Wybory z bojkotem

Od godz. 9.00 do 20.00 czasu polskiego trwały wczoraj przyspieszone
wybory parlamentarne w Maroku, poprzez które król Mohammed VI usiłuje zapobiec
protestom, które w ostatnich miesiącach wstrząsały sąsiednimi krajami arabskimi.
Jednak nie dla wszystkich obywateli zaproponowane przez monarchę połowiczne
rozwiązania są satysfakcjonujące, w związku z czym wybory odbywały się w cieniu
bojkotu.

Wybory w Maroku zostały przyspieszone aż o 10 miesięcy, gdyż król Mohammed VI
chciał jak najszybszego utworzenia nowego rządu, który wdrożyłby reformy
zaaprobowane w ogólnonarodowym referendum przeprowadzonym 1 lipca. Polegają one
m.in. na przeprowadzeniu zmian w konstytucji, które mają umocnić rolę premiera i
parlamentu, oraz wzmocnić niezawisłość sądów. Jednak, jak zauważają
komentatorzy, przekazanie części uprawnień króla na rzecz wybranych
przedstawicieli nie spowoduje znacznego osłabienia jego pozycji. Monarcha w
dalszym ciągu zachowa decydujący głos w najważniejszych kwestiach związanych z
obroną, bezpieczeństwem i religią. Nic więc dziwnego, że propozycje króla są
kwestionowane przez tysiące Marokańczyków, którzy od marca systematycznie, raz w
tygodniu, protestują w głównych miastach kraju. Na dzień wyborów z kolei
zapowiadali bojkot.
Pierwsze oficjalne wyniki wyborów parlamentarnych spodziewane są w niedzielę.
Jak zauważa telewizja BBC, na dobry wynik w głosowaniu mogą liczyć opozycyjni
umiarkowani islamiści z Partii Sprawiedliwość i Rozwój (PJD) i nowa koalicja
liberałów blisko związanych z królem. Prawdziwym jednak testem legitymizacji
władz będzie to, ile osób z około 13 mln uprawnionych (na 32 mln obywateli),
pójdzie do urn, a ostatnie sondaże wróżyły raczej niską frekwencję. Jednym z
powodów tego stanu rzeczy – poza bojkotem – jest z pewnością słaba kampania
przedwyborcza zarówno w mediach, jak i na ulicach. Plakaty i huczne wiece
wyborcze zostały zastąpione przez suche i oficjalne transparenty nawołujące
Marokańczyków do "spełnienia obywatelskiego obowiązku". Inni obywatele w
rozmowach z zagranicznymi korespondentami podkreślali, że nie będą brać udziału
w wyborach, ponieważ – ich zdaniem – "one i tak nic nie zmienią". Dlatego też
komentatorzy obawiają się, że frekwencja może okazać się jeszcze niższa niż ta z
2007 roku, kiedy to do urn udało się zaledwie 37 proc. uprawnionych.

 

MBZ

drukuj