okulary, wiedziałem, że szkoła morska jest dla mnie zamknięta. Skończyłem więc Technikum Budowy Okrętów i zdałem na Politechnikę Gdańską, gdzie zacząłem odnosić dość duże sukcesy. Skończyłem studia na Wydziale Budowy Okrętów indywidualnym tokiem, kończąc równocześnie dwie specjalizacje. Dodatkowo, jeszcze przed obroną dyplomu, ukończyłem dwa kierunki studiów podyplomowych, w tym jeden w Instytucie Maszyn Przepływowych w Polskiej Akademii Nauk, i zacząłem myśleć o karierze naukowej. Wezwał mnie wówczas do siebie prorektor politechniki i powiedział, że ma świadomość tego, iż powinien mi zaoferować jakieś ciekawe stanowisko pracy, ale na przeszkodzie nie tyle stoi brak mojej przynależności partyjnej, ile to, że nawet do ZMS się nie zapisałem. A ponieważ jednocześnie Polskie Linie Oceaniczne same zaproponowały mi pracę, to wróciłem do swoich pierwotnych marzeń i zostałem marynarzem, zresztą i w tym przypadku nie obyło się bez pewnych problemów. Musiałem bowiem dokonać pewnego triku, aby kadry PLO myślały, że jestem członkiem przynajmniej ZMS.
Co to był za trik?
– Gdy byłem w piątej klasie Technikum Budowy Okrętów, a był to rok pański 1966, pewien bardzo nieciekawy młody człowiek, syn oficera służb specjalnych PRL, zaczął nas straszyć, że ten, kto nie należy do ZMS, nie ma żadnych szans na to, aby zostać przyjęty na jakiekolwiek studia. Podsunął każdemu z nas wstępną deklarację, której podpisanie oznaczało, że zgłaszamy swoje kandydatury do ewentualnego rozpatrzenia. Wszyscy podpisaliśmy tę deklarację, ale po egzaminach wstępnych, gdy zaczął nas nachodzić, abyśmy podpisali członkostwo, oczywiście każdy pokazał mu drzwi. W ankiecie personalnej, której żądało ode mnie PLO, w rubryce „przynależność organizacyjna” napisałem: podpisana deklaracja na kandydata już w roku 1966, co oni zinterpretowali, że byłem członkiem ZMS. Sprawę wyjaśniłem dopiero po kilkunastu latach i wtedy usłyszałem: „Ale pan nas nabrał”. W każdym razie okres pracy w PLO wspominam jak najlepiej, dlatego że była to dla mnie jedyna możliwość zobaczenia świata. Po pierwsze, wiadomo, że w tamtych czasach nie dostałbym paszportu. Po drugie, byliśmy w bardzo trudnej sytuacji finansowej i to była jedyna możliwość, żeby odbić się od dna.
A jak Pan zapamiętał swój pierwszy rejs?
– Było to fascynujące przeżycie – zobaczyłem zupełnie inny świat. Ten świat miał różne oblicza. Pierwszym portem, do jakiego zawinąłem, był Hamburg – z jednej strony kwitnące, bogate miasto, a z drugiej – wręcz symbol ludzkiego upodlenia, z osławioną dzielnicą Sankt Pauli. Potem była przepiękna Barcelona, gdzie obejrzałem cudowną Sagrada Familię, unikatową świątynię projektu Gaudiego, której budowa ciągle jeszcze trwa. Jest ona czymś tak pięknym, że rzuca na kolana, przy czym nie ma żadnych w świecie analogii. Ten pierwszy rejs odbywał się po Morzu Śródziemnym i miał trwać zaledwie dwa miesiące, ale ponieważ wybuchła wojna w Libanie, ku mojej radości rejs przeciągnął się do czterech miesięcy. Byłem młody, trochę szalony, potrafiłem np. razem z kolegą pojechać zwyczajnym autobusem z Latakii, portu syryjskiego, aż do Aleppo pod granicę turecką specjalnie po to, żeby zobaczyć słynną cytadelę, której komendantem był generał Józef Bem. Było to nielegalne, dlatego że książeczka żeglarska nie pozwalała na tak dalekie oddalanie się od portu.
Przeżył Pan w czasie licznych podróży jakieś ciekawe przygody?
