Rząd sprzedaje gazowe eldorado

Skarb Państwa nie potrafi zadbać o zyski z potencjalnej eksploatacji gazu
łupkowego w Polsce. Odwrotnie niż wielkie firmy poszukiwawczo-wydobywcze, które
mimo ponoszonego ryzyka chcą płacić więcej za koncesje, niż żąda za nie państwo.

Podczas trzeciego czytania projektu ustawy Prawo geologiczne i górnicze
posłowie, m.in. Wojciech Jasiński i Piotr Cybulski, pytali o zakres obrotu i
rynkowej wartości koncesji na poszukiwania i eksploatację gazu w łupkach. Posła
Cybulskiego interesowało, czy prawdą jest, że na rynku wtórnym jedna koncesja
kosztuje od 50 do 100 mln złotych. Konkretna odpowiedź jednak ze strony rządowej
nie padła.
Rzecz jasna, nikt nie podaje bezpośredniej wielkości kwoty transakcji dotyczącej
obrotu koncesjami – to tajemnica handlowa i strategiczna każdej poszukiwawczej
firmy geologiczno-górniczej. Niemniej jednak można ją oszacować na podstawie
danych pochodzących z oficjalnych komunikatów firm i innych doniesień dostępnych
w internecie. W Liście do Klubów Parlamentarnych wymieniłem kwotę 50-100 mln zł
jako cenę jednej koncesji na rynku wtórnym, i na te kwoty – jak mniemam –
powoływał się poseł Cybulski.

Bez kosztów i ryzyka
Gdyby rząd nie zrezygnował z przygotowanego przez rząd PiS projektu powołania
Polskiej Służby Geologicznej (PSG) jako organu państwa, a miesiąc po
zaprzysiężeniu, z niejasnych przyczyn, nie rozwiązał społecznie działających
organów doradczych (Rada Geologiczna, Rada Górnicza, Honorowy Komitet Głównych
Geologów Kraju, Komisja Geoekologii i Metod Analitycznych), to nie tylko dziś,
ale już dwa lata temu byłoby wiadomo, ile są warte wspomniane koncesje. W
zastępstwie rządu, jak i istniejącej Państwowej Służby Geologicznej chciałbym
podać przykładową wycenę wartości koncesji na poszukiwanie gazu w łupkach.
Wycena opiera się na szacowanej wartości transakcji (dane internetowe) zawartej
pomiędzy firmami Talisman i San Leon w zakresie udziału w koncesji na
poszukiwanie i rozpoznawanie gazu z łupków w okolicach Braniewa i Gdańska.
Jedna firma zapłaciła drugiej gotówką około 1,5 mln euro. Ponadto firma
nabywająca udziały w koncesji poniosła koszty badań sejsmicznych (2D) i prowadzi
na swój koszt wiercenia badawcze dotyczące co najmniej 1000 m poziomych
odwiertów, z dwiema opcjami na dodatkowe 500 m każda. A oto, co w zamian
uzyskuje firma nabywająca koncesję: 30 procent udziału oraz dodatkowo opcję
uzyskania dodatkowych 30 procent udziału za wykonanie kolejnego odwiertu na swój
koszt. Sprawa w identyczny sposób dotyczy łącznie trzech obszarów koncesyjnych.
Z tego wynika, że San Leon – za to, że oddał od 30 do 60 procent udziałów (w
zależności od opcji), będzie dysponował kosztującymi kilkadziesiąt milionów
dolarów wynikami badań i wiedzą dotyczącą wielkości zasobów gazu w łupkach
występujących na swoich trzech obszarach koncesyjnych. Jeśli w oparciu o wartość
rynkową kosztów badań związanych z poszukiwaniami poniesionych przez Talisman
szacować wartość rynkową jednej koncesji, to trzeba ją ocenić na kwotę rzędu
50-100 mln zł za każdą. Za uzyskanie tych koncesji od Skarbu Państwa San Leon
zapłacił, jak najbardziej legalnie, Skarbowi Państwa kilkaset tysięcy złotych.
Jednocześnie nadal będzie dysponował 40-70 procentami udziałów w koncesji, a
więc w potencjalnym przyszłym zysku liczonym w miliardach dolarów. To wszystko
praktycznie bez ryzyka i kosztów – jeśli nie liczyć kilkuset tysięcy złotych
wydanych na przygotowanie wniosku koncesyjnego i opłatę za uzyskaną koncesję.
Gdyby Talisman sam złożył wniosek koncesyjny, tak jak to zrobił wcześniej San
Leon, to za dokładnie te same nakłady poniesione na poszukiwania byłby
właścicielem 100, a nie 30 czy 70 procent udziału w koncesji. Stąd, mimo że nie
jestem ekonomistą, uważam, iż szacowana wartość koncesji jest wiarygodna.
Jeśli powyższe, bardzo szacunkowe kalkulacje są nieprzekonujące, to radziłbym
stronie rządowej prześledzić oficjalnie anonsowane transakcje, np. ostatnią
zawartą w maju br. pomiędzy Nexen a Marathon.

Miliardowe zyski
Jestem przekonany, że kwoty, jakie przytoczyłem, są raczej zaniżane, i to
znacznie. Należy pamiętać, że największe ryzyko ponieśli pierwsi inwestorzy,
którzy uzyskali koncesje w 2006 i 2007 roku. Wartość informacji geologicznej od
nich uzyskanej, którą muszą się dzielić ze Skarbem Państwa, jest ogromna.
Następne firmy ponosiły mniejsze ryzyko, a wynikająca z ich badań informacja
geologiczna jest wielokrotnie mniej warta, bo już nie jest pierwsza. Stąd opłaty
za każde następne koncesje udzielane po dłuższej przerwie powinny rosnąć
wielokrotnie. Jeśli dziś wiadomo, z prawdopodobieństwem np. 50 procent i bez
wierceń, że gaz na jednej koncesji może być wart kilka miliardów dolarów, to ile
kosztuje koncesja lub choćby udział w niej?
Takie proste kalkulacje przedstawiłem dwa miesiące temu na jednej z konferencji,
w której uczestniczyli także przedstawiciele Państwowego Instytutu Geologicznego
– Państwowego Instytutu Badawczego (w tym jego dyrektor), pełniącego rolę
państwowej służby geologicznej. Skoro strona rządowa utrzymuje, że PIG świetnie
spełnia zadania służby geologicznej, to dlaczego o tak kluczowej sprawie, jak
rynkowa wycena koncesji, obecni na konferencji, a szczególnie aktywnie
dyskutujący przedstawiciele PIG nie poinformowali rządu o możliwych wartościach
koncesji na poszukiwania? Możliwe, że zarobiliby w ten sposób dla Polski
kilkaset milionów złotych (jeszcze było to możliwe). To i wiele innych
okoliczności dowodzi, że w obecnej sytuacji prawnej i wewnętrznej strukturze PIG
nie jest w stanie być organem państwa działającym wyłącznie w jego imieniu.

Drugiej Norwegii nie będzie
Wróćmy jednak do oszacowań wartości koncesji na poszukiwanie i rozpoznawanie
gazu w łupkach. Gdybym nawet omyłkowo zawyżył dziesięciokrotnie powyższe
szacunki (a równie dobrze pokazane szacunki mogą być mocno zaniżone), to i tak
byłoby to jeszcze dziesięć razy więcej niż kwota, jaką pobiera polski rząd za
udzielenie koncesji, i to wraz z użytkowaniem górniczym (sic!). Tę ostatnią
sprawę zresztą bardzo mgliście tłumaczy strona rządowa, tak jakby kwota za
użytkowanie górnicze nie była jeszcze pobrana – a według mojej wiedzy,
prawdopodobnie już jest pobrana i zawiera się w wymienionej żenująco niskiej
kwocie od 29 do 30 mln zł łącznie za wszystkie koncesje i użytkowanie górnicze.
Innymi słowy, jeśli mam rację, to za jedną koncesję poszukiwawczą państwo
polskie pobiera 1 procent (!) lub ułamek procenta jej wartości rynkowej. Jeśli
tak, to teraz trzeba pomnożyć utratę kilkudziesięciu (kilkuset?) milionów
złotych na każdej koncesji na poszukiwania przez liczbę kilkudziesięciu koncesji
(nie mniej niż 65 – bo na tyle subiektywnie oceniam liczbę bezsensownie wydanych
koncesji). Te kalkulacje opiewają na miliardy złotych, które Skarb Państwa mógł
zarobić, i to w większości w twardej walucie.
Co najmniej od czasów Adama Smitha wiadomo, że towar jest wart tyle, ile ktoś za
niego jest gotów zapłacić. Rynek wtórny pokazał, że firmy, mimo ponoszonego
ryzyka, są gotowe płacić o wiele więcej za koncesje na poszukiwania, niż państwo
za nie żąda. Co gorsza, przy obecnym stanie prawnym, a także przy tym właśnie
uchwalonym Prawie geologicznym i górniczym, wydając koncesje na poszukiwanie i
rozpoznanie dowolnego złoża kopaliny, wiążemy sobie ręce na przyszłość w
odniesieniu do wydobycia tej kopaliny, kopalin towarzyszących (opłata
eksploatacyjna niższa o 50 procent) i innych działań (np. wielce zyskowne
zatłaczanie CO2 pod łatwymi do spełnienia warunkami). Koncesję na wydobycie
bowiem trzeba wydać temu, kto dokonał odkrycia złoża i kto dysponuje prawem do
informacji geologicznej dla obszaru koncesyjnego. Jedno i drugie mają tylko
firmy, które posiadają koncesję poszukiwawczą. Dlatego utrzymuję, że Skarb
Państwa w praktyce dostanie tyle, ile uznają za słuszne koncesjonobiorcy – czyli
firmy, o których w wielu przypadkach państwo nic nie wie, np. kto jest ich
właścicielem. Oczekiwany model norweski (o którym wspominał m.in. świetny
ekspert Grzegorz Pytel) i około 70 proc. udziału Skarbu Państwa w zyskach nie
mają już najmniejszych szans na realizację w Polsce.
Jaki jest więc interes państwa? Jeśli gaz zawarty w złożach jest wart co
najmniej 1000 mld dolarów (1 bln), to ile z tego będzie miało państwo polskie,
powinna już trzy lata temu liczyć służba geologiczna. Jeśli nie zostaną podjęte
przełomowe kroki, to zysk Skarbu Państwa będzie mniejszy niż 20 procent, i to
tylko w zakresie najprostszych, bo podatkowych, opłat – bez szans na efekt
multiplikacji wynikający np. z rozwoju własnych technologii. Innymi słowy,
uwzględniając koszty poszukiwań, wydobycia, transportu itd. – na potencjalnej
eksploatacji, księgowo Skarb Państwa straci bezpośrednio nie mniej niż 500 mld
złotych. Jest to więcej niż np. dotacje netto uzyskane (wykorzystane) z Unii
Europejskiej.

