Urodzeni „serduszkiem”
Piętnaście lat temu państwo Urszula i Piotr zawarli sakramentalny związek małżeński. Dziś są rodzicami sześciorga wspaniałych dzieci: Iwony, Ewy, Adama, Małgosi, Edmunda i Paulinki. Dwoje z nich zostało przyjętych do rodziny zastępczej z domu dziecka. Jak zaznaczają małżonkowie, są otwarci na przyjęcie kolejnych dzieci. – Wszystkie dzieci są nasze, wszystkie bardzo kochamy. Dla nas wszystkie są darem od Pana Boga – podkreślają rodzice.
Myśl o pomocy dziecku z domu dziecka narodziła się na początku małżeństwa Urszuli i Piotra. – Kiedy nasza najstarsza córka Iwonka miała pięć lat, zaczęliśmy myśleć o tym, by zaopiekować się jeszcze dziewczynką w jej wieku – opowiada pan Piotr.
Małżonkowie udali się więc do ośrodka adopcyjnego, aby zgłosić swoją chęć pomocy dziecku. Tam wytłumaczyli, że nie przychodzą dlatego, że nie mogą mieć dzieci, ale dlatego że pragną zaoferować pomoc, przyjmując pod swój dach dziecko, które nie ma swojego domu, nie zaznało miłości rodzicielskiej.
Kiedy pytam, jakie były motywy takiego postępowania, pan Piotr odpowiada bez wahania: – Jestem katolikiem. Czuję się odpowiedzialny za to, że jakieś dziecko nie ma się do kogo przytulić. Czuję się odpowiedzialny, ponieważ Pan Jezus powierza mi dzieci. Nie trzeba mieć przecież głębokiej motywacji, żeby ratować dziecko, które jest w niebezpieczeństwie zagrażającym jego życiu. Wtedy nie zadaje się pytań… Jestem na tyle dobrze zbudowany, by przytulić kilkoro dzieci naraz – zwierza się z uśmiechem ojciec rodziny.
Od razu dwoje
Kiedy małżonkowie przeszli wszystkie szkolenia wymagane przez ośrodek adopcyjny, rozmowy z psychologami i byli gotowi do przyjęcia dziecka, w domu dziecka na swoją upragnioną rodzinę czekała dziewczynka, która miała brata. – Skoro Pan Bóg zapragnął, byśmy przyjęli jedno dziecko, to da to, co potrzeba, by przyjąć i drugie.
Rodzice wraz ze swoją córką Iwonką, której zdanie na temat braciszka czy siostrzyczki miało duże znaczenie, zaczęli odwiedzać dzieci: Ewunię i Adama. – Postanowiliśmy przyjąć rodzeństwo. Ewa była trochę starsza niż Iwona, a Adaś miał dwa i pół roku – mówi pan Piotr. Rodzeństwo od razu zaczęło się do nas zwracać „mamo”, „tato”. A Iwonka już po kilku miesiącach wspólnego życia pod jednym dachem z rodzeństwem wyznała: – Tak was kocham, że podzieliłam się z wami moimi rodzicami…
Małżonkowie podkreślają, że decyzja o przyjęciu dzieci była nie tylko decyzją woli, serca, lecz także rozumu. – Stało się to również możliwe dzięki pomocy Kościoła. Przez wiele lat nie mieliśmy swojego mieszkania. Dzięki pomocy ks. Marka Głowni nasza sprawa mieszkaniowa została rozwiązana i dzieci mogły z nami zamieszkać – podkreśla pan Piotr.
W duchu pro-life
Pani Urszula jest nauczycielką przedszkolną, jej mąż skończył religioznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kilka lat pracował w różnych miejscach jako terapeuta. Obecnie jest katechetą. Współpracuje także z dr. inż. Antonim Ziębą, znanym obrońcą życia, organizując różne akcje. Biorą w nich udział najstarsze dzieci. Na swoich piersiach dumnie noszą stópki jedenastotygodniowego dziecka – charakterystyczny znak obrońców życia.
Pani Urszula od kilkunastu lat (z małą przerwą) przebywa na urlopie wychowawczym. Po przyjęciu dwójki dzieci w ich rodzinie przyszło na świat jeszcze troje. Najmłodsze z nich w tej chwili ma siedem miesięcy.
Małżonkowie pochodzą z rodzin wielodzietnych i od początku planowali mieć dużo dzieci. Kiedy pytam panią Urszulę, czy nie szkoda jej było odchodzić z pracy, odpowiada bez wahania: – Nie wiążę z moją pracą jakiejś kariery. Staram się szukać tego, co Bóg przewidział dla mnie w moim życiu. Byłam nauczycielką, pracowałam zawodowo, ta praca dawała mi dużo satysfakcji. Moje miejsce to praca z dziećmi albo bycie z dziećmi. Teraz jest czas na to, bym z nimi była.
Rodzice wspaniałej szóstki cieszą się, że w ich domu o wszystkim się rozmawia. Każdy stara się pomagać drugiemu, choć sprzeczek i kłótni też nie brakuje. Zgodnie z polskim przysłowiem: Kto się lubi, ten się czubi. – Kiedyś zdarzyło się, że Adaś przyszedł z podwórka z płaczem. Ktoś dokuczał mu, mówiąc, że ma sztucznych rodziców, że my nie jesteśmy jego prawdziwymi rodzicami. Synek bardzo to przeżywał, był przybity. Po dłuższej, przyjaznej rozmowie powiedziałam mu: „Ja urodziłam cię nie brzuszkiem, ale serduszkiem”. Z radością przyjął tę argumentację, ucieszył się, że jednoznacznie stanęliśmy po jego stronie – opowiada pani Urszula.
