Sekciarski charakter liberalizmu

Na skutek wieloletniej niewoli, także komunistycznej, społeczeństwo nasze
nie jest w pełni ukształtowane politycznie – i w zakresie teoretycznym,
i praktycznym. Są wprawdzie znakomite samorodki polityczne i patriotyczne,
ale na ogół małpujemy inne kraje w sposób bezmyślny, bezładny i czasami
przejmujemy kierunki błędne lub zwykłą tandetę. Jest to wielki mankament
Polaków. Żebyśmy mieli choć trochę z koncepcyjnego geniuszu Żydów w tym
względzie. Mieliśmy wprawdzie kiedyś oryginalną demokrację szlachecką bez
klasycznego feudalizmu oraz swoisty personalizm w teorii i praktyce, ale
to wszystko albo zostało stłamszone przez różnego rodzaju okupantów, albo
samo się zdegenerowało. Dzisiaj nadchodzi z Zachodu silna moda na liberalizm,
choć pozostaje on dla nas prawie wszystkich czymś intrygującym i wielce
obiecującym, ale jednocześnie obcym, nieznanym i dla rozważnych Polaków
podejrzanym.
Wielu z nas jest bardzo zauroczonych obiecującym i doniosłym słowem "wolność",
ale na dobrą sprawę nie wiemy, o co tak naprawdę chodzi. Obawiam się, że
nie wie tego również ogromna większość naszych władz i polityków. Na ogół
myśli się, że liberalizm to tylko gospodarcza wolność od dyrektyw Politbiura
lub wolność od przymusów społeczno-politycznych, ale tak nie jest. Liberalizm
to cały kierunek, który dziś chce objąć całe życie człowieka, indywidualne
i zbiorowe, i staje się przymusowym światopoglądem.

Liberalizm
Liberalizm jest dziś nową, ogromną falą, idącą po nacjonalizmie, faszyzmie,
socjalizmie, marksizmie, neokapitalizmie. Jest on oczywiście wieloraki
i wieloznaczny, a jego początki wystąpiły w tzw. libertynizmie jeszcze
w starożytnych kulturach, gdzie również pojawiały się opozycyjne jednostki
lub całe grupy występujące przeciwko klasie panującej lub/i przeciwko
tradycji, prawom społecznym i religijnym w imię wolności, jak np. Gudea,
Demokryt, Epikur, Euhemer, Lukrecjusz i liczni inni. Swoiste uwalnianie
się od dyscypliny wiary i Kościoła przewijało się i w chrześcijaństwie,
głównie w postaci niezliczonych sekt, jak manichejczycy, którzy odrzucali
etykę seksualną, adamici, żyjący nago w lasach ("raj"), wiklefici,
którzy ogłaszali się wolni od państwowych i kościelnych przełożonych
ciężko grzeszących, czy husyci, którzy ponadto chcieli wyzwolić społeczeństwo
od podatków. Nową jednak jakość i szerszy zakres zaczął liberalizm uzyskiwać
od końca XVIII wieku, stając się ogólnoeuropejskim systemem buntu przeciwko
tradycyjnemu porządkowi i rygorystycznym prawom, zarówno państwowym,
jak i kościelnym. Łączyło się to z odkryciem znaczenia wolności w życiu
osobistym i publicznym.
Bardziej radykalną formę socjalno-ekonomiczną przyjął liberalizm w wieku
XIX, kiedy to wystąpił przeciwko całemu sterowaniu życia z góry. Na przełomie
wieku XIX i XX złagodniał, ustępując jakby miejsca fali przeciwnej: nacjonalizmu,
faszyzmu, marksizmu. Ale po II wojnie światowej wybuchł ze zdwojoną siłą,
stając się naczelnym nurtem umysłowym i kulturowym w cywilizacji zachodniej,
i dziś wchłania w siebie niemal wszystkie inne ruchy ekonomiczne i społeczno-polityczne,
łącznie niekiedy z poglądami lóż masońskich. Liberalizm dzisiejszy wychodzi
już daleko poza sferę ekonomiczną i ustrojową, a chce się "uwolnić" w
całości od instytucji państwa, od całej klasycznej tradycji we wszystkich
dziedzinach, od wszelkiej dyscypliny społecznej, a wreszcie od "determinizmu
prawdy" i od wyższej etyki, zwłaszcza katolickiej, tym bardziej od
Kościoła. I tak liberalizm ekonomiczny przekształcił się w cały kierunek
umysłowo-duchowy i w światopogląd. Przy tym nie przedstawia właściwie żadnego
programu pozytywnego poza rewolucyjnym, ale mglistym hasłem "wolności".
Staje się więc "powiększonym", mamucim dzieckiem wielkich rewolucji,
burzącym całe już dziedzictwo europejskie i ogólnoludzkie.
Zasięg liberalizmu ciągle się poszerza, i doktrynalny, i praktyczny. Obejmuje
nie tylko gospodarkę i życie socjalne, lecz także prawodawstwo, sądownictwo,
wymiar sprawiedliwości, wychowanie, szkolnictwo, kulturę, sztuki, język,
dyplomację, nauki humanistyczne, światopogląd, moralność i religię. Wszystko
to ma podlegać gruntownemu przetworzeniu, a raczej zburzeniu w imię uwolnienia
się jednostki od jakichkolwiek ograniczeń i obowiązków oraz naturalnych
determinacji zewnętrznych. Oczywiście, rzadko jeszcze pojawia się liberalizm
pełny i czysty, obejmujący całego człowieka i wszystkie dziedziny życia,
najczęściej występuje on w postaci cząstkowej i wybiórczej, zwłaszcza w
Polsce, ale ciągle się poszerza, radykalizuje i zatacza coraz szersze kręgi
wśród inteligencji i młodzieży, której imponuje nowość i beztroskie hasło "wolności".
I tak liberalizm należy do szeregu wielkich i modnych kierunków umysłowo-kulturalnych,
jak: oświecenie, romantyzm, pozytywizm, egzystencjalizm i inne. Oczywiście,
jest on, jak i tamte, przejściowy, ale wielu ludzi niesamodzielnych intelektualnie
i nierozważnych oczarowuje, porywa i zaślepia, jakoby był kierunkiem już
najwyższym w dziejach ludzkości, ostatecznym i wiecznym. Ludziom bardzo
zainfekowanym liberalizmem trudno, jak na razie, cokolwiek wytłumaczyć,
ale sumienie pedagoga nie pozwala milczeć. Czasami słyszy się demagogiczne
powiedzenie, że i sam Pan Bóg jest "liberałem", bo dał człowiekowi
wolną wolę. Ale autor tego powiedzenia nie rozumie pojęcia wolności i myli
wolność do dobra z wolnością do zła, wolność twórczą z wolnością niszczącą,
wolność powrotu do Boga z wolnością przejścia na służbę szatanowi.
Liberalizm, zwłaszcza najnowszy, który wyrasta na ateizmie publicznym w
Europie spustoszonej przez laicyzm, marksizm i demoralizację, zajmuje miejsce
najnowszej ideologii, przejmuje rolę nowego burzyciela i niszczyciela i
staje się coraz wyraźniej ideologią i postawą antyreligijną, zwłaszcza
antykatolicką. Idzie przez Europę jak tsunami. Jest to wielka tragedia
ludzka, bo przecież wolność jest jednym z największych darów Bożych dla
człowieka, ona czyni człowieka człowiekiem i otwiera przed nim nieskończone
horyzonty naturalne i nadprzyrodzone, doczesne i wieczne, ludzkie i boskie.
W każdym razie bez wolności, choćby tylko częściowej, nie ma osoby ludzkiej
i człowiek byłby tylko rzeczą lub zwierzęciem. Tymczasem motyw "wolności" stał
się dziś jednym z głównych czynników antyreligijnych, a jest tak powabny
i kuszący, że zaślepił nawet wielu duchownych na Zachodzie i u nas. Nierzadko
więc katolicy dołączają do jakiegoś mitologicznego pochodu przez współczesny
świat z jakąś boginią Wolności, greckiej Eleuterii i z mitologiczną na
ustach "Odą do radości". Takiej apokalipsy Europa chyba jeszcze
nie przeżywała.
Jeżeli chodzi o Kościół katolicki, to pierwszą większą falę liberalizmu
w XIX wieku, falę nie tylko religijną, lecz także moralną i gospodarczo-społeczną,
potępili Papieże: Grzegorz XVI, bł. Pius IX, i św. Pius X. Kościół hierarchiczny
krytykował otwieranie pola dla walki klas, bezlitosnej walki bogaczy z
biednymi, silnych ze słabymi, podział społeczny na nadludzi i podludzi,
na wygranych życiowo i przegranych, żyjących w pałacach i na śmietnikach,
pomijanie ogólnej miłości społecznej jako wyższego spoiwa społeczeństw,
a wreszcie pomijanie Boga i Jego przykazań.
Pod wpływem krytyki ze strony chrześcijańskiej, a także ze strony naukowej
na przełomie wieku XIX i XX fala radykalna liberalizmu osłabła i rodził
się powoli tzw. neoliberalizm lub ordoliberalizm (wolność związana z porządkiem),
czyli liberalizm umiarkowany, uporządkowany, ucywilizowany. Polegał on
na tym, że zaczęto odchodzić od modelu gospodarki absolutnie wolnej, rynkowej,
zaczęto humanizować zasadę bezwzględnej konkurencji, która zastępowała
marksistowską walkę klas, oraz przyjmowano możliwość określonych prawem
ingerencji państwa, wyznaczającego jakieś ramy rynkowe i granice wolności,
nie tylko przy pomocy anonimowych i papierowych praw, ale także czynnika
ludzkiego (por. o. prof. Jan Mazur).
Jednakże w jakiś czas po II wojnie światowej stało się coś złego. Oto zmutowany
socjalizm czy nawet marksizm zniósł w gnieździe kapitalizmu zachodniego
swoje kukułcze jajo, z którego wykluła się jakaś hybryda w postaci socjalistyczno-liberalistycznego
neokapitalizmu. W każdym razie zawarły ze sobą ślub socjalizm i liberalizm,
a ich potomstwo miało z nową siłą zwalczać porządek społeczny, zwłaszcza
dotychczasowy ład społeczny, tradycję, no i każdą religię. Liberalizm neokapitalistyczny
stał się znacznie bardziej radykalny niż ów pierwszy z XIX wieku i przybrał
sobie charakter mesjański i niemal objawiony. Coś z tego np. udzieliło
się również niektórym naszym ludziom z Centrum Adama Smitha, którzy przemawiają
w sprawach ekonomiczno-społecznych w duchu dogmatu liberalistycznego, jakby
byli co najmniej papieżami ekonomicznymi. A i tak polski liberalizm jest
bardziej stonowany i rozsądny niż zachodni, bo tam z liberalizmu tworzy
się nową ewangelię. Ludzie poszukują ciągle choćby namiastki religii.

Współczesna krytyka liberalizmu
Najbardziej światoburcza faza liberalizmu przypadła na czasy papiestwa
Jana Pawła II i złączyła się ona z najgłębszą laicyzacją Europy Zachodniej,
w której dziś nie być liberałem równa się być oszołomem, zapleśniałym
konserwatystą, a nawet przestępcą społecznym. W każdym razie liberalizm
staje dziś jako jedno z głównych wyzwań dla kultury euroatlantyckiej.
I wydaje się, że podstawowe nauczanie i działanie sługi Bożego Jana Pawła
II miało na celu odpowiednie ustawienie Kościoła katolickiego wobec liberalizmu,
wobec liberalistycznego świata. Papież uznał pośrednio i częściowo koncepcję
społecznej gospodarki rynkowej, czyli wolny rynek, który korzysta najlepiej
z zasobów ziemi i sił pracowniczych. Następnie, zgodnie z tradycją katolicką,
uznał własność prywatną i wolną inicjatywę. Przy tym sam rozwinął twórczą
zasadę wolności osoby ludzkiej i zasadę demokracji. Ale trzeba podkreślić,
że przy tym starał się ustawicznie tę wolność mocno obwarowywać i porządkować.
Ukazywał mianowicie zagrożenia ze strony liberalizmu absolutnego i wywracającego
wyższe wartości. Domagał się koniecznie wiązania porządku liberalnego
z prawdą i moralnością, prymatu dobra wspólnego, nie tylko jednostkowego,
ograniczenia wolności jednostki przez prawo do wolności drugiej jednostki,
a także wolności danej grupy społecznej, narodu i państwa oraz Kościoła.
Nieograniczona wolność jednostkowa prowadzi do totalnej walki człowieka
z człowiekiem i w efekcie do zabicia życia zbiorowego.
Wolny rynek nie jest ani wszechmocny, ani nie jest najwyższą kategorią
społeczną. Zresztą jest on wolny tylko w majaczeniach teoretyków. W UE
jest on niewolniczo krępowany w każdym szczególe przez prawa i urzędy brukselskie.
Poza tym i wszędzie indziej stoi pod dyktatem wielkich koncernów, korporacji,
monopoli, układów i umów wszelkiego rodzaju. Zwłaszcza nie jest w niczym
wolne rolnictwo. Chłopu wydaje się rozporządzenia odnośnie do każdego zwierzęcia,
każdego kartofla i każdego ziarnka pszenicy. W ogóle jest to ciężka choroba
psycho-gospodarcza. Również własność prywatna ma służyć w pewnym zakresie
dobru wspólnemu. Państwo zaś nie może zaniknąć ani starać się tylko o dobro
i zysk bogatych, lecz musi także chronić, stwarzać odpowiednie warunki
i pomagać ubogim, przegrywającym życiowo i dźwigającym się z nędzy. Musi
być też również odpowiedzialność za środki produkcji wobec społeczeństwa.
A wreszcie cały liberalizm musi być ujęty w ścisły system prawny, przede
wszystkim musi przestrzegać ogólnej etyki społecznej oraz danej religii.
Musi uwzględniać wymagania polityczne, obyczajowe, kulturowe, indywidualne
i zbiorowe, bo wszystkie dziedziny życia są współzależne i dziedzina społeczno-gospodarcza
nie jest ani samoistna, ani królową ducha ludzkiego, inaczej mielibyśmy
znany "ekonomizm marksistowski" Michaiła Pokrowskiego.
Nasz Papież ostrzegał przed uogólnionymi konsekwencjami pełnego liberalizmu,
którymi są: absolutyzacja wolności, indywidualizm, utylitaryzm, materializm,
laicyzm, konsumpcjonizm oraz bezwzględna walka o byt zamiast miłości chrześcijańskiej.
