Zagłada mediów publicznych

Projekt ustawy o zadaniach publicznych w dziedzinie usług medialnych zgłoszony przez grupę 114 posłów PO, PSL i SLD wzbudza poważne kontrowersje. Krytycy zarzucają, że prawdziwym celem proponowanej ustawy jest poddanie mediów publicznych w Polsce politycznej kontroli przez obecne władze, w związku z czym powinna ona nosić nazwę „o przejęciu władzy w mediach publicznych”. Ponadto zmiana sposobu finansowania mediów publicznych od 2010 r. oraz rezygnacja m.in. z zapisu o respektowaniu przez nie chrześcijańskiego systemu wartości, kierowaniu się uniwersalnymi zasadami etyki i ich służebnej roli w umacnianiu rodziny budzi poważne wątpliwości co do kształtu, a nawet istnienia mediów publicznych w Polsce.

Projekt ustawy powstał w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego w listopadzie ubiegłego roku. Pierwotnie pracował nad nim zespół ekspertów pod kierunkiem prof. Tadeusza Kowalskiego, a następnie dyskutowali nad nim liderzy PO i SLD. W wyniku ich działań projekt wyjściowy został poważnie zmieniony. Częściowo wprowadzono do niego zapisy z zawetowanej przed rokiem przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji. Ustawa ma regulować „zadania publiczne w dziedzinie usług medialnych, zasady i warunki finansowania tych zadań, w tym zasady gospodarowania powierzonymi środkami pochodzącymi z budżetu państwa, oraz organy właściwe w tych sprawach”.Supernadzorca mediów publicznychProjekt zakłada m.in. likwidację od 2010 roku abonamentu radiowo-telewizyjnego. Media publiczne mają być finansowane z Funduszu Zadań Publicznych, którego środki będą pochodziły z budżetu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, ta zaś będzie je otrzymywała bezpośrednio z budżetu państwa. Przy czym nie jest wskazana wysokość kwoty i nie jest także zapisana gwarancja, iż określone środki faktycznie zostaną przeznaczone na publiczną radiofonię i telewizję. W uzasadnieniu do projektu zawarta jest jedynie sugestia, że budżet przeznaczy na ten cel 600-800 mln zł, co wobec 2,5 mld zł, których media publiczne potrzebowały na funkcjonowanie np. w 2007 r., jest kwotą śmiesznie małą. Z pieniędzy Funduszu byłyby finansowane „misyjne” programy nie tylko mediów publicznych, ale też komercyjnych. Na ich produkcję udzielana byłaby przez KRRiT tzw. licencja programowa. Ma ona – według projektu – określać wykaz zadań powierzanych dostawcom usług medialnych. Licencja ma też określać m.in. nazwę nadawcy i programu, charakter programu (uniwersalny lub wyspecjalizowany) oraz minimalny dobowy czas jego nadawania, a także pory emisji. W ten sposób ramówka programowa będzie administracyjnie narzucana przez politycznie wybierane gremium.

Projekt ustawy przewiduje tu dwie odrębne procedury nadawania licencji.
Nadawcy publiczni będą się mogli ubiegać o licencję programową, składając do KRRiT wniosek w terminie do 31 października roku poprzedzającego pierwszy rok objęty licencją programową. W przypadku gdyby w tym terminie nie złożono żadnego wniosku o jej przyznanie, wówczas KRRiT dokona samodzielnie wyboru nadawcy publicznego, któremu nada niejako z „urzędu” taką licencję.Nadawcy niepubliczni będą mogli ubiegać się o nadanie licencji programowej na podstawie konkursu przeprowadzanego przez KRRiT. Co istotne, do konkursów – obok nadawców niepublicznych – będą mogli również przystępować nadawcy publiczni. Nadawca, któremu zostanie udzielona licencja programowa, publiczny lub niepubliczny, będzie zawierał z KRRiT umowę o finansowanie publiczne będącą podstawą finansowania jego działalności, objętej licencją programową.

Przy KRRiT ma zostać utworzona 15-osobowa rada programowa, która będzie m.in. oceniać poziom i jakość programów nadawców, a także opiniować programy lub audycje finansowane ze środków Funduszu Zadań Publicznych na podstawie licencji programowej.

Projekt przewiduje również zwiększenie liczebności KRRiT z dotychczasowej 5-osobowej na 7-osobową. Mandaty obecnych członków tego gremium mają wygasnąć z mocy ustawy, a do nowej rady trzech członków ma wskazywać Sejm; po dwóch Senat i prezydent „spośród osób wyróżniających się wiedzą i doświadczeniem w zakresie środków społecznego przekazu”. Kadencja KRRiT ma trwać 6 lat i projekt przewiduje zmiany w katalogu jej zadań. Wnioskodawcy deklarują, że chcą, aby KRRiT przestała być kreatorem polityki państwa w dziedzinie radiofonii i telewizji, a skupiła się jedynie na opiniowaniu kierunków tej polityki. W praktyce KRRiT ma być supernadzorcą mediów publicznych.

Jedną z najistotniejszych zmian proponowanych w projekcie jest zmiana struktury radiofonii i telewizji publicznej. W miejsce istniejących obecnie 19 spółek medialnych (Telewizja Polska SA z 16 oddziałami terenowymi, Polskie Radio SA oraz 17 samodzielnych radiowych spółek regionalnych) powstanie aż 35 spółek. Telewizja Polska zostanie rozczłonkowana, a nową regionalną telewizję publiczną stanowić będzie 16 spółek telewizyjnych, które zostaną utworzone na bazie obecnych terenowych oddziałów Telewizji Polskiej SA. Wnioskodawcy proponują również wprowadzenie zmian w zakresie sposobu zarządzania spółkami tworzącymi publiczną radiofonię i telewizję. Po zmianach zarząd regionalnej spółki radiowej i regionalnej spółki telewizyjnej byłby jednoosobowy, natomiast zarząd Telewizji Polskiej SA i Polskiego Radia SA byłby trzyosobowy. Członkowie zarządu powoływani będą przez rady nadzorcze w drodze jawnego konkursu, którego zasady i tryb przeprowadzenia zostanie określony przez KRRiT w rozporządzeniu.Zmniejszona zostanie również liczba członków rad nadzorczych – z obecnych 5-9, na które pozwala ustawa – do trzech, spośród których dwóch powoływać będzie KRRiT, a jednego – minister właściwy do spraw Skarbu Państwa. Wprowadza się także możliwość odwołania członka rady nadzorczej. W art. 47 ust. 2 projektu jest zapisana możliwość powołania komisarycznego zarządu w spółce medialnej z pominięciem standardów, takich jak jawny konkurs. Proponowana jest również likwidacja funkcjonujących obecnie rad programowych publicznej radiofonii i telewizji. Zniesienie tych organów uzasadniane jest przede wszystkim utworzeniem jednej „centralnej” Rady Programowej przy KRRiT.

Wykreślenie wartości chrześcijańskich i cenzura
Do tej pory w środowiskach zatroskanych o dobro wspólne projekt ustawy był krytykowany głównie z dwóch powodów.
Po pierwsze, z powodu likwidacji ust. 2 art. 21 dotychczasowej ustawy o radiofonii i telewizji, w którym zapisano m.in., że programy publicznych mediów powinny: kierować się odpowiedzialnością za słowo i dbać o dobre imię publicznej radiofonii i telewizji; rzetelnie ukazywać całą różnorodność wydarzeń i zjawisk w kraju i za granicą; sprzyjać swobodnemu kształtowaniu się poglądów obywateli oraz formowaniu się opinii publicznej; umożliwiać obywatelom i ich organizacjom uczestniczenie w życiu publicznym poprzez prezentowanie zróżnicowanych poglądów i stanowisk oraz wykonywanie prawa do kontroli i krytyki społecznej; respektować chrześcijański system wartości, za podstawę przyjmując uniwersalne zasady etyki; służyć umacnianiu rodziny. W zamian proponuje się m.in. następujące kryteria misji mediów publicznych: wspieranie budowy społeczeństwa obywatelskiego oraz kultury demokratycznej; ukazywanie bogactwa tradycji oraz współczesnej kultury polskiej, kultury europejskiej i kultury światowej; wspieranie aspiracji kulturowych mniejszości etnicznych zamieszkujących terytorium Rzeczypospolitej Polskiej; przeciwdziałanie dyskryminacji ze względu na rasę, narodowość, wyznanie, płeć, orientację seksualną; propagowanie integracji europejskiej; propagowanie praw człowieka; budowę i eksploatację stacji nadawczych.