– Starałem się wykorzystać każdą okazję do poznawania ciekawych zakątków świata. Szczególnie w latach 70. i 80. ubiegłego wieku zdarzały się takie okazje, dlatego że technologie załadunku i wyładunku były dość prymitywne i postoje statków w porcie trwały zwykle kilka dni, a bywało nawet, że kilkanaście. Na przykład w ciągu trzech rejsów do Australii i Nowej Zelandii spędziłem tam pół roku. Pierwszym wielkim, fascynującym przeżyciem była dla mnie wycieczka do miejscowości Rotorua w Nowej Zelandii. W środku wyspy północnej znajduje się przepiękne jezioro, nad którym leży wioska Maorysów i centrum ich kultury, ale przede wszystkim są tam nieprawdopodobne i fascynujące dwupoziomowe groty. Na górnym poziomie znajdują się stalaktyty, stalagmity, leje wulkaniczne itd., a w dolnym płynie rzeka. I właśnie tam miałem okazję ujrzeć fenomen niespotykany nigdzie indziej na świecie. Otóż przez te dolne groty była przeciągnięta stalowa linka, za pomocą której przewodnik przeciągał łódź z turystami. Początkowo płynęliśmy w absolutnej ciemności, po czym znaleźliśmy się w gigantycznej grocie o wysokości kilkudziesięciu metrów. Cały strop pokryty był miliardami robaczków, które nie wiadomo, jak zaklasyfikować, bo to nie są stricte owady. Emitują one z siebie światło, podobnie jak nasze robaczki świętojańskie. Zobaczyłem żarzące się nade mną żywym, pulsującym seledynowo-szmaragdowym światłem sklepienie. Było tak jasno, że widziałem twarze ludzi siedzących obok mnie w łodzi. W pewnym momencie przewodnik klasnął w dłonie i zapadła absolutna ciemność. Powiedział, że robaczki zaczną ponownie świecić dopiero po 15 minutach. To było fascynujące! Innym ciekawym przeżyciem, jakie pozostało mi w pamięci, było np. obejrzenie przepięknej ekspozycji poświęconej Janowi Pawłowi II i Polsce, łącznie ze zdjęciami sopockiego molo, w peruwiańskim mieście Trujillo, tamtejszym ośrodku uniwersyteckim, przed zbliżającą się akurat pielgrzymką Papieża. Ktoś usłyszał, że jesteśmy Polakami, złapał mnie za rękę i dosłownie siłą zaprowadził do miejskiego pałacu na tę wystawę. Było to w latach 80., kiedy wspólnie z żoną i córką popłynąłem do Ameryki Południowej.
Jakie pamiątki przypominają Panu o odbytych podróżach po świecie?
– Mam bogatą kolekcję malarstwa i artystycznych haftów, fantastycznie rzeźbiony kieł chińskiej roboty, posążek liczący półtora tysiąca lat, pochodzący z Barabudur na Jawie, mam także kawałeczki okrętu, którym dowodził Józef Conrad Korzeniowski. Byłem na resztkach wraku, jaki ocalał na Tasmanii i stamtąd je zabrałem. Tego wszystkiego jest sporo i w moim zamyśle miało posłużyć do odtworzenia klimatu polskiego dworu.
Czy na morzu zdarzały się niebezpieczne sytuacje, w których można było bać się o własne życie?
– Na morzu przeżyłem wiele, ale najtrudniejszą przygodę miałem podczas mojego ostatniego rejsu. Dokładnie w styczniu 2007 r. przepłynęliśmy cały północny Atlantyk pustym wielkim masowcem (70-tysięcznikiem), tzw. panamaxem, bez ładunku i praktycznie bez balastu, wbrew najbardziej elementarnym przepisom i w porze największych sztormów i huraganów. W ciągu 8-10 dni praktycznie nie wychodziłem z maszynowni. Miałem świadomość, że toczy się walka o nasze życie. Kiedy pusty statek stawał wynurzony na szczycie 8-metrowej fali, cała rufa zawisała w powietrzu. Na rufie zaś była maszynownia, więc pompy, które miały zaciągać wodę morską do chłodzenia silników, zaciągnęły powietrze. W tym momencie silnik główny przestał działać, stanęła również elektrownia i zapanowała totalna ciemność, statek stracił sterowność i od razu ustawił się bokiem do fali. Przechyły sięgały 47 stopni. Jakim cudem udało nam się wtedy uruchomić agregat, a potem silnik główny? Nie wiem. Zadecydowało chyba moje wieloletnie doświadczenie i szybkość w podejmowaniu decyzji. Ludzie byli przerażeni, ale wykonywali moje polecenia. Gdy uruchomiliśmy wszystko z powrotem, statek odzyskał sterowność. Kapitan, który dopiero wtedy uzmysłowił sobie, jak potworny błąd popełnił, zadzwonił do mnie z pytaniem, co robić. Powiedziałem mu, że jedynym ratunkiem jest opróżnienie zbiornika dziobowego, żeby dziób się maksymalnie wynurzył, wtedy rufa pójdzie w dół o te 10-15 cm i sytuacja troszeczkę się poprawi. Rzeczywiście, okazało się to skuteczne. Choć groźne sytuacje powtarzały się, jednak ostatecznie cali i zdrowi dopłynęliśmy do USA. Praca na morzu jest bardzo niebezpieczna – nie każdy się do niej nadaje.