Rząd wybiera milczenie
Skoro obecny rząd nie potrafi odpowiedzieć na fundamentalne pytania dotyczące
obrotu strategicznymi koncesjami, to znaczy, że całość odbywa się poza wiedzą
Skarbu Państwa i w ogóle państwa jako właściciela kluczowych zasobów
geologicznych. Mimo apeli posłów i członków poprzedniego rządu polityka
geologiczna nie ulega zmianie (gaz w łupkach to element polityki geologicznej),
a proponowane rozwiązania stan ten pogarszają. Potwierdza to tylko to, co
mówiłem wielokrotnie wcześniej, że polską geologię w wymiarze państwowym trzeba
zbudować od nowa, zdecydowanie bazując na tym, co mamy, ale z nową koncepcją
dbania o interes silnego państwa. Kwestie koncesyjne, zasadnicze dla interesu
państwa, powinny być weryfikowane i oceniane przez wyspecjalizowaną służbę
geologiczną, jaką miała być ustawowo konstruowana (w latach 2006-2007) Polska
Służba Geologiczna. Podstawą uzyskanej wiedzy rynkowej miał być los pierwszych
kilkunastu wydanych przeze mnie i z mojej inicjatywy, jako ówczesnego głównego
geologa kraju, koncesji.
Uważałem, że po wydaniu kilkunastu procent koncesji należało nie tylko przerwać
koncesjonowanie, ale też milczeć – stąd nie wspominałem o gazie w łupkach w
swoim Sprawozdaniu… (www.morion.ing.uni.wroc.pl/teksty/aktualnosci.php?
action=view&id=343
). A to dlatego, aby w spokoju przygotować państwo prawnie
(Pgg) i organizacyjnie (PSG itd.) do tak wielkiej inwestycji w dziedzinie
gospodarki i środowiska, ale też choćby dlatego, aby bez pijarowskich nagłośnień
umożliwić prowadzenie badań, które właśnie przez głośny rządowy PR są
utrudnione. Miało to m.in. zapobiec (zanim powstanie strategia wypracowana przez
nowo powołaną Polską Służbę Geologiczną i nowe prawo) problemom, jakie dziś
napotykają firmy poszukiwawcze.
Milczeć już dłużej nie sposób – stąd wysłałem blisko rok temu list otwarty do
premiera Donalda Tuska, na który do dziś nie dostałem odpowiedzi. Mam prawo nie
mieć racji, bo nie posiadam dostępu do wiedzy, narzędzi i możliwości działania,
jakimi dysponuje rząd – a ten satysfakcjonujących informacji nie udziela. Nie
mogę też liczyć na pomoc służby geologicznej, za jaką rząd uważa PIG. Mam jednak
prawo pytać, wyciągać wnioski i wskazywać nieprawidłowości. Taki jest mój nie
tylko obywatelski obowiązek, ale obowiązek osoby, która z własnej inicjatywy
przygotowała i uruchomiła poszukiwania gazu w łupkach w Polsce. To zostało
zmarnowane! Na swoje pytania wielu posłów nie otrzymało odpowiedzi w zakresie, w
jakim rząd miał obowiązek mieć pełną wiedzę. Na rzeczową odpowiedź w najbliższym
czasie nie liczę więc i ja. Czy ktoś na nią liczy?

 

Prof. Mariusz-Orion Jędrysek
 


Autor jest pracownikiem naukowym w Zakładzie Geologii Stosowanej i Geochemii
Uniwersytetu Wrocławskiego; był podsekretarzem stanu i głównym geologiem kraju w
rządzie PiS.

drukuj