Tusk dał się wykiwać

Z prof. Janem Szyszko, prezesem Stowarzyszenia na Rzecz Zrównoważonego

Rozwoju Polski, posłem PiS, byłym ministrem środowiska w rządach Kazimierza

Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, rozmawia Mariusz Bober

Na zakończenie szczytu Unii Europejskiej w Brukseli premier Donald Tusk cieszył się, że udało się wymóc na bogatszych krajach Unii, iż „Nie będzie tak, że im kraj biedniejszy, posiadający bardziej tradycyjną gospodarkę i zacofany przemysł, a więc emitujący więcej zanieczyszczeń, tym większe będzie ponosił obciążenie”. Czy szef rządu ma rzeczywiście powód do radości? Przecież nie uzgodniono szczegółowego mechanizmu finansowania tzw. walki ze zmianami klimatycznymi, a przewodniczący Komisji Europejskiej zapowiedział, że dopiero po konferencji w Kopenhadze zostanie ustalony sposób naliczania składek państw
UE?

– Zawsze bardzo mocno cieszę się z sukcesów Polski na arenie międzynarodowej i dlatego chciałbym, aby to, co powiedział premier Tusk, było uzasadnione. Z żalem muszę stwierdzić, że i tym razem nie jest to sukces, a najprawdopodobniej bolesna porażka, a premier – mam ciągle nadzieję, że z niewiedzy – porażkę swoją po raz kolejny ocenia jako sukces. Tymczasem jest to nieomylnie sukces prezydencji szwedzkiej i Komisji Europejskiej. Otóż zgodnie z informacjami przekazanymi przez PAP, na szczycie UE, i to za zgodą Polski działającej w imieniu nowych członków UE, podjęto decyzję o finansowaniu najbiedniejszych państw świata, aby pomóc im w walce ze zmianami klimatu. Jak pan sam zauważył, decyzja ta zapadła przy braku uzgodnień, o jaką sumę chodzi i jaki będzie klucz przy podziale zobowiązań między poszczególne państwa UE. Z komunikatu PAP wynika, że przy obliczaniu składki poszczególnych państw UE na wsparcie państw rozwijających się po roku 2012 ma być zastosowany „wewnętrzny mechanizm dostosowawczy. Ma on w pełni wziąć pod uwagę zdolność ponoszenia kosztów UE” przez mniej zamożne kraje UE, czytaj: Polskę. Przypomina mi się tu sytuacja z negocjacji w końcu ubiegłego roku w sprawie pakietu klimatyczno-energetycznego w ramach UE. Mimo napinania mięśni i grożenia wetem wynegocjowaliśmy w końcu pierwszy „sukces”, a mianowicie zgodziliśmy się na kompromisowy zapis 3 x 20. Znaczyło to, że zgadzamy się, aby do roku 2020 dokonać redukcji emisji CO2 o 20 procent, zwiększyć efektywność wykorzystania energii również o 20 proc. i zapewnić udział energii odnawialnej w ogólnym bilansie zużycia energii również na poziomie 20 procent. Dodatkowo mieliśmy otrzymać 60 mld zł na finansowanie zmian technologicznych związanych z przechodzeniem na mniej emisyjne technologie spalania oraz 4 mld euro na inwestycje CCS, a więc wychwytywanie dwutlenku węgla z atmosfery i magazynowanie go w pokładach geologicznych. Taki był początek całego cyklu negocjacji, których finał jest całkiem inny. Otóż do roku 2020 mamy doprowadzić do 14-procentowego udziału energii odnawialnej w naszym bilansie energetycznym, zwiększyć efektywność energetyczną o 20 proc. i dokonać redukcji emisji CO2 o 20 procent. Dokonanie redukcji emisji CO2 o 20 proc. wydawało się dla Polski niewielkim problemem. Zgodnie z Protokołem z Kioto, przy naszych 6-procentowych zobowiązaniach do redukcji emisji tego gazu do roku 2008, dokonaliśmy jej już w roku 2005 na poziomie… 32 procent. Warto tu nadmienić, że stara Piętnastka w analogicznym czasie redukcji tej dokonała zaledwie na poziomie 2 proc. przy zobowiązaniach wynoszących 8 procent!

