„Wprost” szatkuje zeznania pod swoje oszołomskie tezy
Spreparowany przez tygodnik "Wprost" materiał na temat okoliczności
katastrofy smoleńskiej bazujący na lekturze 57 tomów akt śledztwa, w których
posiadanie weszli dziennikarze, wygląda na pisany pod z góry założoną tezę.
Autorzy publikacji, wpisując się w obowiązujący trend, w sposób nieuprawniony
lansują tezy o odpowiedzialności pilotów, prezydenta RP i dowódcy Sił
Powietrznych za katastrofę, przy okazji tylko wspominając o roli strony
rosyjskiej. Tak zaprezentowany obraz okoliczności zdarzeń z 10 kwietnia rozmija
się jednak z tym, co naprawdę wiedzą prokuratorzy.
Autorzy publikacji "Zapis śmierci" w tygodniku "Wprost" zapewniali, że nie
próbują zastępować ani sądu, ani prokuratury, a wyrywkowo prezentując zawartość
57 tomów akt smoleńskiego śledztwa, chcą, by to czytelnicy sami mogli ocenić, co
stało się 10 kwietnia br. Tak wyrażone intencje zostały jednak poparte bardzo
subiektywną oceną i wyborem prokuratorskich akt. W efekcie zaprezentowany
materiał stanowi kolejną cegiełkę w serwowanym Polakom i opinii międzynarodowej
od chwili katastrofy scenariuszu mówiącym o rzekomych naciskach na załogę
Tu-154M, winie pilotów oraz gen. Andrzeja Błasika.
Z pewnością wielkim nadużyciem dziennikarzy jest próba obciążenia gen. Błasika
za tragiczne zdarzenie. Wprawdzie nie przyznano wprost, że siedział on za
sterami tupolewa, ale przywołane zeznania świadków mają uprawdopodobnić taką
wersję. Tygodnik dowodzi też, że ta kwestia jest przez prokuraturę traktowana
bardzo szczególnie. Rzeczywistość temu przeczy.
– Z pewnością nie można powiedzieć, że śledczy ze szczególną atencją przyglądają
się działalności gen. Błasika i jego ewentualnemu pobytowi w kokpicie Tu-154M.
Owszem, ten wątek się pojawia, ale w trakcie przesłuchań rodzin pilotów – ocenia
nasz informator.
Jak zauważa, w materiałach, które znają śledczy, wbrew relacji "Wprost" nie roi
się od opowieści o generałach, którzy siadali za sterami samolotów. Jest za to
przemilczana informacja o tym, że za sterami, na miejscu drugiego pilota, siadał
obecny dowódca Sił Powietrznych gen. Lech Majewski. Dlaczego ta informacja
została przeoczona przez dziennikarzy?
Tego samego dnia, w którym pojawiły się rewelacje "Wprost", wątek o szalonym
generale, który zniszczył polski samolot rządowy (w domniemaniu chodzi o gen.
Błasika), podały rosyjskie portale.
W publikacji "Wprost" dominują sugestie i domysły. "Ujawniane" są zeznania
świadków o tym, że gen. Błasik siadał za sterami jaków – do czego miał
uprawnienia – i na kanwie tego próbuje się wywieść, że mogło się to także
zdarzyć na Tu-154M (choć "Wprost" przyznaje, że odpowiedzi na to pytanie wciąż
nie ma). By jednak wywrzeć na czytelniku wrażenie, że gen. Błasik mógł
przesadzić, przywoływane są zeznania rodzin pilotów, w których podkomendni mieli
skarżyć się na swojego dowódcę, a to za wysokie wymagania, jakie stawiał, za
ciężkie szkolenia survivalowe dla pilotów, czy też osobiste nadzorowanie
zwolnień lekarskich pilotów.
Kolejnym odpowiedzialnym za katastrofę według "Wprost" staje się Lech Kaczyński,
prezydent RP, którego największą wadą było to, że często się spóźniał. To
dlatego – jak czytamy w tygodniku – załoga nie lubiła z nim latać. By wywrzeć
większe wrażenie, autorzy odwołali się do zeznania wdowca po funkcjonariuszce
BOR, w którym zawarta została ocena, jakoby w 90 procentach spóźnienie
prezydenta RP było przyczyną tragedii (przez to piloci działali pod presją
czasu), a w 10 proc. za wypadek odpowiadają Rosjanie. Autorzy zauważyli, że to
"nie do końca sprawiedliwy zarzut", ale mimo to zdecydowali się na jego
publikację. Tymczasem przy organizacji lotu 30-minutowe przesunięcie godziny
wylotu w formalnych dokumentach lotu nie jest jeszcze nawet uznawane za
spóźnienie.
Wygodna selekcja
Dlaczego przywiązuje się tak dużą wagę do tych zeznań, a nie napisano, że w
aktach są zeznania rodzin członków załogi, które wyraźnie życzą sobie, by
zaprotokołować, iż są zbulwersowane działalnością Edmunda Klicha i próbami
obarczania odpowiedzialnością za całość katastrofy wyłącznie pilotów i gen.