Niezwykłe spotkanie
Przed kilkoma laty, kiedy dzieci były jeszcze w domu dziecka, pan Piotr zupełnie przypadkowo spotkał się z ich biologiczną mamą. – To było niezwykłe spotkanie. Ta pani miała już wiele dzieci, dużo problemów i jakoś trudno jej było poradzić sobie w życiu. Pomyślałem wtedy: „Ta kobieta też potrzebuje serca, potrzebuje wiedzieć, że jej dzieci są w dobrych rękach”. Podszedłem do niej, przedstawiłem się i powiedziałem: Czasami tak się w życiu zdarza, tak bywa, że człowiek nie potrafi sobie w nim poradzić. Natomiast bardzo często miłość polega na tym, że pozwalamy komuś odejść, by mógł być szczęśliwy. Powiedziałem, żeby się nie niepokoiła o swoje dzieci. Kobieta była bardzo wzruszona – wspomina pan Piotr.
Tam mieszka miłość
W domu Urszuli i Piotra niemal bez przerwy jest gwarno. Nawet kiedy najstarsze pociechy wędrują do szkoły, pozostaje trójka młodszych. Przy nich przez cały czas czuwa mama. – Żona czuwa nad wszystkim, ale nie jest służącą. Dzieci bardzo jej pomagają – mówi dumny tata.
W tym domu jest jak w Nazarecie. Kiedy tylko jest możliwość, wspólnie spożywamy posiłki. Przy zabawie tata uczy dzieci łaciny i greki. Kiedy pytam 4,5-letnią Małgosię, co znaczy jej imię, głośno odpowiada: „perła”…
Cała rodzina codziennie razem klęka do modlitwy. Każdego dnia jedna z córek wstaje o szóstej rano, by uczestniczyć we Mszy Świętej. Eucharystia jest mocą całej rodziny. W miarę możliwości starają się wspólnie uczestniczyć w niedzielnej Mszy Świętej. – Oboje z żoną należymy do Franciszkańskiego Zakonu Świeckich. To dla nas bardzo ważne, daje nam siłę w codziennym życiu – podkreśla pan Piotr.
W niedzielne przedpołudnie cała rodzina udaje się na spacer. – Obiecaliśmy dzieciom, że pójdziemy nad Wisłę – mówi pani Urszula. Wychodzimy…
Znaleźli szczęście
Małżonkowie mają wiele dzieci, ale nie posiadają samochodu. Jadą więc tramwajem. Starsze dzieci pomagają młodszym. Dwoje maluszków jedzie jeszcze w wózku. Kiedy rozmawiamy, dzieci idą z przodu. 13-letnia już Iwonka pcha wózek z rodzeństwem, a Ewa troskliwie prowadzi za rączki młodsze dzieci. Rodzice trzymają się za ręce… Tu wszystko jest poukładane. Nikt nie krzyczy, nikt się nie denerwuje. Na twarzach rodziny pogodne uśmiechy. Pełna harmonia, pokój. Są szczęśliwi. Pytam pani Uli, czy nie szkoda jej życia na pranie pieluch, prasowanie, gotowanie bez ustanku, przecież to uchodzi za niemodne. Przecież – jak lansują dzisiejsze „kolorowe” media – współczesna kobieta robi karierę. – Ja nie rozumiem czegoś takiego. Uważam, że taki styl życia preferują nieszczęśliwe kobiety. Nie biegałyby za całym światem, gdyby były szczęśliwe, gdyby umiały odnaleźć szczęście w sobie, w swojej rodzinie.
Ja jestem bardzo szczęśliwa, jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. Swoje szczęście znalazłam w Bogu, który dał mi Piotrka, dał mi rodzinę, daje mi na co dzień szczęście i pomaga mi je znajdować w mojej codzienności. Chcę być jak ewangeliczne Maria i Marta – wyznaje pani Urszula.
Mąż dodaje: – Kiedy Bóg jest na pierwszym miejscu, wówczas wszystko jest na właściwym miejscu. To jest podstawa. Mamy siebie z Ulą nawzajem. Dzielimy się sobą, jesteśmy dla siebie zawsze – podkreśla pan Piotr.
Dzieci nie trzeba pytać, czy są szczęśliwe. Nie ma wątpliwości, że tak właśnie jest. Przy swoich rodzicach czują się bezpieczne. Bez skrępowania podchodzą, by po prostu przytulić się do mamy czy taty. Dobrze bawią się w swoim towarzystwie, nieraz płatają figle. Żalą się, gdy coś nie wychodzi…
Rodzice podkreślają, że mają jasne kryterium wartości. Najważniejszy jest Pan Bóg, ważni jesteśmy my, a wszystko, co się pojawia, co nam przeszkadza w życiu, to trzeba po prostu znieść. Celem jest to, żeby być z rodziną. Nikt z nas nie ucieka z domu. Staramy się mieć czas dla siebie, dla dzieci – wyznają rodzice.
Żegnam się z rodziną pani Urszuli i pana Piotra. Trudno powstrzymać łzy wzruszenia, gdy dotyka się takiej miłości. Patrzę na Wisłę, która płynie przez całą Polskę, i w duchu modlę się, by choć odrobinę tego szczęścia zaniosła innym rodzinom w naszej Ojczyźnie…
Na prośbę rodziców imiona pięciorga dzieci zostały zmienione.