A więc to „stara” Unia nie wypełniła zobowiązań, a Polska odniosła duży sukces?

– Tak, teoretycznie to był sukces. Mieliśmy bowiem szanse spełnić warunki pakietu klimatyczno-energetycznego i mieliśmy otrzymać do tego jeszcze 60 mld zł na rozwój nowych technologii oraz 4 mld euro na składowanie CO2 w pokładach geologicznych. Teoretycznie, gdyż następnym „sukcesem” negocjacyjnym premiera było uzgodnienie tego, że zastąpiono nasz rok bazowy uzgodniony w Protokole z Kioto (1988) rokiem 2005. W ten sposób uznano, iż nie liczy się przeszłość, nie liczy się to, że Polska miała nadwyżki redukcji emisji, a stara Piętnastka niedobory tej redukcji w roku 2005. Liczy się „przyszłość i solidarność” w walce ze zmianami klimatycznymi. Stara Piętnastka zamiast ponieść konsekwencje finansowe za niespełnienie warunków Protokołu z Kioto i niszczenie klimatu, dzięki ustaleniu 2005 roku jako bazowego jest traktowana tak samo jak Polska, choć my, ponosząc wielkie koszty, dokonaliśmy redukcji CO2 na poziomie, jak wspomniałem, 32 procent. Z powodu przyjęcia roku 2005 jako rok bazowy do roku 2020 Polska będzie musiała dokonać redukcji na poziomie aż 52 proc. w stosunku do roku bazowego z Protokołu z Kioto, a stara Piętnastka na poziomie 22 procent. Jak poinformowano posłów na komisji sejmowej ds. UE, „wynegocjowano” także to, że nie dostaniemy 60 mld zł, ale będziemy mogli ponieść z własnego budżetu takie koszty na restrukturyzację naszego przemysłu. Ponadto wychwytywanie i magazynowanie dwutlenku węgla z atmosfery (CCS) Unia Europejska będzie finansowała zaledwie w 15 procentach początkowo obiecanej sumy. Pozostałą część z obiecanej sumy 4 mld euro musimy zapłacić z naszego budżetu, przy czym według Ministerstwa Gospodarki koszt zatłaczania jednej tony CO2 może wahać się w granicach 30-100 euro. Ta ostatnia informacja jest tym bardziej bulwersująca, że ten sam efekt (zmniejszenia koncentracji CO2 w atmosferze) można uzyskać w Polsce poprzez zalesianie. Ta możliwość nie interesuje jednak obecnego rządu i znalazło to odzwierciedlenie w ustawie o handlu emisjami z bieżącego roku. Znając „merytoryczną siłę” negocjacyjną polskiego rządu, obawiam się, że teraz sytuacja może się powtórzyć. Przedstawiciele UE, mając zapewnienie o zgodzie rządu Donalda Tuska na finansowanie pomocy dla państw rozwijających się dla ich walki ze zmianami klimatycznymi, tak będą starali się osłabiać siłę Polski, spełniając postulaty obecnych naszych sprzymierzeńców, że zostaniemy w końcowej fazie sami i pod presją przyjmiemy każdy z zaproponowanych nam warunków.

Dlaczego w takim razie rząd nie wykorzystuje naszej pozycji, jaką daje redukcja emisji CO2 aż o 32 proc. w ramach naszych zobowiązań z Protokołu z Kioto, w porównaniu z 1988 rokiem?

– To jest dla mnie niezrozumiałe i zupełnie nielogiczne, tak jak nielogiczna jest zgoda na składowanie tego gazu, zamiast zalesianie terenów, co daje taki sam efekt, a jest o wiele tańsze.

O jaki według Pana udział Polski w finansowaniu walki ze zmianami klimatycznymi może chodzić, jeśli UE wyliczyła potrzeby krajów biednych w tym zakresie na 5-7 mld euro rocznie w latach 2010-2012, a 100 mld euro do 2020 roku?

– Pytanie jest bardzo trudne i wymaga głębokich analiz gospodarczych. Otóż, chcę panu powiedzieć, że nie jestem przeciwnikiem finansowania państw rozwijających się. Wręcz przeciwnie. Uważam, że Polska powinna w tym uczestniczyć, i to bardzo aktywnie. Mamy taki moralny obowiązek i takie możliwości. Przed wyrażeniem zgody na finansowanie winniśmy jednak ustalić nie tylko sumę i sposób jej podziału, ale przede wszystkim, jak będzie wyglądał fundusz pomocy, kto będzie nim zarządzał, jakie będą priorytety i które rejony świata państw rozwijających będą mogły z tego funduszu specjalnie korzystać. Tego rodzaju uzgodnienia powinny zapaść przed szczytem UE i powinny, jak wspomniałem poprzednio, być poprzedzone głębokimi analizami gospodarczymi w naszym kraju.

Dla Polski istotne były też ustalenia w sprawie stanowiska UE na konferencję klimatyczną w Kopenhadze w sprawie nadwyżek emisji CO2, pozostałych po obecnym okresie zobowiązań Protokołu z Kioto. Premier uznał za korzystne, że w Kopenhadze UE zajmie stanowisko, zgodnie z którym albo wszystkie państwa stracą prawo do uprawnień do nadwyżek, albo wszyscy je utrzymają. Czy to postanowienie jest rzeczywiście korzystne dla Polski?

– Sprawa jest bardzo ważna. Polskie nadwyżki są polskim dobrem i nie wyobrażam sobie, aby można było z nich zrezygnować. Jest to przecież nadwyżka, którą można wykorzystać po 2012 r. na produkcję przemysłową naszych firm albo na pomoc dla państw rozwijających się. My możemy pomagać, np. oddając jednostki oszczędzonej emisji, a stara Piętnastka – pieniędzmi płaconymi za niewywiązanie się z zobowiązań wynikających z Protokołu z Kioto. Powinniśmy więc przestrzegać prawa i wszyscy rozliczyć się z naszych zobowiązań. Państwa, które nie wypełniły zobowiązań, powinny ponieść tego konsekwencje.

Co dla polskiej energetyki oznaczałoby uzgodnienie w Kopenhadze likwidacji uprawnień do handlu nadwyżkami emisji CO2?

– Pomniejszenie konkurencyjności naszej gospodarki. Niestety, już obecnie wydaje się, że polska energetyka, podobnie jak polskie państwo, przestaje praktycznie istnieć. Proces ten rozpoczęliśmy traktatem akcesyjnym, pogłębiliśmy go europejskim systemem handlu emisjami i kontynuujemy pakietem klimatyczno-energetycznym oraz traktatem lizbońskim. Dziwne jest, że rządzące siły polityczne tego nie widzą i wręcz posiadają wstręt do oceny chociażby traktatu akcesyjnego, mimo że upłynęło już pięć lat naszej obecności w UE.

Domyśla się Pan, jakie będą skutki starcia zarysowanego stanowiska UE z innymi państwami w Kopenhadze?

– Gra toczy się o wielką stawkę. Chodzi o rywalizację gospodarczą między USA, UE i takimi państwami rozwijającymi się, jak chociażby Chiny, Indie czy Brazylia. Liczą się silni i w zakresie Konwencji Klimatycznej, i Protokołu z Kioto, tacy byliśmy przed wstąpieniem w struktury UE. Jacy jesteśmy obecnie, każdy widzi. Z kraju wielkiego sukcesu w zakresie redukcji emisji stajemy się państwem, z którym nikt specjalnie się nie liczy, czego przykładem są polskie stocznie, skandal z doliną Rospudy, problemy fabryki Cegielskiego czy też wprowadzanie, wbrew woli zdecydowanej większości polskiego społeczeństwa, GMO do polskiego rolnictwa. Czy wyobraża pan sobie sytuację, aby przedstawiciel polskiego rządu przemawiał podobnie na placu Czerwonym w Moskwie jak prezydent Rosji w Gdańsku?

Dziękuję za rozmowę.

drukuj