Tamtego dnia czas się dla nas zatrzymał
Z Janiną Stawisińską, matką Jana Stawisińskiego śmiertelnie rannego w kopalni „Wujek”, rozmawia Maria S. Jasita
Jak zapamiętała Pani swojego syna? Kiedy zginął, miał 21 lat…
– Ciężko mi o tym mówić, ciągle nie potrafię… Był po prostu dobrym chłopcem – otwartym, życzliwym, ze wszystkimi potrafił się dzielić. Był bardzo wysoki – mierzył 198 centymetrów. Typ sportowca: grał w rugby, siatkę i kosza, pływał, był płetwonurkiem i ratownikiem WOPR. Kiedy pojechał do Katowic, pracował w kopalni na nocki i uczył się w technikum górniczym przy ul. Mikołowskiej. Bardzo chciał być geologiem, a on zawsze dopinał swego…
Tego dnia miało go nie być w pracy?
– Tak, miał do wykorzystania urlop i planował przyjechać do domu 7 grudnia. Gdyby tak zrobił, to siłą rzeczy 16 grudnia by go tam nie było. Ale stało się, jak się stało – nie przyjechał do domu, tylko zadzwonił. Powoli zaczynały się te wszystkie niepokoje i już nie chciał brać urlopu. Powiedział: „Mamuś, nie przyjadę, bo coś się dzieje i teraz nie mogę jechać. Przyjadę, jak się to wszystko skończy”. Mało tego, on był wtedy chory na zapalenie oskrzeli i mógł nie iść na kopalnię, bo miał 39-stopni gorączki i zwolnienie od lekarza. Ale powiedział mi, że są tam wszyscy jego koledzy, więc on nie może zostać w domu i leżeć w łóżku. Wziął kanapki, poszedł na noc do pracy i już z kopalni nie wrócił.
Jak się Pani dowiedziała o tym, co się stało?
– Już kilka dni wcześniej czułam, że coś „wisi w powietrzu”. Pracowałam wtedy w CPN, który był zmilitaryzowanym zakładem i wojsko kręciło się częściej niż zwykle, sprawdzając, czy zapasy wojskowe są nietknięte. Natomiast o samej tragedii dowiedziałam się z Radia Wolna Europa, którego słuchałam zawsze w pracy. W tej rozgłośni usłyszałam, że na „Wujku” była strzelanina i że są ofiary. Podawali to o godz. 1.00 w nocy w dzienniku, więc wracając rano z pracy, napisałam zaraz podanie i poszłam do urzędu miasta po przepustkę – dla siebie i mojej młodszej córki Beaty. Tego samego dnia, 17 grudnia wieczorem, pojechałyśmy tam. To był pociąg relacji Kołobrzeg – Katowice z przesiadką w Białogardzie. Jechałyśmy na stojąco przez 13 godzin. Był problem nawet z przejściem do toalety – tyle było ludzi. O godz. 5.27 dojechałyśmy do Katowic.
Pamięta Pani wszystko bardzo dokładnie…
– Mam to tak wszystko w pamięci, jakby to było wczoraj. Prawie wszystko dokładnie pamiętam mimo swojego wieku i chorób. Jeśli tylko coś mi umyka, to staram się to sobie przypomnieć – przecież to było moje najstarsze dziecko, jedyny syn… Ale powrócę do wspomnień: córka wiedziała, gdzie to wszystko jest, bo co miesiąc woziła Jasiowi jedzenie. On mieszkał w Katowicach, u swoich przyjaciół – państwa Ciszewskich. Poszłyśmy do nich, chcąc przy okazji zanieść ryby, które przywiozłyśmy im na Wigilię z Koszalina. To tam dowiedziałyśmy się, że syn jest w szpitalu w Szopienicach, ma przestrzelone obie półkule mózgu. Pani Ciszewska powiedziała mi, że chciała nadać telegram, ale wtedy trzeba było mieć pieczątkę z komendy wojewódzkiej policji. Nie dostała jej, bo usłyszała, że będzie ona przysługiwać dopiero wtedy, gdy Janek umrze. Do szpitala można było jechać dopiero po godz. 14.00; pojechaliśmy wszyscy: ja z moją córką, oboje Ciszewscy i jeszcze dwóch kolegów. Jasiu leżał wtedy na chirurgii, miał obandażowaną głowę, bez nazwiska, opisany tylko jako „górnik nr 1”. Był w okropnym stanie. Jak byłyśmy w jego pokoju, to przyszedł lekarz, chwycił go nieprzytomnego za nogę, puścił ją i powiedział do mnie: „To już trup”. Myślałam, że serce mi pęknie. Do tej pory nie umiem spokojnie tego wspominać, boję się, że zaraz się rozpłaczę, emocje są ciągle tak żywe… Były też słowa otuchy: chodząc po korytarzu i płacząc, spotkałam tam wtedy mężczyznę, którego kuzynka była asystentką przy tej operacji. Powiedział, że mam się nie martwić, bo do 23. roku życia mózg się regeneruje, i że na pewno wszystko będzie dobrze. Tak mnie pocieszał.
