Wielki Papież czasu totalitaryzmów
Żaden z segmentów biografii Piusa XII nie jest tak przesycony tendencyjnymi, otwarcie oszczerczymi wątkami, jak stanowisko Papieża wobec Żydów w czasie wojny.
Eugenio Pacelli, rzymianin, urodzony 3 marca 1876 r., zasiadał na tronie papieskim od 2 marca 1939 r. do 9 października 1958 roku. Przybrał imię Pius, zapewne sygnalizując w ten sposób, że jego pontyfikat podobny będzie do poprzedniego, choć jego podobieństwo do pontyfikatu Piusa XI jest pod wieloma względami problematyczne.
Pełnia władzy i bezsiły
Pius XII od najmłodszych lat kapłaństwa był dyplomatą, pamiętał czasy Benedykta XV i sekretarza stanu Pietro Gasparriego. Można u niego zauważyć klasyczną, ale bardziej do XIX aniżeli do XX wieku przystającą manierę dyplomatyczną. Jej rygory zaciążyły nad pontyfikatem przypadającym na czasy, które w historii ludzkości stanowią tragiczny precedens. W nowej sytuacji nie sprawdzały się klasyczne kanony rządzenia sferą ocierającą się o profanum, o to, co zależało od polityków i od sytuacji przez nich stwarzanych. Pius XII przez bez mała połowę swego 19-letniego pontyfikatu musiał stawiać czoła najgorszej postaci tego profanum, odartego z wartości nie tylko chrześcijańskich, ale nawet ludzkich. Czy był do takiej roli przygotowany? I tak, i nie. Nuncjusz w Niemczech weimarskich, świadek klęski Rzeszy kajzerowskiej, doświadczył w Monachium w 1919 r. rewolty komunistycznej. Rzec by można, nawet na jakiś sposób bolszewickiej. Na całe życie pozostało mu przekonanie, że bolszewizm w każdej odmianie jest największym złem, jakiego ludzkość może doświadczyć. Od początku lat dwudziestych ks. kard. Pacelli śledził faszyzm we Włoszech. Trzeba było się pogodzić z zapędami dyktatorskimi Mussoliniego i złagodzonym w porównaniu z hitlerowskim totalitaryzmem – była to cena za traktaty laterańskie i konkordat 1929 roku. Potem przyszło doświadczenie hiszpańskie. Znowu trzeba było zapłacić za utrzymanie katolicyzmu przy życiu. Ks. kard. Pacelli – sekretarz stanu, dyplomata i architekt polityki Stolicy Apostolskiej u boku Papieża Piusa XI, potrafił w wielu sprawach być radykalny. Mistrz w konstruowaniu konkordatów, umiejący przełknąć porażkę konkordatu z 1933 r. z nazistowską Rzeszą. Chociaż pytanie, czy była to w końcu porażka, skoro tamtejszy Kościół znalazł się poza nawiasem życia społecznego, zatem nie był narażony na kolaborację z reżimem? W pojęciu ks. kard. Pacellego oznaczało to jego względne bezpieczeństwo, na ile w III Rzeszy w ogóle ktoś mógł czuć się bezpiecznie. Być może nie dość wnikliwie przewidziano, jaką odpowiedzialnością moralną trzeba będzie płacić za to złudne poczucie bezpieczeństwa.
Można by długo jeszcze w biografii Piusa XII wymieniać paradoksy, ale problem jest dość przejrzysty i pozwala się zdefiniować w kilku słowach. Po prostu wszystko, co nastąpiło po 1 września 1939 r., przekreślało funkcjonowanie misternie i z zegarmistrzowską precyzją zaprogramowanego mechanizmu działania Watykanu i Stolicy Apostolskiej. Nowy pontifex dokładnie pół roku po przyjęciu tiary stanął wobec nieznanego wcześniej doświadczenia i zarazem przerastającego wszelką wyobraźnię ludobójstwa.
