Tułaliśmy się od wsi do wsi

Z Antoniną Teresą Matacz-Brylewską, wypędzoną ze wsi Uchanie, rozmawia Adam Kruczek



Niemcy spacyfikowali wieś Uchanie w styczniu 1943 r., siłą usuwając jej polskich mieszkańców. Czy pamięta Pani te wydarzenia?

– Tak, do dziś mam przed oczami tę tragedię, którą przeżyliśmy razem z naszymi sąsiadami. Nie mogę zapanować nad nerwami, gdy słyszę, jak Niemcy stawiają się w roli ofiar wypędzeń. Oni byli przede wszystkim sprawcami wypędzeń jak Polska długa i szeroka. Nic dziwnego, że jako winni tylu zbrodni i nieszczęść uciekli ze strachu na zachód.

W jaki sposób została Pani przez Niemców pozbawiona rodzinnego domu?

– Było to rankiem 13 stycznia 1943 roku. Panowały wówczas niezwykle silne, przekraczające -30 st. C mrozy. Razem z siostrą szykowałyśmy się do szkoły, gdy do mieszkania wpadli Niemcy. Z tego, co krzyczeli, zapamiętałam: „Kirche” i „los”. Na ich widok mama zemdlała i upadła na podłogę. Ojciec zaczął ją cucić. Niemcy nakazali nam w ciągu 15 minut zameldować się przy kościele z najpotrzebniejszymi rzeczami.

Pani rodzina uniknęła jednak wywózki…

– Tak, mama przekupiła wódką żołnierza pilnującego domu i za jego wiedzą przedostaliśmy się do drugiej części wsi nieobjętej jeszcze pacyfikacją. Tam zatrzymaliśmy się u mojej cioci. W nocy rodzice wrócili do naszego domu, załadowali na sanie, co się dało, głównie jedzenie i ubrania, i następnego dnia opuściliśmy rodzinną wieś. Rodzice słusznie przypuszczali, że Niemcy prędzej czy później wysiedlą resztę wsi. Tak zresztą za kilka dni się stało, ciocia z mężem i córką trafiły na roboty do Niemiec. A dla nas zaczęła się wtedy półtoraroczna tułaczka od wsi do wsi. Rodzice najmowali się do różnych robót, żeby zarobić na życie. Pamiętam, jak chodziłam z mamą pielić gospodarzom buraki. Pracowałyśmy, gdzie się dało, także u niektórych, przychylnych Polakom, gospodarzy ukraińskich. Po żniwach, razem z siostrą Gabrysią chodziłyśmy po skoszonych polach, szukając kłosów na mąkę. Było ciężko, często głodno, ale dzięki Opatrzności Bożej przeżyliśmy.

A co stało się z sąsiadami, którym nie udało się uciec?

– Widzieliśmy, jak ich wywozili, część ciężarówkami, a resztę wozami do Zamościa za druty. Dużo, zwłaszcza dzieci, poumierało. Z naszych szacunków wynika, że przeżyła co piąta osoba wypędzona z Uchań. Wiadomo – w obozie w Zamościu – zimno, głód, wszy. Umierały głównie te małe dzieci, które w domu były zadbane, takie wychuchane. Lepiej zniosły zabójcze warunki dzieci – jak to się mówi – „na zimno chowane”. Z Zamościa część ludzi starszych i o ciemniejszej karnacji wywieziono do Auschwitz, a młodszych i zdatnych do pracy – na roboty do Niemiec.

Kto zamieszkał w Państwa rodzinnym domu?

– Niemcy zasiedlili wieś Ukraińcami. Nasze gospodarstwo dostała mieszana ukraińsko-polska rodzina ze Żdanowa na Zamojszczyźnie. To była taka biedota niemająca pojęcia o gospodarowaniu. Zapuścili gospodarstwo strasznie, pola zarosły perzem. Chyba wcześniej nie mieli podłogi, bo przez te półtora roku na podłodze odłożyła się gruba warstwa błota, którą później musieliśmy motyką zeskrobywać. Gdy mama prosiła ich o wsparcie, poskarżyli się sołtysowi i domagali się zatrzymania mamy. Pamiętam też, jak przegonili nas, gdy głodne przyszłyśmy po gruszki, które rosły za naszą stodołą.

Jak potoczyły się dalsze losy Pani rodziny?

– Było ciężko, gdyż wyjeżdżający Ukraińcy pokradli wiele sprzętów z gospodarstwa. Przeżycia wojenne związane z wypędzeniem i późniejsza harówka przy stawianiu gospodarstwa na nogi zrujnowały zdrowie mojemu ojcu. Na dodatek nowa władza potraktowała moją rodzinę jak kułaków i nałożyła ogromny kontyngent. Za niewywiązanie się z dostaw obowiązkowych tata trafił do więzienia. Gdy wyszedł, stwierdził, że dla mnie i mojej siostry na wsi nie ma perspektyw. Poszłyśmy na studia. Siostra Gabriela została lekarzem, a ja inżynierem rolnictwa.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj