Sumienia nie da się zagłuszyć

Problem aborcji jest bolesny dla wielu osób. Niewątpliwie największymi ofiarami są nienarodzone dzieci, których żywot kończy się jeszcze przed przyjściem na świat. W dalszej kolejności jest to tragedia matki, mniej lub bardziej świadomie dopuszczającej się morderstwa swego dziecka, której przyjdzie żyć ze świadomością popełnionej zbrodni. Kolejnymi osobami są najbliżsi kobiety, którzy pchnęli ją do zabicia dziecka. Odpowiedzialny za zbrodnię staje się lekarz dokonujący aborcji.

Nie należy jednak zapominać o personelu medycznym, który często wbrew własnemu sumieniu asystuje przy zabójstwie.

Michel Schooyans w książce „Ukryte oblicze ONZ” pisze: „Charakter społeczny człowieka stoi u podstaw społeczeństwa obywatelskiego, w którym osoby, uznając się wzajemnie, uznają siebie jako podmioty prawa”. Dożyliśmy czasów, kiedy „matka” 7-letniego dziecka wnosi sprawę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, rozgłaszając po świecie, że odmówiono jej prawa do zabicia własnego dziecka. Co więcej, kobieta dodaje, że gdyby ponownie znalazła się w takiej sytuacji, nie wahałaby się „usunąć ciąży”. Czy córka jest dla niej podmiotem, czy raczej uciążliwym przedmiotem? Jak się czuje w takiej sytuacji jej dziecko? Jak poczuje się za kilka lat?

W polskim prawie ma zastosowanie stara rzymska zasada „nasciturus pro iam nato habetur, quotiens de commodis eius agitur”, czyli „dziecko poczęte uważa się za już narodzone, o ile chodzi o korzyści dla niego”. Absurdalne wydają się stwierdzenia kobiet o „prawie do własnego brzucha” w momencie, gdy w tym brzuchu jest nie guz, który trzeba wyciąć, ale istota ludzka, drugi człowiek. Artykuł 927 ustęp 2 kodeksu cywilnego mówi, że poczęte dziecko może być spadkobiercą, a zatem ma już swoje prawa. Tymczasem ktoś chce decydować o tym, czy ten istniejący już człowiek może przyjść na świat. Taka decyzja, do której chcą mieć „prawo” kobiety, pozbawia prawa do życia innych, a także zmusza do zabójstwa bądź asystowania przy nim osoby trzecie – personel medyczny.


Zagłada jak w Auschwitz


Jakiś czas temu miałam możl iwość rozmowy z położnymi pracującymi w jednym z warszawskich szpitali. To, co opowiadały, mroziło krew w żyłach. Mówiły o obecnym prawie w zakresie „ochrony życia” oraz naginaniu tego prawa. – Te dzieci nie mogą się bronić, a dlatego że są chore, to się je zabija. To najbardziej nas porusza – mówi pani Anna. Swoją sytuację położne uświadomiły sobie po obejrzeniu filmu dokumentalnego o niemieckich obozach koncentracyjnych. – Wtedy zabijano ludzi, bo byli na przykład Żydami. Wszyscy pomagali, wrzucali do pieca, a my robimy to samo z zabitymi dziećmi, tylko pakujemy je nie do pieca, a do jakiegoś wiadra albo w słoik – opowiada położna. Wyznaje, jak bardzo poruszył ją obejrzany film i dał do myślenia. – Czym się różnimy od faszystów? – pyta. – Wtedy zabijano dorosłych, którzy teoretycznie mogli się jeszcze bronić, a dzieci nie mogą, co widać na ich malutkich twarzach – wyznaje pani Anna. Opisuje widok dzieci po dokonanej aborcji. – Zasłaniają rękoma twarz, mają otwarte buzie, bo zostały zwyczajnie uduszone. To widok bardzo drastyczny.

Pani Zofia pracowała przy rzekomych poronieniach około pół roku. Położne, zorientowawszy się w sytuacji, nie chciały pomagać w uśmiercaniu dzieci. Ordynator zarządził na oddziale pracę rotacyjną. Co pół roku wymiana… Ale kobiety wiedzą, że nie jest to właściwe rozwiązanie problemu i nie mogą spać spokojnie.


Bez moralnego wsparcia


Ze swojego doświadczenia znają przeróżne przypadki. Czasem zdarza się, że kobieta znajduje się pod wielką presją lekarza oraz swoich bliskich, jest wręcz zaszczuta przez nich. W szpitalu zaś nie może liczyć na pomoc psychologa, jest zdana wyłącznie na siebie.

Pani Zofia opowiada historię kobiety, która przyszła „usunąć” ciążę nie z powodu zagrożenia życia, ale wady dziecka, z którą mogło ono żyć. Kiedy kobieta przyszła na oddział, założono jej środki poronne, jednak po chwili strasznie się zdenerwowała i poprosiła, by je usunąć. Lekarz wyraził zgodę. Kobieta strasznie płakała, nie potrafiła sobie poradzić z tym problemem i w takim stanie poszła do domu. – Była pod taką presją lekarzy oraz swojego męża, który powiedział, że jeśli urodzi to dziecko, to on ją zostawi, że za dwa dni wróciła na oddział… Nie wiem, jak potoczyły się jej dalsze losy, jednak widziałam, w jakiej była rozterce, jak bardzo to przeżywała i że wcale nie była to jej wola – wspomina położna. Po niektórych twarzach kobiet nic nie widać, ale na wielu można wyczytać wielką rozterkę, jednak nikt z nimi nie rozmawia, żaden psycholog ani przed, ani po…


Fikcyjne raporty


Na pytanie, jak często zdarzają się w szpitalu przypadki tzw. aborcji ustawowej lub rzekomych samoistnych poronień, położne odpowiadają, że prawie codziennie. – Czasem było kilka dni przerwy, jednak bywa i tak, że są trzy dziennie – mówi pani Anna. Dziwi mnie fakt, że nie ma to odzwierciedlenia w raportach i statystykach. Od razu jednak położne tłumaczą, jak to jest możliwe: oficjalne dane, jak raport Ministerstwa Zdrowia, podają zaledwie nieliczne przypadki przerwań ciąży ze wskazań medycznych. Wpisy do książki zabiegowej nie są do końca jasne ani dokładne. – Sama przeglądałam tę książkę. Nawet czasami widziałam w historii choroby, że przychodzi kobieta, ale nie ma wpisu, czy urodziła żywe dziecko czy martwe, czy poród był indukowany. Widniała tylko data, godzina i informacja, że wyłyżeczkowano jamę macicy – takie zdawkowe określenie. Podejrzewam, że na podstawie tych zdawkowych danych nikt nie liczy tych zabiegów, bo nie wiadomo do końca, co to było – mówi pani Zofia. – A może to być próbne wyłyżeczkowanie w celu zdiagnozowania, czy nie ma choroby nowotworowej. Albo można to potraktować jako poronienie samoistne i trzeba było wyłyżeczkować, żeby nie było powikłań, ale nie dodano, że założono środki poronne – dodaje położna. Naszym rozmówczyniom trudno określić, czy takie zachowanie jest planowanym działaniem czy też zwykłą nieuwagą, zbagatelizowaniem problemu.


Zbrodnia bez śladów


Poza „ustawowymi przypadkami” w szpitalu położne były świadkami częstych rzekomych samoistnych poronień. Koleżance pani Zofii zdarzył się taki przypadek. Kobiecie, która trafiła do szpitala, podczas badania wypadły środki poronne. – Trafiła na oddział pod hasłem „samoistne poronienie”, a przypuszczam, że przyjechała po wizycie w prywatnym gabinecie – mówi pani Zofia. W tym przypadku sprawa była jasna, ale najczęściej jest to niewykrywalne, gdyż środki poronne wchłaniają się do organizmu i nie pozostaje po nich ślad, a dziecko umiera… – Teraz tzw. skrobanek zazwyczaj nie ma. Nie ma już mechanicznych, brutalnych zabiegów przerywania ciąży. Nikt nie ingeruje jakimiś narzędziami. Podawane są środki wywołujące poronienie. Ktoś wpadł na „lepszy” pomysł, bardziej „humanitarny” – mówi pani Anna.


Klauzula sumienia


W Polsce obowiązuje Kodeks Etyki Zawodowej Polskiej Pielęgniarki i Położnej. Punkt 20 Kodeksu mówi, że „pielęgniarka i położna ma prawo do odmowy uczestniczenia w zabiegach, badaniach naukowych i eksperymentach biomedycznych, które swoją istotą przeczą uznawanym przez nią normom etycznym”. Powołując się na ten punkt, czyli potocznie mówiąc na klauzulę sumienia, położne odmawiają wykonywania tych nieludzkich czynności. Często są jednak zastraszane wyrzuceniem z pracy, wyśmiewane. – Koleżanka poszła do sekcji położnych i tam się dowiedziała, że jest pierwszą osobą, która przychodzi z takim problemem – mówi pani Anna. – Być może gdzie indziej nie wychodzi to poza szpital – zastanawia się położna. Sprawa została odebrana jako pojedynczy głos i padło stwierdzenie, że jeśli ktoś powołując się na klauzulę sumienia, będzie represjonowany, dopiero wtedy zostaną poczynione kroki. Jakie? Nie wiadomo. Prawdą jest jednak, że położne boją się mówić głośno o problemie, obawiają się utraty pracy, a często są jedynymi żywicielami rodziny. Sumienia jednak nie da się zagłuszyć…

Katarzyna Cegielska
drukuj