Biografia pisana uprzedzeniem
Żaden z papieży przed Piusem XII nie może się poszczycić taką liczbą opracowań na swój temat. Jest to kilkadziesiąt tysięcy mniejszych lub większych tekstów, oprócz tego bogata dokumentacja drukowana, odnosząca się wprawdzie tylko do II wojny światowej (11 tomów). Mimo to brak kompetentnej, naukowej biografii Piusa XII. Tematy, które przede wszystkim są poruszane w związku z tym Papieżem, to jego stosunek do wojny i stron walczących, do mordu popełnionego na Żydach, wreszcie do Niemiec i Niemców. Prawda, że pontyfikat ten naznaczony był od samego początku wojną, ale to nie jej losy i okrutne wydarzenia z nią związane wypełniają misję pasterską Piusa XII. Był to Papież, bez którego być może nie byłoby Soboru Watykańskiego II – to on bowiem rozpoczął odnowę na wielu odcinkach życia kościelnego, on zdynamizował ewangelizację świata, kładąc nacisk na inkulturację, pojęcie dopiero później zadomowione w pracy misyjnej. Trudne doświadczenia czasu wojny uwrażliwiły go na niebezpieczeństwo totalitaryzmów, toteż niezwykle jasno określił postawę katolików wobec komunizmu, a słuszność tego werdyktu potwierdziły dopiero wydarzenia końca XX wieku.
Pius XII był postacią monumentalną. Biło od niego dostojeństwo i może dlatego wydawał się zdystansowany do otoczenia. Jego gesty i pasterskie słowa miały w sobie coś profetycznego i może dlatego bardziej budziły respekt, aniżeli miłość i przywiązanie. Porównanie z Janem XXIII może tu w pewnym sensie dopomóc w uzmysłowieniu sobie cech osobowych Piusa XII.
Wszystko to nie usprawiedliwia stronniczości, a nawet często przewrotności w ocenach, jakich temu Papieżowi nie szczędzili zarówno jego wrogowie, jak i gorący zwolennicy. Aby powiedzieć coś o Piusie XII, a nie pójść zarazem utartymi szlakami wielu poświęconych mu opracowań, należy przede wszystkim szukać korzeni tego rzucającego się w oczy, zbytnio uproszczonego schematu, w jaki wtłacza się jego postać. Zdumienie budzi rola, jaką odegrały dwa utwory poświęcone Piusowi XII, które ukazały się prawie równocześnie, i choć różne pod każdym względem, posiadają jednak jedną wspólną cechę. Jest to pierwszeństwo dane wyobraźni, fabule, fragmentarycznym, wybiórczym odniesieniom do źródeł, w miejsce rzetelnej ich analizy. Ilość tych źródeł jest tu zresztą nikła, a ich jakość – podrzędna. Chodzi o książkę Carla Falconiego („Il silenzio di Pio XII”, 1965) oraz sztukę sceniczną Rolfa Hochhutha („Namiestnik”) wystawioną po raz pierwszy w Berlinie w 1963 roku. Obaj autorzy doszukują się u Papieża oznak jakiegoś kryzysu w obliczu wydarzeń spowodowanych wojną. Źródła tego kryzysu upatrują w psychice, światopoglądzie i preferencjach politycznych ks. kard. Pacellego. Tam też widzą przyczynę jego „milczenia” w chwilach, kiedy winien był podnieść głos z nakazu sumienia.
Samo założenie, iż reakcje Papieża na okropności wojny były konsekwencją jakiegoś bliżej niezdefiniowanego kryzysu, ukazywanie Piusa XII jako bezdusznego urzędnika, kierującego się rutyną pragmatyka, zatroskanego o własne bezpieczeństwo, ewentualnie swoich współbraci w wierze, za których jedynie czuł się odpowiedzialny, powoduje, iż zamiast rozpoznawalnego portretu uzyskujemy karykaturę nie tyle papieża, ile po prostu człowieka. Pius XII był bowiem niezwykle doświadczonym politykiem, nadto bogatym w wiedzę o świecie, w którym pasterzował. System hitlerowski znał lepiej niż ktokolwiek inny, podobnie trzeźwo oceniał potencjał katolicyzmu niemieckiego, ale też nie mniej jasno widział grożące mu ze strony nazizmu niebezpieczeństwa. Pius XII działał zawsze według zasady, iż przede wszystkim należy brać pod uwagę skutki działania. Tam, gdzie pusta demonstracja mogła przynieść szkodę tym, na korzyść których zabierał głos, świadomie milczał lub szukał innych sposobów działania. W ten sposób pomógł Żydom węgierskim poprzez swego nuncjusza w Budapeszcie Angelo Rottę. Podobnie gdy chodzi o Żydów włoskich narażonych na holokaust z chwilą zajęcia Włoch przez Niemców. Przedkładał konkretną pomoc, owocną w tysiącach przypadków, nad frazeologię, choćby najbardziej wzniosłą. To, że nie zawsze mógł skutecznie zapobiec zbrodni, rozumie każdy, kto posiada choćby elementarną wiedzę o II wojnie światowej.