Ostatecznie też liberalizm stwarza podatny grunt pod takie zjawiska, jak
skrajny egoizm, chaos duchowy, nieład moralny, skrajny feminizm, wzrost
łamania prawa, a wreszcie tzw. aborcja, eutanazja, wrogość wobec rodziny,
nieczułość wobec ojczyzny i narodu i w ogóle pierwszeństwo rzeczy przed
osobą ludzką. Papieska krytyka liberalizmu ciągle się pogłębiała w encyklikach: "Laborem
exercens", "Sollicitudo rei socialis", "Centesimus
annus", "Evangelium vitae", "Veritatis splendor".
W rezultacie między liberalizmem a katolicyzmem rozciąga się w zasadzie
przepaść, mimo pewnych zbieżności peryferyjnych. Niedawno pewna moja młodsza
koleżanka, profesorka z KUL-u, powiedziała w TV, że jest "liberałem
chrześcijańskim", co konkretnie znaczy: katoliczką i liberałką. Obawiam
się, że jest w tym logiczny błąd wieloznaczności (aequivocatio). Jeśli
ktoś jest katolikiem w pełnym znaczeniu, tzn. nie tylko ochrzczonym, to
nie może być jednocześnie liberałem w pełnym znaczeniu, ponieważ obie te
doktryny się wykluczają. Nie można mówić: jestem katolikiem, ale ateistycznym.
Można mówić jedynie następująco: jestem katolikiem i zarazem liberałem,
lecz tylko liberałem w pewnym aspekcie, np. co do wolnej gospodarki, a
nie liberałem w ogóle.
Jeszcze wyraźniej odnosi się to do duchownych. Nie mogą oni być pełnymi
katolikami i zarazem pełnymi liberałami. Wprawdzie niektórzy duchowni katoliccy,
jak Michael Novak z USA i Józef Tischner z Polski, uważali się za liberałów,
ale tylko w wąskim zakresie, bądź tylko w gospodarce, bądź w większym docenianiu
wolności ludzkiej. Słowo "katolik" oznacza przede wszystkim chrześcijanina
przyjmującego nienaruszoną całość nauki Chrystusa, a nie tylko jakąś jej
wybraną sobie część, jak czynili to sekciarze. Kto zatem przyjmuje liberalizm
wraz z jego światopoglądem, musi się wyrzec wielu dogmatów katolickich,
a przynajmniej nie może ich wyznawać w życiu publicznym, np. zakazu zabijania
poczętych. Toteż jeśli pewni liberałowie polscy ze znanych ośrodków nie
przyjmują niektórych prawd katolickich podstawowych, bo chcą być "wolni" również
w wierze objawionej, to nie są już w istocie katolikami, choćby dla innych
mienili się katolikami. A jest już parodią, kiedy tacy liberałowie, także
duchowni, odrzucający całą społeczną naukę Kościoła i nauczanie Papieży,
uważają się za katolików "lepszych" niż w pełni wierni. Oczywiście,
zawsze są i liberałowie, i katolicy tylko częściowi, ale to nie jest model.
A czy nie może ktoś być sobie spokojnie w duszy katolikiem, a w działaniu
publicznym liberałem? Byłaby to jakaś schizofrenia, jaka zdarzała się za
czasów przymusowego komunizmu. Chodzi o to, że liberałowie w ogólności
odmawiają katolikom i całemu Kościołowi prawa obecności społeczno-politycznej
na forum publicznym. Liberałowie mieliby ochotę wysłać Kościół na jakieś
odległe ciało niebieskie, żeby nie było go widać na ziemi. Tymczasem inna
jest nasza nauka. "Prawo i obowiązek uczestniczenia w polityce – nauczał
Jan Paweł II – dotyczy wszystkich i każdego" ("Christifideles
laici", nr 42). Z kolei Papież Benedykt XVI wezwał Episkopat Polski
do utrzymania w Polsce tożsamości narodowej w duchu katolickim: "Jednym
z ważnych zadań wynikających z procesu integracji europejskiej jest odważna
troska o zachowanie tożsamości katolickiej i narodowej Polski" (Przemówienie
do II grupy polskich biskupów, Watykan 3 XII 2005 r.). "Autonomia" zaś,
o której Papież wspomniał, oznacza niemieszanie instytucji kościelnych
z państwowymi w obu kierunkach. Według nauki Soboru Watykańskiego II, Bóg
jest Bogiem nie tylko Kościoła, ale i państwa, choć instytucje te są wobec
siebie autonomiczne ("Gaudium et spes", nr 36, 41). Liberałowie
natomiast głoszą wolność w dziedzinach doczesnych tylko dla siebie, a katolików
odsyłają do wolności w niebie.
Tymczasem Kościół, choć nie jest z tego świata, nie może uciec całkowicie
od tego świata. Samo zjawisko Kościoła jest rzeczywistością polityczną.
Tak też jest bez względu na to, czy krajem rządzą wierzący, czy ateiści.
Kościół zatem w swym działaniu nie może być apolityczny, on ma jedynie
bardziej duchowe i bezstronne formy wpływu na kształtowanie doskonalszego
człowieka i doskonalszej społeczności. Jest postulat, żeby Kościół nie
wiązał się z partią społeczno-polityczną, czyli żeby był apartyjny. Jest
to postulat bardzo słuszny, ale również musi być doprecyzowany. Na przykład
w wyborach winien popierać wszystkie partie jednakowo lub nie popierać
żadnej, tylko stać na uboczu. Ale i tu są problemy. Czy może stać na uboczu,
gdy jakaś partia chce zniewolić naród, jak np. partia bolszewicka? Lub
nazistowska w Niemczech? Albo: czy może popierać wszystkie partie bez względu
na ich stan moralny? Otóż nie! Powinien subtelnie i bez zrażania wiernych
popierać partie, ale dobre, natomiast nie może popierać na równi partii
złych, u nas np. antypolskich. Wręcz przeciwnie: powinien Polskę bronić
przed partiami przestępczymi, jakie bywają, zwłaszcza po dogłębnym u nas
rozbiciu społeczeństwa przez bezwzględne zaborcze siły. A jeśli w partiach
złych trafiają się jednostki godne, to Kościół w nie nie godzi, bo albo
są one tam omyłkowo, czy przymusowo, czy w sposób grzeszny, np. w PPR,
albo należałoby je właśnie stamtąd wydobyć. Trzeba przypomnieć, że swego
czasu Papież Pius XII wydał ekskomunikę na tych, którzy dobrowolnie wstąpili
do partii marksistowskich. Wprawdzie dziś w Szwecji często i ateiści uważają
się za członków Kościoła luterańskiego, ale to już jest skandynawska aberracja
religijna.
Żądanie liberałów, by Kościół bądź to popierał wszystkie partie na równi,
bądź to by nie popierał żadnej, nawet dobrej i ratującej państwo, wynika
wprost z założenia, że Kościół, zarówno hierarchia, jak i świeccy, nie
ma żadnych praw publicznych, natomiast mają je jedynie ateiści publiczni
lub tzw. neutraliści.

Nieznajomość zła liberalizmu szkodzi
Dlaczego trzeba mówić o teorii i praktyce liberalizmu także w Polsce? Podstawowym
wymogiem jest prawda, która u nas bywa skrywana, jak kiedyś pełne oblicze
bolszewizmu. Coraz częściej szlachetni, religijni, ale nieczujący potrzeby
przeciwdziałania poprzestają na pozornie religijnym zdaniu: "prawda
sama się obroni". Formuła ta może i ładnie brzmi, ale jest defetystyczna
i nieprawdziwa. Obroni się sama tylko prawda Bożej Opatrzności, ale w
historii ziemskiej wygrywa czasami, niestety, fałsz ludzki. Toteż na
ziemi nie możemy jedynie czekać, że prawda sama się będzie zjawiała i
trwała bez naszego udziału, prawdę trzeba nam tworzyć i walczyć o nią,
a dopiero wtedy wygra prawda wieczna dla nas. W historii bardzo wiele
wielkich prawd sponiewieranych, naruszonych, zakrytych nigdy się nie
obroniło: najazdy, ludobójstwa, zbrodnie, grabieże, wysiedlenia… Nieszczęśliwym,
niewinnym Żydom w holokauście nikt życia nie zwrócił… Setki tysięcy
Polaków wywiezionych na nieludzką ziemię, a także ich potomkowie nie
otrzymali żadnej prawdy o sobie, a chrześcijańscy prawosławni często
do dziś nie pozwalają im nawet modlić się po katolicku i po polsku. Okrutni
mordercy stalinowscy nie zostali nigdy osądzeni. Słowem, historia świata
nie jest ciągiem sprawiedliwości i prawdy. Przez lata wojny i okupacji
modliliśmy się o prawdziwą wolną Polskę, a przyszła nowa niewola i często
zwycięża fałsz. Katolik nie może sycić się sloganami. Pełna prawda będzie
nam dana "za darmo" dopiero niebie, a na ziemi musimy o nią
walczyć, no i modlić się o pomoc Bożą. Człowiek po to ma rozum, wolną
wolę i moce działania, żeby prawdę tworzyć, bronić jej i współpracować
z Opatrznością Bożą.
Postawa "niedziałania", tylko czekania na los, jest zasadą pradawnego
taoizmu chińskiego i niektórych odłamów hinduizmu, a nie jest zasadą katolicką.
Toteż Polacy, zwłaszcza katolicy, muszą miłość do prawdy obracać w potężny
czyn. Inaczej będą zdrajcami samych siebie.
I teraz przyszły czasy, kiedy musimy podjąć wielki czyn w obronie naszej
prawdy: przed jakimiś zakrytymi dominacjami nad nami, przed niszczeniem
Ojczyzny, przed ubóstwem milionów rodaków, przed głodem dzieci, przed niesłychanymi
oszustwami i kłamstwami, przed przestępczymi ideologiami, przed zabijaniem
dzieci, przed deprawacją młodzieży, przed utratą suwerenności…
Należy oczywiście przyjąć to, co w liberalizmie jest dobre i słuszne, ale
musimy zdecydowanie bronić się przed ogłupianiem nas i przed różnego rodzaju
niedorzecznościami. Trzeba nam do tego przywódców. Przede wszystkim powinniśmy
znać podstawowe założenia liberalizmu. Znajomości takiej często nie ma
nawet nasza wierchówka, choć w dużej mierze nieraz ustępuje hasłom liberalistycznym.
Na przykład wielu z nas sądziło, że liberałowie chcieli wielkiej wolności
Polski. Tymczasem niemal każdy z nich, mówiąc o wolności, chciał jedynie
wolności indywidualnej, własnej, a jednocześnie nie widział nic złego w
pchaniu Ojczyzny w niewolę brukselską, czyli nie rozumiał wolności społecznej
i narodowej, jak klasyczny egoista.
Tezy i cele liberalne bywają często skrywane. Na przykład p. Łukasz Goczek
atakuje w "Gazecie Wyborczej" (13 stycznia 2006 r.) plan powołania
Centralnego Biura Antykorupcyjnego jako całkowicie nieskutecznego. A co
proponuje w zamian? Proste, przejrzyste prawo i zaprowadzenie prawa oraz
reguł gry ekonomicznej, gdzie decydują urzędnicy; mniej państwa to mniej
korupcji. Oto w krótkiej wypowiedzi mamy całą filozofię liberalizmu. Przestępstwa
społeczne i urzędnicze znikną w momencie ogłoszenia prawa ("państwo
prawa"), no i w czasie zanikania państwa. W wypowiedzi liberała nie
ma miejsca dla etyki, dla ustroju, dla kontekstu gospodarczego, nie ma
problemu dobrej ani złej woli człowieka, tylko jest prawo papierowe jako
wskazówka i prosta recepcja tego prawa przez aparaturę jednostki ludzkiej.
Ukazuje się tu cała utopia liberalizmu, której jednak większość zdaje się
nie zauważać.
Kto chce dyskutować z liberałami, musi poznać główne założenia, tezy i
całą konstrukcję myślową. Żałosne jest, kiedy ktoś pertraktuje z liberałami,
a tych ich założeń i tez nie zna. Takie pertraktacje przypominają pewną
dyskusję młodzieżową w mądrych i obiektywnych programach pana Pospieszalskiego.
Raduje czystość intencji młodych polityków różnych orientacji, idealizm,
optymizm, świeżość myśli, spontaniczność wypowiedzi, ale boli w gruncie
rzeczy brak ujmowania samych podstaw problemów, wizji ogólnych i systemowych,
płytkość widzenia i chwytanie się przeważnie spraw drobiazgowych i drugorzędnych.
W sumie otrzymujemy raczej jakiś polityczny kogel-mogel bez wartości poznawczych.
Widocznie uniwersytety polskie nie uczą myślenia głębokiego i filozoficznego,
jakby na podobieństwo wyższych szkół amerykańskich.
Często również reprezentanci kierunku liberalnego nie znają głównych założeń
swego systemu, wydają się tylko wykonawcami czyichś dyrektyw. Widać to
nieraz na tle sporów o tzw. prywatyzację, czyli sprzedaż zakładu zagranicznemu
inwestorowi ze szkodą dla polskiego społeczeństwa, które ten zakład wypracowało.
Strajkujący protestują, że tzw. inwestor stworzy im gorsze warunki, niż
daje państwo polskie. Urzędnik odpowiada, że będzie uchwalony pakiet socjalny,
którego gwarantem będzie państwo. Ale nie wie on chyba, że po latach państwo
ma zaniknąć, a zakład będzie nietykalną własnością inwestora, zależną we
wszystkim od niego samego. Strajkujący dowodzą, że nowy właściciel położy
zakłady współpracujące i dostarczające surowców. Minister odpowiada, że
inwestor będzie współpracował dalej z kooperantami i że nie będzie sprowadzał
surowców ze swego kraju, tylko z Polski. Gołosłowny minister nie wie, że
inwestor sprowadzi surowce stąd, gdzie będą najtańsze. Strajkujący mówią:
wielu nas wyrzuci z pracy. Minister odpowiada: taka jest tendencja ogólnoświatowa,
bo rozwija się technika. Minister zapewnia, że nowy inwestor będzie pracował
dla nich, dla państwa i dla dobra wspólnego, tak samo jak inwestor polski,
a zdaje się nie rozumieć, że dla właściwego liberała dobro wspólne i społeczne
nie istnieje, liczy się tylko zysk jednostki. Chyba też nie rozumie, że
liberał neokapitalista nie liczy się z żadną etyką społeczną, nie ma miłości
społecznej i liczą się u niego tylko relacje finansowe. Prości Polacy wszystko
to odczuwają jakoś intuicyjnie, ale nie mogą tego upublicznić, bo nie ma
komunikacji między nimi a wyższymi politykami, a media są najczęściej bardzo
prymitywne i dyletanckie, są tam przeważnie sprytni gracze słowni, ale
nie ma wybitniejszych umysłów. Taki pat ciągle trwa, a jest on na rękę
naszym wrogom i różnym pasożytom społecznym.