Błasika? – Jeżeli dziennikarze nie mieli czasu, by dokładnie przejrzeć ten
obszerny materiał, to nie powinni na ten temat pisać i deformować zawartości
akt. A jeżeli widzieli te zeznania, to tym bardziej z ich działań wypływa
wyłącznie chęć "skrojenia" tekstu pod z góry założoną tezę – zaznacza nasz
rozmówca. Jak zauważa, prokuratorski materiał jest bardzo ciekawy i pozwala
pytać o działalność strony rosyjskiej – sprawy w "raporcie" tygodnika niemal
przemilczanej.
Prokuratura dysponuje m.in. zeznaniem jednego z żołnierzy specpułku, który
zdementował dotychczas pojawiające się informacje na temat obecności tzw.
liderów na pokładach polskich samolotów lądujących w Rosji. Jego zdaniem, w
przypadku kwietniowego lotu to Rosjanie zrezygnowali z użyczenia nam lidera. Co
więcej, do kwietnia br. było tak, że ich obecność na pokładzie była warunkiem
wejścia w przestrzeń powietrzną Federacji Rosyjskiej. Jednak tego ważnego
zeznania dziennikarze "Wprost" nie zauważyli. Dlaczego nie poszukali odpowiedzi
na pytanie o powody takiej decyzji?
Przemilczano chociażby zeznanie urzędnika z Kancelarii Prezydenta RP, który od
lat zajmował się organizacją wizyt na terenie Federacji Rosyjskiej. Tymczasem
prokuratura ma jego relację, że Rosjanie zawsze stwarzali problemy, jeśli chodzi
o lądowanie polskich samolotów w Smoleńsku… a tym razem problemów nie było. Ta
kwestia także nie zaniepokoiła "Wprost".
Tygodnik Tomasza Lisa powinien się dokładniej przyjrzeć materiałom z
przesłuchania smoleńskiego kontrolera Pawła Plusnina. Pod protokołem musiał
podpisać się prokurator Ireneusz Szeląg, szef Wojskowej Prokuratury Okręgowej w
Warszawie. Okazuje się, że w trakcie tej rozmowy nie padły pytania o wyposażenie
lotniska, przygotowanie do wizyty, sprzęt, a samo przesłuchanie było bardzo
standardowe. – Te pytania były "minimalnie dociekliwe". Oczekiwałbym, że nasz
prokurator, który przesłuchuje osobę, która była odpowiedzialna za ten lot,
która widziała samolot na radarze, maksymalnie wykorzysta wiedzę świadka, mając
świadomość, że może nie będzie drugiej takiej okazji – zaznacza nasz rozmówca.
Oczywiście należało się spodziewać, że na pewne pytania Plusnin nie udzieliłby
odpowiedzi, ale nie widać nawet śladu próby uzyskania kluczowych odpowiedzi.
Podobnych dziennikarskich uchybień jest więcej. To m.in. przemilczana kwestia
rozbieżnych informacji przekazywanych przez funkcjonariuszy BOR dotyczących
miejsca katastrofy i stanu ciała prezydenta RP. Pomija się kwestię dotyczącą
nieodzyskanych dotąd terminali BalckBerry należących do gen. Franciszka Gągora i
gen. Andrzeja Błasika.
Okazuje się, że mimo oficjalnych zapewnień, iż w samolocie nie było urządzeń
wrażliwych, rzeczywistość jest inna. Prokuratorzy mają tego ślad chociażby w
postaci zapytania kierowanego przez Ministerstwo Obrony Narodowej do prokuratury
na temat stanu jej wiedzy o losie tych urządzeń.
To nie jedyne nieodzyskane urządzenia. Kilka dni po katastrofie prywatny telefon
jednego z BOR-owców był uruchamiany. Aparat nie wrócił do Polski, podobnie stało
się z wieloma pamiątkami, kosztownościami, laptopami należącymi do pasażerów
Tu-154M. To rodzi pytania o to, co działo się tuż po wypadku na miejscu
katastrofy.
"Wprost" napisało też o telefonie śp. posła PSL Andrzeja Deptuły, który nagrał
się na skrzynce pocztowej telefonu swojej żony w momencie katastrofy. W ocenie
posła Antoniego Macierewicza (PiS), szefa parlamentarnego zespołu ds. katastrofy
smoleńskiej, ujawniona informacja o telefonie posła Deptuły kwestionuje
dotychczas przekazywany przebieg wydarzeń. – Wydaje się, że ten zapis
telefoniczny pokazuje nam wydarzenia, które się działy w powietrzu, a więc tu
mamy opis katastrofy. Te dźwięki mówią o rozpadającym się samolocie w powietrzu,
a nie na ziemi – zaznaczył Macierewicz. Jak zapewnił, w miniony piątek u
marszałka Sejmu został złożony wniosek zespołu o pilną informację premiera
Donalda Tuska na temat dotychczasowych działań podejmowanych przez organy
państwa w celu wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej.
Z niecierpliwością czekamy, aż "Wprost" opublikuje historię korespondencji
pomiędzy prokuraturą a Żandarmerią Wojskową, która nie miała pojęcia, w jaki
sposób bezpiecznie przewieźć do laboratorium zabezpieczone próbki materiału
genetycznego i kiedy poczyniono starania, by ustalić listę instytucji, które
byłyby zdolne do wykonania tego zadania…
Marcin Austyn
