Sztuka w guście pana ministra

Grafomania jest chorobą dziwną, bo samemu pacjentowi, czyli grafomanowi,
niczym nie grozi – nie prowadzi do śmierci i nie przynosi żadnych szkód ani dla
ciała, ani dla samopoczucia, może natomiast wykończyć innych. Jej istota polega
na tym, że grafomani mają patologiczny przymus pisania utworów literackich,
sztuk teatralnych itp., oraz ich upowszechniania. Przy tym są głęboko przekonani
o własnym talencie. Negatywnej oceny poziomu artystycznego swoich "dzieł" nie
przyjmują do wiadomości. Po obejrzeniu premiery "Zaświaty czyli czy pies ma
duszę?", wiem już, że na grafomanię nieuleczalnie cierpi autor sztuki Jerzy A.
Masłowski.

Dziwi mnie zatem, że Maria Seweryn na własny debiut reżyserski obrała taką
miernotę literacką. Podobno za namową swojej mamy. Jeśli tak, to była to
niedźwiedzia przysługa dla córki. Wprawdzie Maria Seweryn w swoich wypowiedziach
prasowych jeszcze przed premierą próbowała nobilitować ową grafomanię,
przypisując jej walory komedii filozoficznej, ale to w niczym nie pomogło, a
jedynie wzbudziło u widzów niepotrzebne oczekiwanie na ciekawą materię
literacką, której tu nie ma.
Sztuka opowiada o trzech striptizerkach, które zginęły w wypadku samochodowym.
Na drogę wprost pod samochód wyskoczył im pies, a prowadząca, by uniknąć
potrącenia, gwałtownie skręciła, i auto uderzyło w latarnię. Po śmierci kobiety
znalazły się w zaświatach. Za nimi przybył też pies. Czekają teraz w poczekalni
Sądu Ostatecznego na swoją kolej. Porządku pilnuje Anioł – Selekcjoner.
Poczekalnia jest okazją do rozmów, przypominania rozmaitych historii z
przeszłości itd., itd. Tekst posiłkuje się żartami na poziomie niewybrednej,
prymitywnej farsy. Ubóstwo intelektualne jest wręcz żenujące. Banał, nuda,
płycizna dialogów, bezrefleksyjność tekstu i ordynarny humor.
W środowisku teatralnym jest takie powiedzenie, że nawet z byle jakiego tekstu
(nie chcę tu przytaczać wyświechtanego już przykładu z książką telefoniczną)
można zrobić dobre przedstawienie. Być może, ale wówczas muszą być spełnione dwa
pozostałe warunki: dobra reżyseria i takież aktorstwo. W przedstawieniu
"Zaświaty czyli czy pies ma duszę?" zawiodło wszystko. Może najmniej reżyseria.
Zresztą, debiutant ma prawo do błędu. Tylko jednorazowo, bo już przy następnej
pracy takiej ulgi miał nie będzie, wszak w danej dziedzinie debiutuje się tylko
raz.
Prócz żenującego poziomu te kstu sztuki, przedstawienie pogrzebane zostało
rozpaczliwym poziomem aktorstwa. Gdyby nie świadomość, że występująca w tym
spektaklu czwórka aktorów to artyści zawodowi po szkole teatralnej, którzy swoje
debiuty sceniczne mają już daleko za sobą, można by pomyśleć, iż to grupka
amatorów po raz pierwszy występująca na deskach. Trzy aktorki: Viola Arlak,
Małgorzata Bogdańska, Paulina Holtz, i jeden aktor – Krzysztof Pluskota, po
prostu wygłupiają się na scenie. Panie bez uzasadnienia artystycznego biegają
tam i z powrotem, wybałuszają oczy i robią miny jak w jakiejś burlesce filmowej
z czasów kina niemego. Przy tym nie mówią, lecz przeraźliwie wywrzaskują swoje
kwestie. A już najgłośniej robi to Krzysztof Pluskota. Wspólnym środkiem
ekspresji całej czwórki jest dominująca w natężeniu głosu agresja. Wykonawcy
uznali to pewnie za "silny" środek wyrazu. I tak jest do końca. Najlepsza rola
należy do Lulu, tytułowego psa, sympatycznej suczki prywatnie należącej do Marii
Seweryn. Pies jak to pies, patrzy, co się dzieje na scenie i nie rozumie, po co
go tam wprowadzono. Ja tego też nie wiem.
Jednak najbardziej kuriozalnym wydarzeniem było nie to, co widziałam na scenie,
lecz to, co ujrzałam poza nią. W Och-Teatrze miejsce gry znajduje się pośrodku,
a publiczność usytuowana jest po obu stronach sceny, co sprawia, że zgromadzeni
widzą się wzajemnie. Kiedy ze sceny padały głupawe kwestie i żenujące prymitywne
żarty nawet z krzyża Chrystusowego, w osłupienie wprawił mnie widok rozbawionej
twarzy i oklaski pana ministra kultury i dziedzictwa narodowego Bogdana
Zdrojewskiego siedzącego naprzeciwko, po drugiej stronie sceny…
Nie za często widuję pana ministra na premierach teatralnych, a tu, jak widać,
przybył, widocznie uznając debiut Marii Seweryn za wydarzenie nadzwyczajne.
Skoro tak bardzo podoba mu się ta miernota na scenie Och-Teatru, to trudno się
dziwić, że mamy dziś antykulturę zamiast kultury, antyteatr zamiast teatru,
antysztukę (jak choćby pornograficzna wystawa homoseksualna w Muzeum Narodowym)
zamiast sztuki itd. Prywatny gust artystyczny pana Zdrojewskiego mnie nie
interesuje, ale gust pana ministra kultury i dziedzictwa narodowego, Bogdana
Zdrojewskiego, owszem, bardzo mnie interesuje. Bo "ja się nie boję ministra
kultury, ja się boję kultury ministra kultury".
 

Temida Stankiewicz-Podhorecka

"Zaświaty czyli czy pies ma duszę?" Jerzego A. Masłowskiego, reż. Maria Seweryn,
kost. Zofia de Ines, światło Michał Nowakowski, Och-Teatr, Warszawa

drukuj