Liberalizm a media katolickie
Liberałowie stoją na gruncie wolności dla wszystkich, a dlaczego atakują
i chętnie zniszczyliby media katolickie? Ano dlatego, że ich system nie
jest ani poprawny, ani szczery. Przy tym liberalizm nie jest czymś neutralnym,
lecz jest rodzajem ideologii – analogicznie do marksizmu – agresywnej,
zdobywczej i imperialnej. Ostatecznie chce on zawładnąć drugim człowiekiem
i życiem całego świata. Paradoksalnie zatem łączy się z globalizmem.
Jest więc pewnym totalitaryzmem (por. Janusz Szostakowski). Taki zaś
kierunek boi się, jak każda fałszywa ideologia, odmiennych mediów, zwłaszcza
katolickich, które łączą wolność z prawdą, a nie z uwalnianiem się od
prawdy, zwłaszcza trudnej i wymagającej.
U nas widać to doskonale na przykładzie odnoszenia się liberałów, także
niektórych wyższych duchownych, do niezależnych od politycznej poprawności
mediów – Radia Maryja i TV TRWAM, które łamią monopol nowych "zdobywców
świata". Jednocześnie także ateizujące ośrodki zagraniczne prą całą
siłą w tym kierunku, żeby w "nowoczesnym organizmie" UE nie było "wrzodu" w
postaci Polski w pełni polskiej, a co gorsza żywo katolickiej. Owych misjonarzy
nowego ładu w świecie bardziej bolą polskie media dalekosiężne niż ich
własne kryzysy i trudności gospodarczo-społeczne. Dyrygenci nowej pieśni
europejskiej chcą uciszyć głos katolicki, który zakłóca harmonię chórów
laickich. Do tych dyrygentów dołączają, niestety, także niektórzy duchowni
polscy, którym brakuje zmysłu i kościelnego, i patriotycznego. Wyższe czynniki
zakonne radziły im stworzyć po prostu własne media konkurencyjne, zamiast
niszczyć już istniejące, ale w zacietrzewieniu to nie skutkuje. W rezultacie
są u nas trzy postawy liberałów i socjalistów w stosunku do wspomnianych
mediów: 1) wyrzucić z owych mediów tematykę doczesną; 2) oskarżać o błędy
teologiczne i 3) nakłonić Episkopat do zniesienia mediów w ogóle. I trzeba
zauważyć, że ataki te stale się nasilają. Sprawa jest trudna, bo jeśli
liberałowie są w stanie zdezorganizować propolskie prace Sejmu i rządu,
to cóż dopiero media kilku ubogich zakonników.
1. Jedni liberałowie polscy tolerowaliby ogólne media katolickie i polskie,
gdyby ograniczały się one wyłącznie do tematyki religijnej nadprzyrodzonej,
np. o aniołach, o piekle, albo też gdyby odmawiały przez 24 godziny Różaniec.
Natomiast nie tolerują oni poruszania, choćby tylko przez dzwoniących słuchaczy,
kwestii doczesnych, dotyczących tego świata, głównie spraw społeczno-politycznych,
ekonomicznych, kulturowych, historyczno-patriotycznych itd. Bowiem przez
tę tematykę doczesną uszczuplają władzę i propagandę zdobywców świata.
Niektórzy co bardziej podstępni chcą wmówić społeczeństwu, że problematykę
społeczno-polityczną mogą poruszać wyłącznie biskupi, nie mogą zaś ani
zakonnicy, ani prezbiterzy, ani katolicy świeccy.
2. Druga grupa wrogów mediów ogólnopolskich, tzw. neokatolicy, atakują
głównie tematykę religijną i teologiczną. Uważają oni ogólnie, że Kościół
nie ma swojej nauki społecznej ani etyki społecznej, musi się opierać na
naukach świeckich, a i prawdy religijne są niesoborowe, wsteczne, zbyt
fideistyczne i – jak powiedział niedawno p. Jarosław Gowin, szef "Znaku",
grający rolę apostoła Kościoła polskiego – fundamentalistyczne, czyli nieuwzględniające
ani współczesnego świata, ani najnowszych prądów umysłowych. Są w Polsce
całe ośrodki, które o tych mediach myślą tak samo. Ich reprezentantem jest
choćby także KAI, która pisze raczej dla liberałów amerykańskich niż dla
Polaków, dla katolików polskich.
