Zanim zwycięży demokracja
Podarujmy sobie odrobinę luksusu i odetchnijmy na chwilę od naszych
Umiłowanych Przywódców, ich potępieńczych swarów i bezpieczniackich watah,
których, jak wiadomo, "nie ma". Rzućmy okiem na Rosję, w której od pewnego czasu
odbywają się masowe demonstracje przeciwko premierowi Putinowi. Konkretnie – od
ostatnich wyborów, które podobno zostały "sfałszowane". Jestem pewien, że
niezawisłe rosyjskie sądy żadnych fałszerstw wyborczych nie potwierdzą –
podobnie jak i u nas. Jeśli ktoś przypuszcza, że niezawisłe sądy odważą się
sprzeciwić razwiedce, która kręci tą całą polityczną sceną z niezawisłym
sądownictwem inclus, to oczywiście nie można mu tego zabronić. Po drugie –
fałszerstwa wyborcze to w demokracji rzecz zwyczajna, więc dlaczego nagle
wszyscy protestują przeciwko czemuś, co dotąd jakoś nie budziło niczyjego
sprzeciwu?
Wreszcie – po trzecie – protesty nie są tak bardzo masowe. Tłumy pojawiają
się tylko na ulicach Moskwy i Petersburga, podczas gdy na prowincji – jakoś nie.
Na pewno składa się na to szereg zagadkowych przyczyn, ale chciałbym zwrócić
uwagę na jedną, która wydaje mi się kluczowa.
W nocy z 18 na 19 sierpnia 1991 roku rozpoczął się w ZSRS tzw. pucz Janajewa.
Jego przywódcy aresztowali Michała Gorbaczowa i usiłowali przejąć władzę, ale
tzw. Biały Dom, czyli siedziba parlamentu, został otoczony barykadami,
obsadzonymi przez demonstrantów, którzy spontanicznie wylegli na ulice. Następny
dzień upłynął w niepewności, aż wreszcie 21 sierpnia okazało się, że tamańska
dywizja pancerna, tulska dywizja powietrzno-desantowa i grupa antyterrorystyczna
"Alfa" posłuchała wezwania prezydenta Borysa Jelcyna i stanęła po stronie
demonstrantów. To znaczy – nie tyle Borysa Jelcyna, tylko "grupy
intelektualistów i biznesmenów". Jak nazywali się ci "intelektualiści i
biznesmeni", których list uruchomił silniki czołgów dywizji tamańskiej i
tulskich komandosów – tego chyba dzisiaj już nikt nie wie. Nie znaczy to jednak,
że rozpłynęli się oni w powietrzu. Przeciwnie – jeśli raz potrafili wprawić w
ruch dywizję tamańską i tulską, to dlaczego nie mogliby tego powtórzyć i
dzisiaj?
Jak pamiętamy, "pomarańczowa rewolucja" na Ukrainie również zaczęła się od
oskarżeń o sfałszowanie wyborów prezydenckich. Na Majdan Niepodległości w
Kijowie wylegli spontaniczni demonstranci, którzy koczowali tam całymi dniami i
nocami, porzuciwszy pracę i życie rodzinne. Skąd u biednych Ukraińców takie
możliwości – trudno byłoby odpowiedzieć, gdyby nie brytyjski "Guardian", który
poinformował, że "filantrop", czyli Jerzy Soros, wyłożył na tę rewolucję całe 20
mln dolarów. Tyle to on wydaje na cygara, a tu proszę – "pomarańczowa
rewolucja"! Czy nie z tego aby powodu do "mediacji" włączyli się Lech Wałęsa i
Aleksander Kwaśniewski? Jak tam było, tak tam było, ale na skutek tych mediacji
niezawisły – bo jakże by inaczej? – sąd konstytucyjny wyznaczył kolejne wybory,
które wygrał już prawidłowo Wiktor Juszczenko. Teraz to już wspomnienia, bo z
tego wszystkiego została Julia Tymoszenko w kryminale, skąd już tylko USA
domagają się jej wypuszczenia.
No a w Rosji start w wyborach prezydenckich zapowiedział multimiliarder Michał
Prochorow. Na politykę nie żałuje; powiadają, że w partię "Słuszna Sprawa"
zainwestował 800 mln dolarów, a przecież nie jest to jego ostatnie słowo. Na
Ukrainę wystarczyło 20 mln, no ale Rosja większa. Mało tego, Prochorow powiada,
że jeśli wygra, to wypuści z łagru Michała Chodorkowskiego, to znaczy –
oczywiście nie on, tylko niezawisły sąd! Może zatem nawet cieszyć się poparciem
"prasy międzynarodowej". A jeśli na dodatek należy do "grupy intelektualistów i
biznesmenów"? Tymczasem Putin, jak gdyby nigdy nic, chce się wymienić
stanowiskami z Miedwiediewem – jak było wcześniej ustalone. Nic dziwnego, że
"Gazeta Wyborcza" pisze, iż "traci instynkt polityczny". U nas razwiedka
załatwia takie rzeczy inteligentniej; wszystkich Umiłowanych Przywódców nakręca
regularnie każdego ranka, toteż nikt się nie buntuje.
Stanisław Michalkiewicz