W pierwszych latach powojennych Żydzi manifestacyjnie okazywali Piusowi XII wdzięczność za wyświadczoną w czasie wojny pomoc. W połowie lat sześćdziesiątych, niewątpliwie z inspiracji sztuki Hochhutha, rozpoczęły się ataki na Piusa XII, oskarżanie go o obojętność na masakrę Żydów. Niemal jednocześnie (1967) odezwał się w tej sprawie filozof religii, Żyd, Pinchas Lapide, który stronniczo oceniając potawę chrześcijan w czasie holokaustu, bronił jednak Piusa XII, szacując nawet, iż z jego poręki ok. 860 tys. Żydów zostało uratowanych. Lapide uważał, że katolicy ratujący Żydów działali po myśli Papieża. Z późniejszych żydowskich badaczy holokaustu David Dalin, opierając się na źródłach, podważał zasadność ataków na Piusa XII. Jednak w miarę jak urealniała się jego beatyfikacja, wzmagały się też ataki. John Cornwell, brytyjski dziennikarz, nazwał nawet Piusa XII papieżem Hitlera, a żydowski historyk Daniel Goldhagen obciążał go moralną winą za holokaust. Dziwna rzecz, im liczniejsze źródła wskazują na dokonania papieskie mające na celu ratowanie Żydów, tym więcej zaraz pojawia się paszkwili odzierających z czci Piusa XII. Przy tym w jego obronie podnosi się więcej głosów żydowskich niż chrześcijańskich. Żaden z segmentów biografii Piusa XII nie jest tak przesycony tendencyjnymi, otwarcie oszczerczymi wątkami, jak stanowisko Papieża wobec Żydów w czasie wojny.
Pius XII monitowany przez Polaków, zarówno polityków, jak i hierarchów Kościoła, o zabranie głosu w sprawie eksterminacji Narodu Polskiego długo się wahał, a w 1943 r., kiedy odpowiedni dokument był już przygotowany, ks. abp Adam Stefan Sapieha, zapytany, czy taka wypowiedź będzie na czasie, dał odpowiedź negatywną, co powstrzymało Ojca Świętego od zabrania głosu. Jednak powojenna historiografia polska – krajowa – kreśliła obraz Piusa XII wyłącznie pod kątem jego rzekomego germanofilstwa lub też powiązań z imperializmem zachodnim i wrogości wobec „miłujących pokój” Związku Sowieckiego oraz krajów socjalistycznych.
Nie milczał więc Papież – co mu zarzucano – w 1939 r., kiedy wojna wisiała na włosku. Jego wysiłki dyplomatyczne podejmowane w celu jej zapobieżenia są znane, ale w historiografii polskiej niechętnej Kościołowi i Stolicy Apostolskiej wysuwano zarzut, że Papież chciał nakłonić rząd polski do zgody na żądania Hitlera. Rzecz jasna, że było to niewykonalne, ale zrozumiałe jest też to, iż dla uniknięcia wojny żadna cena nie wydawała się wtedy zbyt wysoka. Pius XII niechętnie nazywał po imieniu sprawców zbrodni, ponieważ stale liczył na skuteczność środków dyplomatycznych. Przekonał się w 1942 r., że Hitler nie mógł w tym przypadku być partnerem, gdyż wykluczył on każdą interwencję nuncjusza berlińskiego Cesare’a Orseniga na rzecz Polaków, grożąc zerwaniem kontaktów z nuncjuszem. O położeniu kresu wojnie, a przynajmniej o przeszkodzeniu w jej rozprzestrzenianiu się – tak było w przypadku zabiegów o powstrzymanie Włoch od przystąpienia do wojny – myślał Papież także we wczesnej fazie działań wojennych, podejmując nawet pośrednictwo między aliantami i niektórymi niemieckimi generałami przed uderzeniem w maju 1940 r. na Francję. Gdyby Niemcy opanowali Wyspy Brytyjskie i natrafili na ślady tych kontaktów, Papież musiałby się liczyć nawet z obozem koncentracyjnym.
O komunikowaniu się w sprawach, które nie mogły dojść do wiadomości Niemców czy Włochów, nie mogło być mowy, ponieważ Watykan otoczony był służbami wywiadowczymi tych państw i nie istniał żaden szyfr, który zapewniałby tajność depesz watykańskich. Imputowanie Piusowi XII obaw o swoje własne bezpieczeństwo, obojętności wobec ogromu nieszczęść i zbrodni, działania z pobudek germanofilskich, a nawet pod wpływem nadziei na krucjatę antybolszewicką podjętą przez Hitlera – to zarzuty powtarzające się w wielu opracowaniach (oprócz wymienionych: John Caroll, Garry Wills, Susan Zuccotti). Nie znajdują one żadnego potwierdzenia w źródłach i są owocem nietajonej awersji do osoby Piusa XII.
Nie można się dziwić, że ogólnoświatową dyskusję nad pontyfikatem Piusa XII animują prace w językach zachodnich, zwłaszcza angielskim, choć z drugiej strony, nie licząc wydawnictwa źródłowego („Actes et documents relatifs ? la seconde guerre mondiale”) i doskonałego streszczenia tego dzieła przez Pierre’a Bleta, poważniejszy wkład w krytyczną historiografię Piusa XII ma tu tylko książka amerykańskiego prawnika polskiego pochodzenia Johna Rychlaka („Hitler, the War and the Pope”, 2000), w której autor mimo swej sympatii dla postaci Piusa XII stara się o rzeczową analizę dokumentów i bezstronne konkluzje.
Nauczyciel i pasterz
O Piusie XII pisano zatem z różnych pozycji ideologicznych, światopoglądowych, politycznych. Prawie nigdy wszakże sine ira et studio. Bo także życzliwi mu autorzy starali się usuwać w cień trudne momenty pontyfikatu – a przecież ich nie brakowało – i podkreślać dokonania świadczące o wielkości Papieża. Nade wszystko jednak dawało o sobie znać uprzedzenie, ponieważ pontyfikat ten przypadał nie tylko na czas wojny. Ona – to prawda – zdominowała sąd o Piusie XII, i w tym właśnie tkwi ów bakcyl stronniczości, który zatruwa do dziś każdą myśl o tym Papieżu. Z drugiej jednak strony niepostrzeżenie, już po wojnie, jawi się zupełnie nowy element rzutujący na ocenę pasterzowania Piusa XII. Jest to rewolucja na wielu płaszczyznach. Moralna, pokoleniowa, kontestująca niemal wszystko, co miało swe źródło w tradycji. Była to nowa odmiana modernizmu także – a w odniesieniu do tego pojęcia, przede wszystkim – w teologii, która chce nadążać za koncepcją człowieka i jego czasu tu, na ziemi, według receptur względności obecnych nie tylko w naukowej eksplikacji świata, ale także w pojmowaniu egzystencjalnym prawd teologicznych. Pius XII był samoukiem w wielu dziedzinach, także świeckich; był ciekawy dróg, jakimi kroczył postęp. Wbrew temu, co niekiedy o nim sądzono, nie odrzucał go, lecz szukał sposobów na jego pogodzenie z prawdami niezmiennymi i odwiecznymi. Mówiono o nim, że zabierał głos w wielu kwestiach niemających pozornie związku z jego posłannictwem i zarzucano mu w dziedzinach świeckich „dyletantyzm”, często jednak był podziwiany przez koła fachowe stykające się z wypowiedziami Papieża. W dziedzinie teologicznej Pius XII doskonale odróżniał nowoczesność budującą od tej jałowej, wzbudzającej chwilowe efekty i trwałe straty. Tak było w przypadku nowych metod badań biblijnych (encyklika „Divino afflante Spiritu”, 1943), w ożywianiu uczestnictwa wiernych w Eucharystii (encyklika „Mediator Dei”, 1947), w reformach liturgicznych zapoczątkowanych zmianami w liturgii Wielkiego Tygodnia (1951). Dopuszczał także częściowo języki narodowe do liturgii, dostosował post eucharystyczny do nowych warunków duszpasterskich. Na polu kultu maryjnego jego dziełem było ogłoszenie dogmatu o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny (1950), wprowadzenie święta Maryi Królowej Świata (1954). To Pius XII uznał prawdziwość objawień fatimskich. W encyklice „Humani generis” (1950) ostrzegał przed tzw. nową teologią, hołdującą tendencjom pewnego podporządkowania myślenia teologicznego modnym prądom filozoficznym i kulturowym. Papież wykluczał jakikolwiek relatywizm, zarówno moralny, jak i w odniesieniu do dogmatu. Zabierał także głos w sprawach genetyki, potępiał wszelkie sposoby sztucznego zapłodnienia. Jasno postawił sprawę przynależności katolików do partii wyznających ateizm (1949), grożąc za to ekskomuniką. Dla krajów komunistycznych, które stały się nimi wbrew woli większości obywateli, dekret papieski stanowił trudny problem.
Pontyfikat jak skała
Pius XII rozumiał świat, w którym żył. Z kolei ten często nie rozumiał jego. Wielką wagę przykładał Papież do roli środków społecznego przekazu. Wskazywał na ich ważność w encyklice „Miranda prorsus” z 1957 roku. Sam doświadczył dobrego i złego oddziaływania mediów, widział jednak w nich szanse na przekazywanie prawdy ewangelicznej. Dostrzegał też konieczność nowego ujęcia zaleceń Soboru Trydenckiego, którego uchwały, z racji przerwania Soboru Watykańskiego I, regulowały całe życie kościelne. Jego zamiar zwołania soboru musiał upaść ze względu na podeszły wiek Papieża. Jednak przygotowania do soboru nie poszły na marne i pozostawiły ślad, który zaznaczył się w pracach nad schematami Soboru Watykańskiego II.
Polska karta pontyfikatu Piusa XII wypełniona jest oczywiście głównie zapisem wojennym. W 1945 r. Papież udzielił ks. kard. Augustowi Hlondowi, który wyjeżdżał do Polski, specjalnych pełnomocnictw dla regulacji kościelnych w Polsce opanowanej przez komunistów. Ten niezupełnie wyjaśniony wątek spotkania z Papieżem był mocno przez stronę niemiecką kwestionowany. Na mocy pełnomocnictw Prymas Polski dokonał nowego podziału dawnych niemieckich terytoriów kościelnych przypadłych w 1945 r. Polsce, które obsadził polskimi administratorami. Pius XII, aczkolwiek nie do końca zgadzał się z takim obrotem rzeczy, dokonań Prymasa nigdy nie zakwestionował. Z jego ręki otrzymali kapelusz kardynalski ks. abp Adam Stefan Sapieha i Prymas Polski ks. abp Stefan Wyszyński. Pius XII musiał się pogodzić z nowym, niekonkordatowym modus vivendi między państwem a Kościołem w Polsce w postaci porozumienia z 14 kwietnia 1950 roku. Dopiero w czasie wizyty w Rzymie ks. kard. Wyszyńskiego w maju 1957 r. Prymas wyjaśnił Papieżowi swoją taktykę wobec władz komunistycznych. Trudno jednoznacznie orzec, czy przekonał do niej Piusa XII.
Oczkiem w głowie Papieża były misje, a właściwie tworzenie tubylczych wspólnot kościelnych. W 1939 r. konsekrował pierwszych czarnoskórych biskupów. To był przełom w globalnej posłudze ewangelizycyjnej Kościoła uwolnionego od zależności kolonialnych.
Pisze się często o tragizmie pon tyfikatu Piusa XII, o jego zahamowaniach w niektórych kwestiach, np. o zakazie działalności księży robotników we Francji. Zarzuca się mu także zbytnie zainteresowanie liturgią w czasie szalejącej zawieruchy wojennej. Nie są to zarzuty całkowicie ścisłe, zwłaszcza ostatni. Prawdą jest jednak, że Papież nie podporządkował wymogom wojny swych inicjatyw pasterskich i to jest właśnie jeden z elementów składających się na jego wielkość. Miał świadomość, iż szerzące się i chwilowo zwyciężające zło nie może być hamulcem budowania rzeczywistości Bożej w świecie, który bardziej niż kiedykolwiek właśnie jej wówczas potrzebował. Dorobek Piusa XII w tej dziedzinie okazał się płodny w dziele odnowy życia kościelnego trwającym w czasie następnych pontyfikatów. Budowano po prostu na solidnym fundamencie położonym przez Piusa XII.
Papież Pius XII zmarł w Castel Gandolfo 9 października 1958 roku. Już 18 listopada 1964 r. Ojcec Święty Paweł VI zapowiedział jego proces beatyfikacyjny, a 19 grudnia 2009 r. Benedykt XVI podpisał dekret o heroiczności cnót Piusa XII.
Ks. prof. Zygmunt Zieliński
Ks. prof. zw. dr hab. Zygmunt Zieliński – historyk, emerytowany profesor KUL. Specjalizuje się w historii najnowszej, w tym zwłaszcza kościelnej. Autor kilkuset publikacji, m.in. „Papiestwa i papieży dwóch ostatnich wieków” (cztery wydania), „Kościoła w Polsce 1944-2007” (w druku).