Widzi Pan możliwość odbudowy polskiej gospodarki morskiej?
– Na razie nie dostrzegam żadnych konstruktywnych działań, w związku z czym nadal ulega unicestwieniu. Na przykład mogłoby wydawać się czymś chwalebnym, że w porcie gdańskim Anglicy zbudowali wielki terminal kontenerowy, tylko że jest on ich własnością. Zbudowali go nie dla Polski, nie dla Polaków, tylko dla siebie. W Polsce odprowadzają podatki, dają zatrudnienie grupie Polaków, ale zyski zagarniają dla siebie. Sprzedawanie najbardziej atrakcyjnych terenów portowych obcym firmom jest samobójstwem. Odbyłem w ubiegłym roku bardzo krótką rozmowę w kapitanacie portu w Kołobrzegu z ówczesnym premierem Jarosławem Kaczyńskim, podczas której wspomniałem o tym. Pan premier przyznał mi rację, ale powiedział, że w tym przypadku nie może być mowy o państwowych armatorach, ale muszą to być armatorzy prywatni. – Jak najbardziej, panie premierze – odpowiedziałem, tylko że obowiązkiem państwa polskiego powinno być zrobienie tego, co zrobiły rządy: szwedzkie, duńskie, niemieckie, francuskie, brytyjskie, a więc stworzenie tym polskim armatorom bądź potencjalnym polskim armatorom możliwie maksymalnie korzystnych warunków, aby chcieli inwestować w gospodarkę morską i ją rozwijać. Przypomnę z pamięci to, co powiedział bodaj w roku 1530 senator arcybiskup Dymitr Solikowski: „Każdemu panu i narodowi więcej na państwie morskim zależy niźli na ziemskim, kto ma państwo morskie, a jego nie używa lub innym oddaje, wszelkie pożytki od siebie oddala, a wszelkie szkody na siebie przywodzi, z bogatego staje się biednym, z wolnego niewolnikiem”. I to jest aktualne. Jeżeli Mongolia, tak daleko będąca od morza, posiada już własną flotę, jeżeli Szwajcaria, leżąca w samym środku Europy, posiada własną i to dość liczną flotę, to żal patrzeć na to, co się u nas dzieje. Oczywiście, na sytuacji naszej gospodarki morskiej korzystają na przykład Niemcy. W tej chwili stocznie na terenie NRD przeżywają gwałtowny rozwój. Niemcy umieli w ramach Unii Europejskiej załatwić, że te stocznie mogą być dotowane przez państwo. Na przykład między Polską a Koreą Południową są dokonywane gigantyczne obroty sięgające, jeśli dobrze pamiętam, miliardów dolarów. Kto te obroty obsługuje? Oczywiście niemiecki armator kontenerowy, na którego statkach pracują Polacy, bo Niemcom nie chce się już pływać. Na polską gospodarkę morską wydano wyrok jeszcze w końcu lat 90. ubiegłego wieku.
Spełnia się Pan w roli dziadka?
– Szczerze mówiąc, ja się ciągle dziadkiem nie czuję. Gdy jestem ze swoją wnuczką, czuję jakby była raczej moją córką. Dziadka wyobrażam sobie zawsze jako sędziwego starca…
Więc to Pana zaskoczyło?
– Nie zaskoczyło, uradowało! Natomiast niecierpliwie czekam, kiedy mój syn przyniesie swojego następcę tronu. Wówczas położę go na jedwabnej poduszce, na oryginalnym tronie chińskiego mandaryna, wysadzanym kością słoniową, który stoi w moim domu.
Dziękuję Panu za rozmowę.