Zamiana odniesienia do zbudowanej na fundamencie chrześcijaństwa tradycji kultury europejskiej na eurokratyczną, zideologizowaną nowomowę jest charakterystyczna i wpisuje się w administracyjnie narzucaną przez instancje europejskie dechrystianizację naszego kontynentu.

Po drugie, w projekcie zapisano również ustawowe wprowadzenie cenzury i ograniczenie wolności słowa, bo ktoś, kto jest np. eurosceptyczny, na mocy prawa ma zostać wyłączony z udziału w debacie publicznej, podobnie jak ktoś, kto uważa, że aborcja – która jest przez ideologów Unii Europejskiej uznawana za „prawo człowieka” – to zło. Również sprzeciw wobec prawnego zrównania związków homoseksualnych i przyznania im prawa do adopcji dzieci będzie przez państwo polskie zakazany.

W krytyce zwracano uwagę, że ograniczeniom ulega instytucja nadawcy społecznego, który jest obecnie zwolniony z niemałych opłat za udzielenie lub zmianę koncesji. Korzysta z tego statusu – jako kościelna osoba prawna – m.in. Radio Maryja. Instytucja nadawcy społecznego została wprowadzona do ustawy o radiofonii i telewizji w czasach, gdy miałem zaszczyt przewodniczyć sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu. W obecnym projekcie jest możliwość arbitralnego pozbawienia nadawcy społecznego tego statusu oraz propozycja wprowadzenia pewnych preferencji, polegających na częściowym (w wysokości 50 proc.) zwolnieniu nadawców „pożytku publicznego, którymi są szkoły publiczne, uczelnie lub jednostki organizacyjne gminy powołane do prowadzenia działalności kulturalnej, z opłat za używanie częstotliwości”.Ostatnio, co ciekawe, projekt skrytykowały – choć z innych powodów – także stowarzyszenia twórcze. W Sejmie 16 kwietnia br. odbyły się społeczne konsultacje. Do Sali Kolumnowej przybyli przedstawiciele środowisk kultury i mediów i na projekcie nie zostawili suchej nitki. Przypomnieli, że 15 kwietnia br. prof. Tadeusz Kowalski, który był autorem pierwotnego projektu, powstałego w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, oświadczył, że nie wie, kto jest autorem wersji, która przybrała postać druku sejmowego. „Punktem wyjścia – mówił Kowalski – był nasz projekt, który przygotowaliśmy jako eksperci. Ale ten druk sejmowy przypomina kurpiowskie wycinanki: ktoś pracowicie powycinał kolejne paragrafy”.

Kto stoi za projektem?
Projekt jest tak zły, że nie bez powodu przedstawiciele środowisk medialnych obecni w Sejmie podczas konsultacji społecznych dopytywali, kto stoi za projektem, który – ich zdaniem – „prowadzi do kompletnego upadku mediów publicznych”. „Kto jest autorem tej ustawy? I jacy eksperci doradzali przy jej powstaniu, ponieważ to są ludzie, w których interesie leży likwidacja mediów publicznych – chciałbym znać ich nazwiska” – mówił szef Stowarzyszenia Filmowców Polskich, Jacek Bromski. „To ja zadam to pytanie wprost – czy jednym z ekspertów tej ustawy był pan Robert Kwiatkowski?” – pytał z kolei prezes Krajowej Izby Producentów Audiowizualnych Maciej Strzembosz. „Dlaczego to jest interesujące? Ponieważ ta ustawa realizuje w formie instytucjonalnej słynne powiedzenie Roberta Kwiatkowskiego: ile abonamentu, tyle misji” – dodał. Strzembosz podkreślił, że szefujący zespołowi ekspertów przy ministrze kultury i dziedzictwa narodowego prof. Tadeusz Kowalski publicznie odciął się od ostatecznej wersji projektu, zaś szefowie klubów parlamentarnych PO, PSL i SLD – którzy firmują projekt – są ekspertami od obronności, spraw gospodarczych i ochrony środowiska. Ostateczny kształt ustawy negocjował Zbigniew Chlebowski (PO) z Jerzym Szmajdzińskim (SLD), a to, co ich wyłącznie interesowało, to stworzenie systemu politycznej kontroli nad mediami. Dzięki nowym ustaleniom KRRiT przestanie być regulatorem rynku, a stanie się biurem politycznym mediów publicznych.

W ogniu krytyki zwracano uwagę, że projekt jest niekonstytucyjny. Istnieje aż 11 wątpliwości co do zgodności projektu z ustawą zasadniczą, w tym 3 bardzo poważne. Podkreślano, że jeśli ustawa wejdzie w tym kształcie w życie, to uzależni telewizję i radiofonię od układu rządowo-parlamentarnego, zlikwiduje kulturotwórczą rolę mediów publicznych i skaże te media na zagładę.

W projekcie prof. Kowalskiego był co prawda Fundusz Zadań Publicznych, który miał jednakże jasne zasilanie pochodzące z podatku VAT, pobieranego za działalność medialną. Obecna wersja finansowania z budżetu w nieokreślonej wysokości jest elementem urządowienia mediów publicznych i w pewnym sensie powrotem do czasów PRL z osławionym Radiokomitetem. Sposób finansowania mediów publicznych przeczy jednemu z podstawowych założeń nowej ustawy: ich odpartyjnieniu. Sami autorzy projektu w uzasadnieniu obłudnie powołują się na Radę Europy, która w swojej deklaracji, dotyczącej gwarancji niezależności mediów publicznych, zaleciła krajom członkowskim Unii Europejskiej wprowadzenie prawnych, politycznych, finansowych i technicznych gwarancji, które zapewnią rzeczywistą niezależność i instytucjonalną autonomię nadawców publicznych, tak aby wykluczyć wszelkie ryzyko politycznego lub ekonomicznego podporządkowania i uzależnienia.

Następne pokolenie wam tego nie wybaczy
Problemem jest nie tylko uzależnienie mediów publicznych od woli większości politycznej w Sejmie, która uchwala corocznie budżet państwa, ale również to, że finansowanie mediów publicznych z budżetu państwa, czyli udzielanie im tzw. pomocy publicznej, będzie wymagało notyfikacji do Komisji Europejskiej. Notyfikacja oznacza, że Dyrekcja Generalna ds. Konkurencji w Brukseli będzie decydowała o treściach emitowanych w mediach w Polsce, przy czym o taką zgodę, co wynika z procedury, będzie można wystąpić dopiero po uchwaleniu ustawy i wydaniu do niej wszystkich rozporządzeń. Nastąpi zatem długi okres, w którym Telewizja Polska i Polskie Radio pozostaną bez jakiegokolwiek finansowania, ponieważ wówczas będzie już zlikwidowany abonament, a do czasu wymagającej przynajmniej wielu miesięcy decyzji Brukseli nie będzie można uruchomić finansowania z budżetu. Obu instytucjom grozi w tym czasie upadek.

Na ten aspekt zwracali też uwagę autorzy opinii z Zespołu Prawa Międzynarodowego i Europejskiego z Kancelarii Sejmu dołączonej do druku sejmowego nr 1847 zawierającego projekt ustawy. Eksperci napisali m.in.: „Projekt zawiera liczne upoważnienia do wydania aktów wykonawczych. Ostateczna ocena zgodności stosowania proponowanej ustawy z prawem UE zależy od rozwiązań szczegółowych przyjętych w przepisach wykonawczych. Wątpliwość budzi zaliczenie do zadań publicznych realizowanych przez nadawców publicznych „budowy i eksploatacji stacji nadawczych”. Do Komisji Europejskiej będzie należała ocena, czy środki pieniężne przekazywane z budżetu państwa na budowę i eksploatację stacji nadawczych są niezbędne dla realizacji misji publicznej. Projekt podlega notyfikacji w Komisji Europejskiej, do której należy ostateczna ocena, czy przewidziany program pomocy dotyczący przekazywania środków publicznych na realizację misji publicznej będzie zgodny z prawem UE”.

Zniszczenie dotychczasowego systemu finansowania mediów publicznych poprzez abonament, który mimo swoich wad ma jednak wiele zalet i należałoby usprawnić jego ściągalność, pomijając aspekt polityczny, oznacza również radykalne zmniejszenie środków dla mediów publicznych. Obniżenie ich budżetu z dotychczasowego poziomu do zaledwie 800 mln zł może załamać rynek oraz doprowadzić do upadku regionalnych spółek telewizyjnych i radiowych, dla których nie będzie pieniędzy. Tymczasem w Unii Europejskiej media publiczne są wspierane i dotacje do nich – wynoszące rocznie 22 mld euro – są na trzecim miejscu, jeśli chodzi o wszystkie działy. Te dotacje to 22 mld euro rocznie. Według przedstawicieli środowisk medialnych, jeśli popatrzymy na to z polskiej perspektywy, to u nas dotacje powinny wynosić ok. 1,5 mld euro, żebyśmy osiągnęli średnią europejską. Poza tym w czasach kryzysu i cięć nawet owe 800 mln zł może się okazać kwotą wirtualną.

Zwolennicy projektu twierdzą, że jeden z najbardziej kontrowersyjnych pomysłów rozbicia struktury TVP SA i powołania w miejsce oddziałów terenowych Telewizji Polskiej 16 odrębnych spółek regionalnych „przyczyni się do usprawnienia procesu zarządzania spółkami radiowymi i telewizyjnymi”. Jest to oczywista nieprawda, bo w miejsce jednej spółki będzie działało 17 z odrębnymi radami nadzorczymi, zarządami, biurami zarządów, sekretariatami, służbami finansowymi, co niewątpliwie znacznie zwiększy koszty zarządzania taką straszliwie rozdętą strukturą publicznej telewizji. Poza tym nie będzie środków finansowych na utrzymanie słabych spółek, a także nie wiadomo, skąd pozyskają one częstotliwości na swoją regionalną działalność programową, których nie ma. Obecnie jest przecież tzw. trójka, czyli spięcie częstotliwości przeznaczonych dla oddziałów terenowych TVP SA i wspólny program TVP Info. Ten program ma pozostać, a na jakiej częstotliwości mają być nadawane programy regionalnych spółek telewizji publicznej?

Podczas konsultacji społecznych nie było głosów pozytywnych. Projekt totalnie skrytykowali także przedstawiciele Pen Clubu, Związku Kompozytorów Polskich, Związku Zawodowego Dziennikarzy, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Dyrektor ostatniej z wymienionych instytucji Agnieszka Odorowicz krytykowała wykreślenie obowiązku finansowania przez TVP produkcji filmowej, na którą rokrocznie telewizja przeznaczała ok. 150 mln złotych. Tymczasem budżet polskiej kinematografii, jakim dysponuje ISF, to zaledwie dwadzieścia kilka milionów. Szefowa rady programowej TVP Janina Jankowska zaapelowała do autorów projektu: „Jak zniszczycie media publiczne, to następne pokolenie wam tego nie wybaczy”.

