Żadnych reform, panowie!
W politycznym kalendarzu 2010 r. aż dwie kampanie wyborcze:
samorządowa i prezydencka. Z góry można założyć, że rząd w trosce o
wizerunek kandydata Platformy Obywatelskiej w wyborach prezydenckich
nie podejmie żadnych istotnych reform gospodarczych. Zmiany mogłyby się
nie spodobać części elektoratu, co zmniejszyłoby szanse na wyborcze
zwycięstwo.
Rok 2010 będzie więc kolejnym zmarnowanym przez
koalicję PO – PSL. Szkoda, bo zamiast robić wszystko, aby nasza
gospodarka się rozwijała, trwonimy bezcenne czas i energię.
Znając
już praktykę premiera Donalda Tuska i jego ministrów, możemy być pewni,
że co jakiś czas rząd będzie ogłaszał kolejny ambitny „program” w
zakresie gospodarczym lub społecznym, aby potem go wyciszać i odkładać
ad calendas graecas – czyli w nieskończoność. Skoro ta strategia tak
znakomicie sprawdza się od jesieni 2007 roku, to Tusk nie ma powodów,
aby ją zmieniać. W końcu w 2010 roku nie czeka nas katastrofa
gospodarcza, a rządowi nie grozi wybuch społecznego niezadowolenia,
więc można spokojnie dryfować ku wyborom, a co będzie po nich – to się
zobaczy. W końcu to jeszcze bardzo odległa przyszłość.
Pewne tylko podwyżki
Jedyne,
czego możemy być pewni w 2010 roku, to podwyżki cen wielu usług i
towarów. Przypomnijmy: Sejm przegłosował podwyżkę opłaty paliwowej na
olej napędowy, co spowoduje wzrost cen tego paliwa o kilkanaście groszy
(około 15-16) na litrze. Rząd bronił się, że to skutek dostosowania
naszego prawa do przepisów unijnych, ale droższy olej napędowy
spowoduje wzrost cen wielu produktów, bo w górę pójdą koszty
transportu. Posiadacze samochodów muszą się liczyć z podniesieniem
wysokości polis OC i AC. Następna odczuwalna podwyżka dotyczy prądu –
przynajmniej o 5 procent. A to także istotny składnik kosztów produkcji
innych dóbr.
Dotkliwe będą także opłaty i podatki lokalne. Wiele
samorządów zdecydowało o kolejnej podwyżce opłat za użytkowanie
wieczyste gruntów i lokali – np. w Warszawie w niektórych dzielnicach
koszty te wzrosną o kilkaset procent (!). Więcej zapłacimy za wodę i
odprowadzanie ścieków (10-35 proc.), za wywóz śmieci. Samorządowcy
przyznają, że w ten sposób chcą sobie zrekompensować straty spowodowane
przez spadek wpływów z podatków (głownie PIT i CIT), wywołany przez
kryzys gospodarczy.
Przynajmniej o kilka procent podrożeje żywność,
na którą najbiedniejsze rodziny wydają grubo ponad połowę swoich
dochodów. Co prawda Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki
Żywnościowej spodziewa się, że żywność podrożeje w pierwszym półroczu
tylko o 1-1,5 proc., ale to nie uchroni nas przed o wiele wyższymi
wzrostami cen na niektóre rodzaje produktów spożywczych – tych
najbardziej niezbędnych. W finanse wielu rodzin uderzy również podwyżka
cen leków. A pamiętajmy, że nie możemy za bardzo liczyć na wsparcie
budżetu dla gospodarki, bo według oficjalnych wyliczeń, ma on mieć w
przyszłym roku rekordowy, ponad 52-miliardowy deficyt, a realnie może
on przekroczyć nawet 100 miliardów złotych! W tej sytuacji jeszcze
bardziej szkodliwa będzie bezczynność rządu i dalsze wstrzymywanie tak
potrzebnych reform finansowych i gospodarczych. Bo negatywne skutki
tych zaniechań możemy odczuwać i w następnych latach.
Plan stabilizacji z opóźnieniem
Jak
już wspominaliśmy, w 2010 roku można spodziewać się wielu
propagandowych działań rządu, które mają przekonać Polaków, iż ten
gabinet ma wolę przeprowadzenia głębokich, strukturalnych reform,
zwłaszcza w dziedzinie finansów państwa. Jeszcze w 2009 roku mieliśmy
ujrzeć projekt planu stabilizacji i rozwoju finansów publicznych, który
rząd chce zrealizować przez dwa lata. Ale minister finansów znowu
przesunął termin jego publikacji na styczeń 2010 roku. Z wywiadów
prasowych udzielanych przez ministra Jacka Rostowskiego poznaliśmy na
razie założenia programu. Przypomnijmy, że będzie on opierał się na
kilku filarach. Rząd chce ograniczyć dotacje do ZUS i KRUS głównie
poprzez stopniowe znoszenie przywilejów emerytalnych (zlikwidowane mają
być np. wcześniejsze emerytury dla służb mundurowych) i podnoszenie
wieku emerytalnego.
Ponadto rząd planuje wyłączenie należności z
tytułu składek odprowadzanych przez ZUS do otwartych funduszy
emerytalnych z długu publicznego. W efekcie nasz dług publiczny
zmalałby z prawie 55 proc. do nieco ponad 40 proc. PKB. Jak więc widać,
w tym przypadku chodzi tylko o takie przeksięgowanie wydatków państwa,
aby zmniejszyć na papierze wysokość jego zobowiązań. Dzięki temu rząd
byłby pewien, iż nie groziłoby mu przekroczenie konstytucyjnego progu
długu publicznego, czyli 60 proc. PKB – które skutkowałoby
wielomiliardowymi cięciami wydatków budżetowych.
Jednocześnie resort
finansów – jak wynika z nieoficjalnych informacji – odkłada
wprowadzenie „kotwicy budżetowej”, czyli sztywne ustalenie, o ile co
roku mogą wzrastać wydatki państwa na różne zadania (wyłączając np.
emerytury i renty). Co prawda minister Rostowski zapowiada narzucenie
na obecny i następne rządy „dyscypliny wydatkowej”, ale znowu jest to
odłożone na przyszłość. W 2010 roku tej zasady przy własnym budżecie
rząd PO – PSL nie zastosował, zapewne nie zrobi tego też w kolejnym
wyborczym roku – 2011. Może więc „dyscyplina wydatkowa” wejdzie w życie
od 2012 roku.
Jeśli nawet przyjmiemy, że rządowy plan w tych
dziedzinach będzie korzystny dla państwa (choć nie znamy wciąż jego
szczegółów), to wiele wskazuje na to, że ekipa Donalda Tuska już szuka
pretekstu, aby wykorzystać go tylko propagandowo. Minister Rostowski
napisał w „Gazecie Wyborczej”, że realizacja programu rządowego zależy
od przychylności prezydenta Lecha Kaczyńskiego. „Jeśli tak się nie
stanie, jego realizacja odłożona zostanie do czasu, gdy w Pałacu
Prezydenckim zasiądzie osoba odpowiedzialna. Do tego czasu wszystkie
apele o przyspieszenie reform rząd Donalda Tuska odsyłać będzie do ich
właściwego adresata – prezydenta Lecha Kaczyńskiego” – stwierdził Jacek
Rostowski. Mamy więc do czynienia z powtórzeniem znanego już od ponad
dwóch lat schematu: dobry rząd ma pomysły, ale zły prezydent je
blokuje, stosując weto. Szkoda tylko, że wiele ustaw, o których rząd i
posłowie koalicji głośno mówili w przeszłości, nie zostało nawet
skierowanych do Sejmu, bo PO „bała się”, że prezydent je zawetuje. Ale
nawet w tych przypadkach nie dano Lechowi Kaczyńskiemu szansy na
skorzystanie z prawa weta, aby prezydent dał dowody swojej, już
mitycznej, niechęci do rządowych „reform”. Tak zapewne stanie się
również z tą nagłaśnianą reformą finansów publicznych. Donald Tusk
będzie przez cały rok czarował Polaków, jakie to ma wspaniałe pomysły
budżetowe, ale ten „wstrętny prezydent” przeszkadza w ich realizacji.
Krokodyle łzy będą wylewać też inni politycy koalicji, zwłaszcza z PO.
Ale ta taktyka pokazuje, że nie chodzi o to, by złapać króliczka, ale
aby go jak najdłużej gonić. Bo a nuż prezydent by ustawę podpisał i
trzeba by ją zrealizować? Nie byłoby wtedy miejsca na szukanie tanich
usprawiedliwień. Bo i premier, i minister finansów wiedzą, że reformy
finansów nie przeprowadzi się w ciągu kilku miesięcy.