Niestety, syn nie odzyskał przytomności…
– Tego samego dnia przyjechała erka z Centralnego Szpitala Górniczego w Ochojcu, żeby zabrać Jasia. Uprosiłam lekarkę, żebyśmy mogły też tą karetką pojechać, bo później byśmy nie wiedziały, gdzie on jest, co się z nim dzieje; przecież był stan wojenny, nie można się było swobodnie poruszać. Zgodziła się. Pojechaliśmy do Ochojca – tam Janek leżał przez prawie 6 tygodni na oddziale reanimacyjnym. Wzięłam sobie bezpłatny urlop w koszalińskim CPN i zatrudniłam się na „erce” w Katowicach, żeby być blisko. Pracowałam jako salowa codziennie od godz. 6.00 rano do 3.00 w nocy; nie miałam chwili odpoczynku. Cały czas coś robiłam i ta praca mnie tak zajmowała, że nie byłam obciążona myślami o moim synu, bo przecież inaczej można by było zwariować. Pucowałam oddział tak, że wszystko lśniło, a w międzyczasie chodziłam do Jasia. Tam klękałam, mówiłam pacierz, trzymałam go za rękę. Rozmawiałam z nim i czasami wydawało mi się, że on jednak czuje ten mój dotyk. Ale on się nie obudził. Zmarł 25 stycznia 1982. Pamiętam, że poszłam rano do kościoła, a jak wróciłam, to już nie żył.
Mówi się, że czas leczy rany. Jak ułożyło się Pani życie po tej tragedii?
– Nie, on je tylko zabliźnia, a bez przerwy się je rozdrapuje. Jak jestem sama i sobie tak usiądę, to jestem tam i nigdzie więcej. Dla mnie tak naprawdę czas się zatrzymał 16 grudnia 1981 roku. Wciąż żyję w tamtym czasie. Ciężko jest też moim córkom, Małgosi i Beacie, bo to było bardzo kochające się rodzeństwo. Oni byli ze sobą bardzo zżyci, jedno drugie zawsze wspierało, zawsze sobie pomagali. Nigdy między nimi nie było jakichś kłótni czy awantur. Pielęgnuję pamięć o nim wśród moich czterech wnuków, dzisiaj już dorosłych, studentów. W tym roku ze względu na stan zdrowia nie mogłam pojechać na uroczystości do Katowic, więc pojechał jeden z nich, Piotr. Ta rana cały czas boli tak samo – a może nawet jeszcze bardziej, bo te trochę zabliźnione rany krwawią; od tych wspomnień nie sposób uciec. Zresztą nawet nie próbuję.
Co w ciągu tych 28 lat polskie władze zrobiły dla rodzin górników z „Wujka”?
– Niestety, państwo nic dla nas nie zrobiło – ani za prezydentury Lecha Wałęsy, ani za kolejnych. Oni dbają tylko o swoje interesy: jak im jest dobrze i mają pełne portfele, to wtedy są zadowoleni. Odszkodowań do tej pory nie ma, a przecież polskie państwo jest mi to winne, prawda? Przecież oni oddali swoje życie za dwie wielkie sprawy: za Ojczyznę i za godność Polaka. Niestety, ta dzisiejsza wolna Polska z całą pewnością nie spełniałaby ich oczekiwań. To, co wicepremier Pawlak niby „załatwił”, to nie żadne odszkodowania tylko bezzwrotna zapomoga dla naszych rodzin ze strony holdingu węglowego. Górnicy zgodzili się na to, żeby swoją ciężką pracą podzielić się z rodzinami ofiar „Wujka”. Ale to jest jedynie gest dobrej woli górników, ludzki odruch, a nie rekompensata od państwa.
Jakie znaczenie miały dla Pani te wszystkie procesy, które się odbyły?
– Polska sprawiedliwość to niesprawiedliwość! W tym kraju nie ma jednakowego prawa dla wszystkich: są równi i równiejsi. Nic się nie zmieniło od czasów rządów komunistycznych. Wymierzone kary były absolutnie nieadekwatne do ich czynu. Ci wszyscy zomowcy, którym odczytano te niby-wyroki, nie przebywają w więzieniu tylko w areszcie śledczym. Co to jest dla nich za kara? To jest śmieszne! Ciągle dostaję z aresztów śledczych pisemka, że poszczególni zomowcy wychodzą 2-3 razy w miesiącu do domu na przepustkę. Oni mają dom, żony, dzieci – a mojego syna i kilku innych tego wszystkiego pozbawiono. Oni wtedy dostawali za to grube pieniądze i jakby im kazano, to własną matkę by zabili z karabinu na pierwszym lepszym zakręcie. Co to są w ogóle za ludzie?
W lutym rusza czwarty proces Czesława Kiszczaka…
– Chciałabym, żeby był osądzony należycie, ale naprawdę już nie wierzę w polską sprawiedliwość. Mimo to jeśli będę się dobrze czuła, to zamierzam w tym procesie uczestniczyć. Jeździłam do Katowic prawie na wszystkie procesy. Przez piętnaście lat częściej byłam w Katowicach niż w domu. W końcu powinni ich osądzić sprawiedliwie, jeżeli w naszym kraju rzeczywiście prawo znaczy prawo i jest ono takie samo dla wszystkich.
Dziękuję za rozmowę.
