Wahadło poparcia po stronie PiS

Z dr. Tomaszem Żukowskim, politologiem, wykładowcą na Uniwersytecie
Warszawskim, byłym doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego, rozmawia Bogusław
Rąpała

Platforma boi się nadchodzących wyborów parlamentarnych?
– Bez wątpienia myśli o nich inaczej niż jeszcze kilka miesięcy temu. Znika
niedawna wiara w zdobycie bezwzględnej większości miejsc w obu izbach i
całkowite zdominowanie polskiej polityki. Zagrożony staje się nawet obecny stan
posiadania. Wyraźny spadek notowań w sondażach uświadamia ludziom Platformy, że
w przyszłym parlamencie może ich być mniej niż w obecnym. Że po latach sukcesów
może przyjść czas politycznej bessy. Stąd kłopoty ze znalezieniem szefa
nadchodzącej kampanii ("Nikt nie chce brać na siebie odpowiedzialności za
ewentualną porażkę" – mówią anonimowi rozmówcy z PO). Stąd intensywność
wewnątrzpartyjnej walki o dobre ("biorące") miejsca na listach wyborczych.

Słaby wynik Platformy pogorszyłby także pozycję tej partii w powyborczych
koalicyjnych "układankach"…

– Potencjalni partnerzy byliby bez wątpienia bardziej wymagający niż PSL w roku
2007. Kłopoty z utrzymaniem roli szefa rządu (i z partyjnym przywództwem) miałby
też Donald Tusk. To dlatego już teraz pacyfikuje swojego najgroźniejszego rywala
(i potencjalnego następcę) – marszałka Schetynę. Stawka w tej grze jest jednak
znacznie wyższa niż konieczność zawarcia przez Platformę mniej komfortowej
koalicji czy prezesura Donalda Tuska. Część grup interesu popierających od 2005
roku Platformę z obawy przed wejściem w życie projektu IV RP zaczyna ostatnio
spoglądać w stronę Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Inne dają do zrozumienia, że
chętnie zobaczyłyby na polskiej scenie jakąś nową, centroprawicową inicjatywę,
która mogłaby zastąpić (lub przynajmniej uzupełnić) Platformę w roli gwaranta
ich wpływów. Dlatego największe wysiłki Tuska skupiają się dziś na tym, by
Platforma zachowała pozycję politycznego lidera "obozu anty-PiS-u".

Widać wyraźnie, że rząd przeforsowuje najdogodniejsze dla siebie przepisy
zakazujące emisji płatnych spotów wyborczych. Chce też wprowadzenia dwudniowych
wyborów.

– Dodam, że niedawno parlament obciął także dotacje dla partii. Co łączy
wszystkie te działania? Na pewno nie oszczędność pieniędzy. Odbierając budżetowe
środki partiom, dodano je przecież ważnym państwowym urzędom. Dziesiątki
milionów złotych kosztować też będzie drugi dzień głosowania. Wspólnym motywem
dokonanych zmian nie jest również chęć uzyskania społecznej aprobaty. Dwudniowe
wybory nie cieszą się przecież poparciem większości opinii publicznej.
Regułą tłumaczącą wymienione modyfikacje zasad politycznej rywalizacji jest co
innego: chęć osłabienia opozycji przez obóz władzy. Cięcia budżetowe i
ograniczenia dotyczące spotów i billboardów spowodują, że opozycji będzie
trudniej mówić własnym głosem. Codziennej nierównowagi położenia różnych
formacji w debacie publicznej nie będzie można choć w części równoważyć w czasie
kampanii wyborczych. 30-sekundowych spotów przygotowanych przez opozycję nie
zastąpią przecież w głównych stacjach telewizyjnych wielominutowe poważne
dyskusje organizowane przez bezstronnych dziennikarzy. To będą krótkie, często
dalekie od bezstronności, materiały w programach informacyjnych. To, co dla
danej partii szczególnie ważne, może być w ogóle pominięte. Tak jest w tej
chwili. Przypomnę niedawne wyciszanie przez media stanowiska głównej partii
opozycyjnej – Prawa i Sprawiedliwości – w sprawie patriotyzmu gospodarczego czy
reformy OFE. Obie te propozycje są – jak wiadomo z wielu badań – zgodne z
oczekiwaniami większości Polaków (którzy chcą i polskiego Lotosu, i prawa wyboru
między OFE a ZUS). Obie zostały praktycznie przemilczane.

Świadczy to o tym, że chce się zrobić z PiS partię zajmującą się tylko i
wyłącznie tematem katastrofy smoleńskiej.

– To jeden z głównych zarzutów stawianych tej partii przez środowiska dominujące
w mediach. Uważam go za podwójnie nieprawdziwy. Po pierwsze, dlatego że PiS
stara się przedstawiać w debacie różne ważne dla Polski tematy. Mówiliśmy o tym
przed chwilą. Po drugie, dlatego że wyjaśnianiem katastrofy smoleńskiej zajmować
się trzeba. I to, że wiemy o niej dziś coraz więcej, jest niewątpliwą zasługą
Prawa i Sprawiedliwości (a także wielu dziennikarzy i dziesiątków często
anonimowych ekspertów). Znamienne, że te same środowiska, które domagały się
"dnia bez Smoleńska", w ciągu ostatnich dni intensywnie wprowadzają do debaty
publicznej niesprawdzone wiadomości mające obciążać polskich lotników. Nie o
rezygnację z debaty im więc chodzi, lecz o narzucenie stanowiska.

Wzrasta liczba rozczarowanych rządami partii Donalda Tuska. Jakie czynniki
mają na to największy wpływ?

– Jest ich wiele. Przypomnę kryzys na kolei. Przypomnę też dyskusję w sprawie
OFE i ostre starcie rządu z Leszkiem Balcerowiczem. Niewątpliwie niekorzystnie
na notowaniach rządu odbił się ogłoszony przez MAK raport w sprawie katastrofy
smoleńskiej. Ale ważne jest i to, że zmienia się sytuacja społeczno-gospodarcza.
Obecny rok jest dla konsumentów znacznie gorszy od poprzedniego. Mamy do
czynienia z wyraźnym wzrostem cen podstawowych produktów i usług. Tego czynnika
lekceważyć nie wolno. Dotyka bowiem ludzkich portfeli.
Do tego dochodzi wyraźne "rozszczelnienie" Platformy wywołane wspomnianymi już w
naszej rozmowie konfliktami, a także zmiana linii znacznej części mediów. To
konsekwencja napięć w "obozie anty-PiS-u". Jego lewicowa część, jak mówiliśmy,
zerka ku SLD, krytykując równocześnie swojego niedawnego faworyta. Te wszystkie
czynniki razem wzięte powodują, że Platforma w sondażach traci.

Czy Prawo i Sprawiedliwość potrafi to wykorzystać?
– Platforma planowała po wyborach zbudować w Polsce system partii dominującej.
Próbowała zatrzymać wahadło politycznych nastrojów i preferencji wychylone
wyraźnie w jej kierunku. Jak widać, nie udało się tego planu zrealizować.
Wahadło zaczyna się przemieszczać od obozu rządowego w kierunku opozycji. W
końcu zeszłego roku i na początku obecnego korzystały na tym zarówno główna
partia opozycyjna (PiS), jak i Sojusz Lewicy Demokratycznej wspierany przez
kontrolowane w dużym stopniu przez siebie media publiczne, a także mogący liczyć
na życzliwość mediów komercyjnych. Z ostatnich badań wynika jednak, że trwalszym
beneficjentem kłopotów Platformy staje się nie SLD, tylko Prawo i
Sprawiedliwość. Działania tej partii polegające na równoczesnym zajmowaniu się
wartościami i interesami, polską tożsamością i kwestiami gospodarczymi zaczynają
przynosić efekt. Sojusz ma z tym – jak wynika z sondaży z końca lutego –
kłopoty. Nie sprzyja mu kontrofensywa Platformy próbującej odbudować swoje
uprzywilejowane relacje z centrolewicową częścią establishmentu.

Choć nie da się ukryć, że zwiększa się też tendencja zmierzająca do
skierowania sympatii wyborców rozczarowanych rządami PO na inne, mniejsze
formacje polityczne.

– To prawda. Ostatnie tygodnie pokazały jednak, że próby te były dotąd
ewidentnie nieskuteczne, a nad progiem wyborczym w różnego typu badaniach
pozostają zazwyczaj cztery partie, które weszły do parlamentu w poprzednich
wyborach. Nowe inicjatywy po chwilowym zwiększonym zainteresowaniu nimi ze
względu na ich nowość mają dziś bardzo poważne problemy.

Skoro jesteśmy przy nowych inicjatywach. Jaką rolę odgrywa PJN na obecnej
scenie politycznej?

– Niezależnie od tego, jakie były cele założycieli tej formacji, widać dziś, że
o jej początkowej dynamice decydowało wsparcie mediów głównego nurtu oraz
nadzieje Platformy, że nowa formacja będzie odbierać głosy Prawu i
Sprawiedliwości.

