W państwie księcia kłamstwa

To trwa od 5 lat, od zwycięskich dla Prawa i Sprawiedliwości wyborów w 2005
roku. Oszczerstwa, kalumnie, obrzucanie błotem, poniżanie, poniewieranie – tak
właśnie traktowane jest PiS przez obecnie rządzącą partię. W hitlerowskich
Niemczech wrogiem wewnętrznym byli Żydzi, w ZSRS m.in. kułacy, w pierwszych
latach PRL m.in. działacze akowskiego podziemia, dziś w rzekomo wolnej Polsce
wrogiem wewnętrznym dla PO jest każdy popierający PiS.

Tragicznie zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego nazywano alkoholikiem i chamem
– bez żadnych konsekwencji. Tak zwany niezawisły sąd nie dopatrzył się w tym
obrazy pierwszego obywatela Rzeczypospolitej. W ciągu tych 5 lat, a zwłaszcza po
sukcesie Platformy Obywatelskiej w wyborach 2007 roku, spektakl nienawiści
przybrał na sile. Jeszcze wcześniej mówiono o "dorzynaniu watah", o "polowaniu
na kaczki" (obecny prezydent). Urzędujący premier obiecał opozycyjnej partii
PiS: "wyginiecie jak dinozaury". A jego nadworny trefniś Palikot jakże subtelnie
ironizował: "Zastrzelimy Kaczyńskiego, wypatroszymy go, a skórę wystawiamy na
sprzedaż w Europie". "Wyborcza", TVN-y i Polsaty z lubością powtarzały ustami
swoich najlepszych cyngli, co prominenci PO zadali do powtarzania. Wielki
"autorytet moralny" w łazienkowskim pałacu Na Wodzie ogłaszał "świętą" wojnę
polsko-polską. A inny starzec określał kandydata na prezydenta RP jako "hodowcę
zwierząt futerkowych". Czcigodny wicemarszałek Sejmu Stefan Niesiołowski miał
szczupły repertuar – nie wykraczał poza odsyłanie Jarosława Kaczyńskiego do
psychiatryka. Wszystko to działo się już po tragedii smoleńskiej, po której cały
Naród zamarł ze zgrozy. A wielka jego część uświadomiła sobie, w jak nikczemnym
spektaklu milcząco uczestniczyła przed 10 kwietnia 2010 roku. Blisko 8 milionów
Polaków wstało z kolan, liczni pospieszyli z całego kraju oddać hołd tragicznie
zmarłym na Krakowskim Przedmieściu, pod krzyżem, który harcerze ustawili na znak
pamięci i żałoby. Ten krzyż bardzo uwierał nowo wybranego katolickiego
prezydenta RP. Nie powiodła się próba jego usunięcia, bo w obronie stanęli
ludzie bezpartyjni z całej Polski, ludzie starsi i młodzież, świadomi, że ten
Chrystusowy znak jest zarazem istotną częścią ich narodowej tożsamości. Ich
prawa do godności i żałoby. Nie można było krzyża usunąć siłą – przeto zezwolono
(prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz wydała bezprecedensowe zezwolenie na
kontrmanifestację po godz. 23.00!!!) na "happening". Tak właśnie premier RP
pozwolił sobie określić skandaliczne wybryki pod krzyżem mętów i pospolitych
kryminalistów, satanistów i zdziczałej, zaćpanej młodzieży. Ten radosny
"happening" pluł na krzyż, szarpał i bił staruszki – starszy, chory człowiek
kopnięty w pierś przez "imprezowicza" zmarł w miesiąc potem. Wznoszono okrzyki:
"Chcemy Barabasza!".
Policja nie reagowała – najwyraźniej takie miała polecenie od stosownych władz.
Milczał warszawski Ratusz, premier, prezydent katolik. Czy można to ponure
widowisko określić inaczej niż jako triumf władcy ciemności i kłamstwa,
odwiecznego wroga Chrystusa i znaku Jego męki?
19 października w Łodzi do lokalu PiS wtargnął oszalały z nienawiści mężczyzna i
z okrzykiem: "Zabiję Kaczyńskiego, nienawidzę PiS!", postrzelił śmiertelnie
Marka Rosiaka i ciężko ranił nożem Pawła Kowalskiego, asystentów europosła i
posła. Po takich okrzykach nie ma najmniejszych wątpliwości, że był to mord
polityczny. Skutek paroletniej kampanii nienawiści rozwijanej w PO przeciw PiS.
I to właśnie słusznie powiedział Jarosław Kaczyński na konferencji prasowej.
Wystarczyło. Zagończycy znowu ruszyli – Niesiołowski powtórzył swoją starą
śpiewkę o psychiatryku, dyżurne tuby eksperckie jak przywoływany na takie okazje
SLD-owski profesor Kazimierz Kik, znany z "miłości do zgody" Waldemar Kuczyński,
czerwony dinozaur i hagiograf Gierka Janusz Rolicki i jak zawsze niezawodna
"Gazeta Wyborcza", piórem Marka Beylina. Ten ostatni, w podobnym duchu jak
wcześniej wymienieni, oskarżył Jarosława Kaczyńskiego, że jest odpowiedzialny za
mord na członkach swojej partii! Czemu nie – mógł Michnik wcześniej porównać
Jarosława do faszysty i – nieco mniej fortunnie dla dziejów własnej rodziny – do
KPP-owca, Beylin tylko doścignął mistrza.
Porównują niektórzy tę nagonkę i zabójstwo polityczne do zabójstwa prezydenta
Gabriela Narutowicza. Są jednak analogie głębsze i bardziej systemowe. Taki
spektakl nienawiści, jakiego świadkami jesteśmy za rządów PO, enuncjacje
wzywające wręcz do likwidacji jedynej prawdziwej partii opozycyjnej – to jest
nie do pomyślenia w ustroju rzeczywiście demokratycznym. Takie kreowanie wroga
właściwe jest ustrojom totalitarnym (sportretowali to znakomicie Jewgienij
Zamiatin i George Orwell). W hitlerowskich Niemczech wrogiem wewnętrznym za
sprawą propagandy Goebbelsowskiej stali się Żydzi. Najpierw porównywano ich do
pasożytów, insektów, potem urządzano im kryształowe noce, na końcu padli ofiarą
ludobójstwa. W Sowietach wrogiem wewnętrznym byli bogatsi chłopi, inteligencja,
wyrokiem – gułag albo śmierć. W komunistycznej Polsce w pierwszych latach
powojennych "wrogami ludu" mianowali bezpieczniacy żywioł patriotyczny:
żołnierzy AK-owskiego podziemia ("zaplute karły reakcji") i działaczy
Mikołajczykowskiego PSL. W pierwszych, całkowicie sfałszowanych wyborach do
Sejmu w 1947 r. zamordowano skrytobójczo ok. 200 działaczy tej partii.
19 października 2010 r. znowu zapanował nad Polską książę nienawiści i kłamstwa.
"Godzina nienawiści" bynajmniej się nie skończyła, choć premier równie fałszywie
jak bezskutecznie nawołuje do zmiany tonu debaty publicznej. A za ów ton sam
jest politycznie i moralnie odpowiedzialny. Dziś zdolni "uczniowie" Donalda
Tuska, Bronisława Komorowskiego, Kazimierza Kutza, Stefana Niesiołowskiego,
Janusza Palikota, Andrzeja Wajdy, Władysława Bartoszewskiego zioną bezrozumną
nienawiścią na forach internetowych. Trudno uwierzyć, że są to wyłącznie agenci.

19 października minęło 26 lat od męczeńskiej śmierci księdza Jerzego
Popiełuszki, kapłana, który głosił: "Zło dobrem zwyciężaj". Była to też pierwsza
okazja do uczczenia jego pamięci jako wyniesionego na ołtarze błogosławionego.
Cóż za symbolika i jaki dramat, że ten właśnie dzień zostanie w kalendarzu jako
znak ponurego mordu politycznego (bo nie pierwszego wcale) w dziejach III RP.
Tylko od naszego rozumu i męstwa zależy, czy ogarnie nas na nowo państwo
totalitarnego szatana.

 

Dr Elżbieta Morawiec
 

Autorka jest krytykiem teatralnym i literackim, publicystką, członkiem
Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

drukuj