3. Trzeci odłam misjonarzy liberalizmu i zarazem globalizmu laickiego dąży
do wyrzucenia charyzmatycznego ojca tych mediów, czyli ojca Tadeusza Rydzyka
CSsR i do zlikwidowania jego mediów pod pozorem sanacji. Ich taktyka polega
głównie na "napuszczaniu" biskupów na nieposłusznego, rzekomo,
Ojca Dyrektora oraz na zbuntowanych zakonników i krnąbrny zakon. Ciekawe,
że wrogowie żywego Kościoła najbardziej nienawidzą zakonów. Przywołuję
tu taktykę marksistów. W latach 1952-1956 marksiści napierali mocno na
KUL, żeby zgromadził u siebie wszystkich alumnów zakonnych z całego kraju,
żeby w efekcie zmniejszyć liczbę tych alumnów, narzucić im powolnych sobie
wykładowców niechętnych zakonom, żeby byli bardziej światli, no i bardziej
posłuszni "postępowym" biskupom. Dziś zaś podobni wrogowie liczą,
że Episkopat zniszczy te media lub "zreformuje", a oni osiągną
dwa cele wraże: zniszczenie mediów katolickich ogólnopolskich i wpływowych
oraz dokonanie rozłamu między Episkopatem a milionami słuchaczy i widzów,
bo już dziś ludzie mają ogromny żal do tych księży biskupów, którzy atakują
te media. Tymczasem media owe głoszą absolutnie poprawną naukę Kościoła,
tak dogmatyczną, jak i społeczną, mają umowę z Episkopatem, słuchają jak
ojca ordynariusza miejsca w Toruniu, słuchają władz zakonnych, posiadających
swoją egzempcję, tzn. nie zależą bezpośrednio od Episkopatu, słuchają swoich
władz najwyższych i mają poparcie Papieży. A i popierają ich miliony ludzi,
którzy też – według Soboru – posiadają zmysł prawdziwej wiary. W rezultacie
zatem ataki na owe media pokrywają się jakoś dziwnie z atakami na Kościół
i na Polskę. A cała perfidia leży w tym, że ludzie atakujący najbrutalniej
głoszą, że to oni niosą pełną wolność. Ostatnio próbuje się dokonać pewnego
rodzaju schizmy między "Kościołem łagiewnickim", Kościołem miłosierdzia
i wolności, a "Kościołem toruńskim", Kościołem wojującym i fundamentalistycznym.
Przy tym pierwszy wiąże się z Platformą Obywatelską i z innymi liberałami,
a drugi z PiS-em i różnymi innymi tradycjonalistami nacjonalistycznymi.
Wobec tego doszedł jeszcze motyw walki nie tylko z samymi mediami, ale
i z rządem propolskim, żeby przedstawić go światu jako nacjonalistyczny,
antysemicki i antyeuropejski. Ataki na media katolickie ogólne wzmagają
się jeszcze i z tego powodu, że odegrały one określoną rolę w wyborach
parlamentarnych i prezydenckich, a mogą odegrać jeszcze większą w wyborach
samorządowych i ewentualnie parlamentarnych przyszłych. I tu jaśnieje cała
szlachetność liberałów i czystość ich gry.

Poznawajcie ich po owocach
Pełni liberałowie ciągną za sobą niewiele dobrego, a przeważnie bardzo
wiele złego, jak jeźdźcy apokaliptyczni: walkę o władzę i pieniądz kosztem
człowieka, degenerację moralną, rozprzężenie życia społecznego, wielką
wrogość międzyludzką oraz totalny chaos prawny i duchowy. Wloką oni za
sobą pewnego rodzaju osłabienie systemu odpornościowego w organizmie
społecznym, brak miłości społecznej, poczucie niespełnienia, pewną demoralizację,
zwłaszcza wśród młodzieży, wzrost przestępczości, lenistwo, rozluźnienie
dyscypliny w szkołach, w wojsku, w szpitalach, w innych służbach, podatność
na korupcję, odrzucanie autorytetu, utratę zmysłu ojczyźnianego i narodowego,
obniżenie wartości rodziny, skrajny egoizm i inne. Ideologia liberalna
pogłębia również nasz bałagan i chaos. W roku 1974 pytałem niektórych
profesorów holenderskich, czy w Holandii jest jakieś charakterystyczne
powiedzenie o Polakach. "Jest" – odpowiedzieli: "Chaos
jak w polskim Sejmie". Chodziło tu o dawne czasy, a dziś pod wpływem
liberalizmu będzie jeszcze gorzej.
W rezultacie zachodni liberalizm neokapitalistyczny należy bez wątpienia
do systemów bardzo złych, właściwie dekadenckich i pozbawionych ducha ludzkiego.
Na jego miejsce trzeba rozwijać polski system personalizmu społecznego.
Ale, niestety, jest to sprawa wielu ludzi i dalszej przyszłości. Personalizm
ten nie miałby przynajmniej nierozsądnej fragmentaryczności w patrzeniu
na człowieka, na życie społeczne i na świat.

ks. prof. Czesław S. Bartnik

drukuj