Możemy sie
obawiać, że znowu będziemy uspokajani przez rząd, iż co prawda sytuacja
naszych finansów jest rzeczywiście poważna, ale w innych krajach,
bardziej od nas rozwiniętych, jest jeszcze gorzej, bo mają one wyższy
deficyt i wyższy dług publiczny liczony w stosunku do PKB. Marna to
jednak pociecha.
Prywatyzacja za pół darmo
Przyszły
rok ma stać pod znakiem największej od lat prywatyzacji firm
państwowych lub tych, w których państwo ma większościowy pakiet akcji.
Do sprzedaży ma zostać skierowany m.in. nasz największy ubezpieczyciel
– PZU, a ponadto udziały państwa w KGHM Polska Miedź, kopalni
„Bogdanka” oraz w firmach energetycznych: PGE, Enea, Energa i Tauron, a
także Giełdzie Papierów Wartościowych. Minister skarbu Aleksander Grad
spodziewa się, że z tych prywatyzacji do budżetu wpłynie co najmniej 25
mld złotych, ale jest szansa nawet na 30 mld złotych. Grad chwali się,
że będzie to najlepszy pod względem finansowym wynik wpływów ze
sprzedaży majątku państwowego od 1989 roku. Poprzedni rekord – ponad 27
mld zł – padł w 2000 roku, gdy większość wpływów prywatyzacyjnych
stanowiły przychody ze sprzedaży France Telecom większościowego pakietu
akcji Telekomunikacji Polskiej.
W przyszłym roku prywatyzacja ma być
istotnym elementem ratowania budżetu, ale zdaniem wielu ekspertów jest
to podstawowy błąd całego programu prywatyzacyjnego. Chodzi przecież
nie tylko o pozbywanie się „najcenniejszych sreber”, ale i o to, że nie
uzyskamy za sprzedawane przedsiębiorstwa ceny adekwatnej do ich
wartości. Przecież w przyszłym roku dalej będą o sobie dawać znać
skutki światowego kryzysu ekonomicznego, który spowodował m.in.
zmniejszenie zainteresowania nabywaniem akcji prywatyzowanych
przedsiębiorstw, nie tylko w Polsce. Jeśli więc Ministerstwo Skarbu
Państwa będzie chciało tych inwestorów przyciągnąć, będzie musiało
pójść im na rękę i obniżać ceny akcji. To prawda, że znaczna część
przedsiębiorstw, które mają zostać sprzedane, to atrakcyjne spółki, np.
energetyczne, ale potencjalni kupcy wykorzystają kryzys do tego, aby
wymóc jak najniższą cenę. Z ich punktu widzenia jest to racjonalne
postępowanie, bo po co płacić za coś np. 2 mld zł, skoro można wydać
tylko połowę czy 75 proc. tej kwoty. W dodatku w przypadku zwłaszcza
przedsiębiorstw energetycznych może dojść do sytuacji, gdy wykupią je
zagraniczne koncerny, ale także będące własnością państwa szwedzkiego,
francuskiego czy niemieckiego. I co to będzie za prywatyzacja? Ale nie
o nią tu chodzi, lecz o pozyskanie miliardów dla ratowania budżetu w
roku wyborczym.
Sami się ratujemy przed kryzysem
Ekonomiści
przekonują, że my, Polacy, dobrze radzimy sobie z kryzysem, bo jesteśmy
na niego bardziej odporni niż mieszkańcy zachodnich państw. Jesteśmy
bardziej zaradni, ponadto wielu z nas pamięta dobrze jeszcze kryzysy
opoki schyłkowej PRL i obecne problemy gospodarcze w porównaniu z
tamtymi to drobne kłopoty. Szkoda tylko, że równie zaradny nie jest
rząd, który pozostaje na etapie szumnych zapowiedzi reform, ale nie
przechodzi do działania. Łatwiej jest jednak urządzać spektakle
medialne podczas obrad tej czy innej komisji śledczej, niż zająć się
rozwiązywaniem realnych problemów i stawianiem czoła poważnym
wyzwaniom, przed jakimi stoi nasz kraj.