A może jest to jedna z szalup ratunkowych dla polityków PO, którzy obawiają
się słabego wyniku w wyborach?

– No właśnie. Jak dziś wiemy, możliwości pozyskiwania przez PJN wpływów w
elektoracie PiS są bardzo ograniczone. Równocześnie okazało się, że formacja ta
może stać się istotna w razie głębszego kryzysu wewnątrz Platformy. I odkąd to
wiadomo, wsparcie i życzliwość mediów głównego nurtu dla tej inicjatywy wyraźnie
maleje.

Nie da się ucieć od polityki, jak to proponowała Platforma w ostatnich
wyborach samorządowych. W debacie publicznej muszą znaleźć się wreszcie kwestie
ważne dla państwa. Czy będzie to szansa dla Prawa i Sprawiedliwości?

– Myślę, że tak. Z chwilą kiedy zaczyna słabnąć siła oddziaływania marketingu
opartego na kształtowaniu wizerunku, dzieleniu partii i polityków na tych
"trendy" i tych "obciachowych", pojawia się przestrzeń do dyskusji na serio. Do
rozmawiania o tym, co dla Polski najważniejsze. Debata na serio jest zresztą
potrzebna nie tylko partiom, ale – przede wszystkim – całemu społeczeństwu,
państwu. To, że spory polityków zaczynają wreszcie dotyczyć coraz częściej spraw
najistotniejszych: polskich interesów, tożsamości, wizji polityki wewnętrznej i
zagranicznej, to bardzo dobry objaw. Jeśli tak się dzieje, to polityka może
odzyskać "dobre imię". Uciec od takiego bardzo niedobrego stereotypu, według
którego jest czymś brudnym, czym nie należy się zajmować. Albo że jest jak
telenowela, której się przyglądamy, ale nieważne jest, kto co mówi, tylko jak
wygląda. To, że nasza debata powoli zmienia się na poważniejszą rozmowę na
serio, jest zasługą inicjatyw podejmowanych przez partie i media, ale także
przez tysiące ludzi w portalach internetowych. Przez tych wszystkich, którzy
nadal wierzą, że warto rozmawiać o tym, co najważniejsze.

Polacy dojrzewają do podejmowania świadomych wyborów politycznych? Czy w
nadchodzącej kampanii politycznej będą bardziej odporni na zagrywki
propagandowe, za to zaczną rozliczać polityków z ich obietnic?

– Większość ludzi jest zakładnikami sytuacji w dużym stopniu od nich
niezależnej, czyli tego, co się dzieje wśród tych, którzy tę debatę organizują,
bardziej ufa mediom niż samym partiom i politykom. I jest to zjawisko
występujące nie tylko w Polsce. Dlatego poprawa jakości debaty wymaga pluralizmu
w mediach. Pocieszające jest to, że dzięki niektórym mediom, wliczając w to
również internet, poszerzyło się pole debaty i możliwości wyrażania opinii dla
obozu konserwatywnego i republikańskiego.

Jak będzie wyglądała nadchodząca kampania wyborcza?
– Prognozując to, co się wydarzy jesienią, warto najpierw zastanowić się nad
tym, co stanie się wiosną. Przedwyborcza rywalizacja może składać się z kilku
etapów, które mogą różnie wyglądać. Kluczową kwestią jest stan Platformy za
miesiąc, dwa. Czy wewnętrzny kryzys w tej formacji zostanie, przynajmniej na
jakiś czas, opanowany, czy też napięcia jeszcze się nasilą? Jeśli to pierwsze,
latem i jesienią czekać nas będzie zapewne kampania zdominowana przez spór
Platformy Obywatelskiej z Prawem i Sprawiedliwością. Jeśli to drugie, wolno się
spodziewać scenariuszy, które mogą wielu zaskoczyć. Zastanówmy się na przykład,
co się stanie, jeśli niebawem któryś z sondaży poda informację, że PiS
wyprzedziło Platformę, zaś Sojusz zbliża się do tej formacji. Jak wtedy
zareaguje wahająca się część opinii publicznej, jak lewicowa część
"anty-PiS-owego" establishmentu? A przede wszystkim warto stawiać sobie pytanie,
co będzie się działo, jeżeli dalej utrzymają się sygnały świadczące o
pogarszaniu się stanu polskiej gospodarki, zwłaszcza kiedy konsumenci jeszcze
dotkliwiej odczują wzrost cen.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj