Żałujemy, że milczeliśmy

Z Arturem Wilczyńskim*, byłym pilotem rozformowanego 36. Specjalnego
Pułku Lotnictwa Transportowego, rozmawia Marcin Austyn

Dlaczego Panowie, piloci ze specpułku, milczeliście po katastrofie
Tu-154M? Można było pokazać pewne patologie, bronić kolegów.

– Otrzymaliśmy polecenie od gen. Lecha Majewskiego, dowódcy Sił Powietrznych, że
mamy zakaz wypowiadania się na ten temat. Dziś mogę powiedzieć, że żałujemy
tego, że milczeliśmy. Być może gdybyśmy w pierwszych dniach po katastrofie o
pewnych sprawach rozmawiali szczerze, to zostałyby one przedstawione w innym
świetle. Niestety, nikt wtedy nie wyszedł przed szereg.

Dowództwo zapewniało, że po katastrofie z 10 kwietnia 2010 roku w
specpułku zaszły gruntowne i pozytywne zmiany. Tak rzeczywiście było?

– Wróciłbym tu do katastrofy samolotu CASA z 2008 roku. Wydane wtedy zalecenia
dla jednostek Sił Powietrznych niegdzie nie zostały tak daleko wprowadzone jak
właśnie w 36. SPLT. Jeżeli ktoś mówi o bałaganie w tym zakresie, to jest w
błędzie. Po katastrofie Tu-154M był dodatkowy nacisk, by przepisy, według
których lataliśmy, były jak najbardziej zbliżone do tych funkcjonujących w
lotnictwie cywilnym. I pod takim kątem była kształtowana nowa dokumentacja. W te
zmiany włożono dużo pracy i wysiłku. Wiadomo, że krótki czas na ich wprowadzenie
i naciski przełożonych powodowały, że niekiedy wychodziły buble. Ale błędy były
sukcesywnie naprawiane i dostosowywane do realiów wykonywanych zadań. W mojej
ocenie, byliśmy na etapie, w którym wszystko nabierało właściwego kształtu.
Stworzono kabiny samolotów, w których można było usiąść i przetrenować pewne
sprawy. Było to przydatne, szczególnie kiedy piloci przeszkalali się na dany typ
samolotu. Kabiny na jaka i bryzę stworzyły osoby, które były zatrudnione w
eskadrze lotniczej. Kabinę na tupolewa przygotowywała firma zewnętrzna.

Były też wyjazdy do Federacji Rosyjskiej na ćwiczenia na symulatorach.
Okazały się potrzebne?

– Nie można mówić, że szkolenie, nawet na takim pseudosymulatorze jak w Moskwie,
było niepotrzebne czy złe, bo zawsze pewne nawyki, doświadczenia pozostają.
Jeśli jednak mówimy o samym sposobie zorganizowania tych treningów, to można
określić je słowem "porażka", bo symulatory nie miały wiele wspólnego z
samolotami, które były w pułku. Nie jest tajemnicą, że te treningi zostały
zorganizowane też po to, by zamknąć usta pewnym osobom. Po prostu trzeba było
wysłać ludzi i pokazać, że się szkolą. Miałem okazję ćwiczyć na symulatorze z
prawdziwego zdarzenia i mogę powiedzieć, że tego, z czym piloci mieli do
czynienia w Moskwie, po prostu nie da się porównać do prawdziwych symulatorów.

Jak długo stwarzano pozory, że specpułk będzie funkcjonował normalnie?
– Do końca! Kiedy w sierpniu zobaczyliśmy konferencję premiera Donalda Tuska i
ministra Tomasza Siemoniaka i usłyszeliśmy, że specpułk zostanie rozformowany,
byliśmy w szoku. Loty się odbywały i nic nie wskazywało na to, że tak się to
skończy. Faktem jest, że było mało zamówień z kancelarii premiera. Kilka takich
lotów było odwołanych, bo samolot był oddany gen. Majewskiemu zamiast
ministrowi. Tymczasem zawsze była tu pewna gradacja, komu w pierwszej kolejności
samolot się należy.

Jednak Tu-154M praktycznie nie latał. Czy to Panów nie niepokoiło?
– Byliśmy przekonani, że MON pozbędzie się tego samolotu. Utrzymywanie w pełnej
gotowości do lotu jednej maszyny danego typu jest bardzo uciążliwe. Wystarczy,
że przydarzyła się jakaś usterka i procedury nie pozwalały na lot, a trzeba było
jeszcze trenować itd. Mieliśmy nadzieję, że w końcu zapadnie decyzja i zakupione
zostaną embraery, na które piloci byli szkoleni. Podpisanie umowy czarterowej
dawało nam do myślenia, ale przyjeżdżał do nas minister Bogdan Klich i
zapewniał, że pułk będzie istniał. Dziś wiemy, że było to mydlenie oczu, że
czekano na dobry moment, by przed wyborami pokazać, że premier rządzi twardą
ręką. W naszej ocenie, raport komisji ministra Jerzego Millera był dla pułku
tendencyjny i krzywdzący, i niestety z jego pomocą niesłusznie zrobiono z
pilotów przestępców i nieudaczników.

Wskazywano też na błędy w szkoleniu.
– Czasami bywało np. tak, że przez kilka miesięcy w ciągu lata nie spotkało się
nocy z trudnymi warunkami atmosferycznymi. Powstawały problemy z prolongowaniem
uprawnień. Dlatego w regulaminach lotów zezwolono, by latać w pozorowanych
warunkach. Komisja jednak wytknęła, że było to błędne postępowanie. Bo w
programie szkolenia było napisane "warunki trudne", a koledzy (m.in. załoga
tupolewa, która zginęła pod Smoleńskiem) wykonywali niektóre loty w warunkach
pozorowanych.

Komisja pozostawiła sporo wątpliwości, jeśli chodzi o wpisy do
osobistych dzienników lotów. Nie było jednolitego wzorca, ale to nie
przeszkodziło wytknąć pilotom błędów.

– Dokładnie. Warto wiedzieć, że Regulamin Lotów przez długi czas był przypisany
do lotnictwa bojowego, gdzie cały pułk czy eskadra wychodziła w jednym czasie na
loty i ćwiczono np. loty w trudnych warunkach czy to w nocy, czy w dzień. W
specpułku każdy indywidualnie odpowiadał za swoje szkolenie. Stąd też regulamin
nijak się miał do lotnictwa, w którym wiele lotów realizowanych było na lotniska
cywilne.
Byliśmy też odcięci od nowoczesnego szkolenia. Samoloty z uwagi na wiek i
rozwiązania technologiczne zmuszały nas do takiej, a nie innej formy szkoleń.
Nie można było sobie pojechać na symulator z prawdziwego zdarzenia. Padają też
zarzuty, że szkolenie było za drogie, ale takie rozwiązania wymuszał na nas
posiadany sprzęt.

Trudno było pożegnać się ze sztandarem 36. SPLT?
– Cóż, zakończyliśmy pewien etap życia, ale wydaje mi się, że jakoś odnajdziemy
się w nowej rzeczywistości. Przykre jest jednak to, że pozwalając na odejścia
lotników, marnuje się spory potencjał. Ich wiedza, doświadczenie mogłyby być
wykorzystane. Jaki mogłyby latać do 2013 roku i można było przekazać je do
szkół, by pokazywać podchorążym, że latanie w przestrzeni kontrolowanej,
współpraca z cywilami nie jest taka straszna.

Dowództwo Sił Powietrznych zapewnia, że żołnierze 36. Specjalnego Pułku
Lotnictwa Transportowego otrzymali propozycje pracy, które uwzględniały ich
sugestie. Jak w praktyce wyglądał ten proces?

– Kiedy w sierpniu 2011 roku ogłoszono rozwiązanie specpułku, faktycznie zaczęły
się rozmowy kadrowe. Zwołano personel latający samolotów i powiedziano, że nic
dla nas nie ma i żebyśmy cierpliwie czekali. Kolejne rozmowy, już indywidualne,
odbyły się w październiku ubiegłego roku. Ale i wtedy dowiadywaliśmy się, że
propozycji dla nas wciąż nie ma. Zapewniano nas, że trwają prace i wkrótce
sytuacja się wyklaruje. W połowie grudnia przyszły imienne rozkazy na stawienie
się w jednostkach. Z tego, co pamiętam, trzech ludzi [z personelu latającego na
samolotach – red.] miało iść do Powidza, a reszta do Krakowa. Kilku technikom
pokładowym zaproponowano pracę na śmigłowcach w 1. Bazie Lotnictwa
Transportowego i będą się przeszkalać. Faktem jest jednak, że kilka osób
samodzielnie musiało "załatwiać" sobie posady. To m.in. dwóch pilotów, którzy
przeszli do Siemirowic (do 44. Bazy Lotniczej Marynarki Wojennej). I bynajmniej
nie było tak, że to MON ich tam skierowało. Oni sami znaleźli sobie etaty i
nawet były pewne perturbacje, bo pierwotnie nie chciano ich tam wypuścić.
Kolejne osoby same znalazły sobie pracę, np. w Radomiu czy Mińsku Mazowieckim.

Część personelu samolotowego otrzymała etaty sztabowe w DSP lub Centrum
Operacji Powietrznych. Pana Koledzy są zadowoleni z tej zmiany?

– Z przeprowadzonych zmian z pewnością zadowolone jest Dowództwo Sił
Powietrznych, bo żołnierze, którzy chcieli zostać w Siłach Powietrznych, zgodnie
z zapowiedziami mają etaty. Dla lotników etat sztabowy był z pewnością lepszym
rozwiązaniem niż przeprowadzka do Krakowa lub Powidza. Pamiętajmy, że ludzie
mają w Warszawie rodziny, znajomych, mieszkania, a często ich żony mają tu dobrą
pracę i trudno to wszystko zostawić dla nowej jednostki. Wiem, że piloci chcieli
pracować na etacie lotnym w warszawskim garnizonie, że np. technikom proponowano
jakieś dziwne etaty, w tym nielotne, a pilotom etaty w Krakowie i Powidzu. To
często przesądzało o podjęciu decyzji o przejściu do rezerwy, bo życie "na dwa
domy" nie wchodziło w grę.

Jak doceniono Panów pracę?
– Pod koniec 2011 roku zostały wypłacone nagrody. Z tego, co wiem, podoficerowie
dostali po 300 zł brutto, młodsi oficerowie (do kapitana włącznie) otrzymali 400
zł brutto, a oficerowie 500. Byliśmy w szoku, bo osoba, która przepracowała w
armii prawie 40 lat, z czego większość w specpułku, otrzymała 300 zł brutto
nagrody! Tak został doceniony wieloletni wkład w rozwój jednostki.

Dziękuję za rozmowę.

 


* Imię i nazwisko rozmówcy zostały zmienione.

drukuj