Wymowne jest, że projekt ustawy skrytykował także przedstawiciel rządu – minister kultury i dziedzictwa narodowego, w którego resorcie powstał materiał wyjściowy. Bogdan Zdrojewski stwierdził, iż ma zastrzeżenia do sposobu finansowania mediów publicznych, przepisów dotyczących przyznawania licencji programowych, konstrukcji władz mediów publicznych. Minister podczas spotkania z twórcami 20 kwietnia br. zwrócił uwagę na niedogodności płynące z obowiązku notyfikacji zmiany sposobu finansowania mediów publicznych z abonamentu na finansowanie budżetowe do Komisji Europejskiej: „W niektórych wypadkach taka notyfikacja może trwać kilka miesięcy, w bardziej złożonych, skomplikowanych warunkach może trwać nawet kilka lat”. W jego ocenie, przyjęcie ustawy w proponowanym w druku sejmowym kształcie oznacza paraliż mediów publicznych.

Niszczenie zamiast budowania
Polsce jest potrzebna nowa całościowa regulacja rynku mediów elektronicznych, która będzie przystawała do realiów współczesnych. Lecz nie powinno to oznaczać wylewania dziecka z kąpielą. Obecne państwa mają ograniczony wpływ na ponadnarodowe procesy globalizacyjne czy szaloną megakomercjalizację telesektora informatycznego, który jest kontrolowany na naszej planecie przez kilku multinarodowych graczy. Stąd dalekosiężnie myślące kraje europejskie tworzą odpowiednie warunki i budują silne telewizje publiczne, stanowiące pewien standard, z którym musi korespondować działalność mediów komercyjnych w danym kraju. W Polsce proponuje się tymczasem proces odwrotny – niszczenie mediów publicznych.Większość dyskusji o mediach w Polsce dotyczy tego, jak np. po cichu sprywatyzować telewizję publiczną. Ostatnio więcej się mówi, jak ją zlikwidować i podzielić jej ogromny potencjał oraz bazę produkcyjną wraz z będącymi narodowym dobrem archiwami dokumentującymi współczesną historię Polski. Jedni mówili, że telewizja jest komunistyczna, więc trzeba ją zniszczyć, inni twierdzili, iż publiczny nadawca z natury rzeczy sprzeciwia się wolnemu rynkowi. Lecz jedni i drudzy czy trzeci w jednym są zgodni i uważają, że telewizja publiczna jest przeżytkiem.

Efekt jest taki, że do dzisiaj nie zostały wypracowane mechanizmy, które nadawałyby standard, ochronę i gwarancję spełniania misji przez media publiczne. Nie mamy w Polsce praktycznie przepisów dekoncentracyjnych czy demonopolizacyjnych, które w krajach Unii Europejskiej są jednym z istotnych fundamentów budowania ładu medialnego w danym kraju. Wystarczy wspomnieć o Francji czy Niemczech. Innymi słowy, regulator, czyli państwo unika takiej sytuacji, żeby zaistniała prawna możliwość nieograniczonej działalności mediów i stwarza pewne zasady i reguły dla funkcjonowania rynku medialnego na swoim obszarze. Robi tak dlatego, ponieważ w złych regulacjach dostrzega zagrożenie dla swobód obywatelskich, dla prawa obywatela do rzetelnej informacji, do pluralizmu opinii publicznej. I z tego punktu widzenia dba o to, żeby ten rynek mediów był dostępny dla – przynajmniej teoretycznie – różnych organizacji medialnych i korporacji, które powinny ten ład czy pluralizm medialny budować.

Nie mamy rozwiązań prawnych związanych z rewolucją techniczną, czyli cyfryzacją. Nie mamy także rozwiązań szczegółowych – polegających np. na wzmocnieniu kontroli czynnika społecznego, czyli wyposażeniu rad programowych w mediach publicznych, które w tej chwili są de facto ciałami fasadowymi, w większe i realne kompetencje do opiniowania programu. I zamiast propozycji konstruktywnych Sejm rozpatruje projekt ustawy, która ze swojej natury jest destrukcyjna.

Jan Maria Jackowski

drukuj